Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
Brama
życia i śmierci
kto przekroczył jej progi
żywy
wybrany był do zdrowia
dostatku
kto do osady przybywał
w złych zamiarach
próbował wśliznąć się
niejawnie
chwytany był natychmiast
siłą
bezliku nagich rąk
wynurzających się znienacka
z samego wnętrza muru
i nikt już nigdy więcej
nie widział śmiałka
z czasem tylko głazów
przybywało
kamienny mur potężniał
dorównując wierzchołkom
sędziwych drzew
władcy sąsiednich krain
pożądali bramy życia
i śmierci
książęta odległych królestw
szli z tabunami sług
by poznać tajniki furty
zwozili dostojni kupcy
złoto zapachy klejnoty
w zamian za bramę
za osadę
Zapach drażnił zwierzynę
blask ślepił głośne ptactwo
ciężkie serca buchały
czarną krwią
rybacy nie chcieli
skarbów
utraty wolności
a wówczas najemni woje
ostrzyli zbrojne piki
czyścili miecze
ich siłacze bębnili
w wielkie kotły
i nad całą okolicą
wiele dni królował
zgiełk potyczek
to niezwyczajna furta
nie brama
wytworzona rękoma
zwinnych cieśli
scalające ją kłody podobne
do drewnianych
nigdy nie legły
w lepkich dłoniach
ognia
ordy rzucały żagwie
próbując spalić furtę
morderczym gorącem
zmierzchu
oczarować ją
przypowieściami
o świetlanej wolności
Brama sama o świcie
otwierała swe progi
zapraszała kupców i poetów
na jarmarki
wieczorem ryglowała je
przed nieprzyjaznym czasem
będąc największym
ze strażników
kusiła w wielkim murze
dumie przodków
zbudowanym z potęgi
nieciosanych głazów
opierających się zakusom
grajków i pieśniarzy
podstępom szpiegów
najazdom krwawych wojów
świata całego
każdego dnia i nocy
szli do osady mordercy
by wszystkich zgładzić
ciągle wzywały trąby forpoczt
bóstwa
żywioły
władców
do zrównania osady z ziemią
w środku nocy i dnia
żołnierze spiętrzali mur
własnymi ciałami
duszami
spóźnioną prośbą
o litość
Mieszkańcy czuwali
od świtu do zmierzchu
w nocy nasłuchiwali
błagalnych próśb
o darowanie życia
zamkniętego tajemnicą
straconego dla sprawy
o której nie wiedzieli
młodzież
uczyła się pilnie
śmierć była tu dla innych
nawet nie dla starców
mędrców
osada trwała siłą
miłości
niepohamowanej
półprzytomnej
wiecznej
raj miał swoje zalety
praca wzbogacała
dziewczęta dojrzewały
rozdawały spojrzenia
mężczyźni dbali o fach
łowili
gdy był czas łowów
w gęstych borach sitowiu
morskich głębinach
odważni do granic
rozsądku
rozkochani w kobietach
dumni z dziatwy
drzewa bramy muru
Wczoraj toczono bitwę
dziś mur osady
stał się wyższy groźniejszy
wstęgor królewski
zbyt późno rozerwał włoki
księżycowego żniwiarza
zamknięty w matni
wplątany koroną
w długi stożek
bez ratunku
gdy topiel tła utkana
z mocnych oczek
czyż król morza nie zna
płycizn
zmarszczonej bryzy
furkotu rybitwy
kształtu narzędzi
stworzonych z myślą
o połowie
nie troszczy się o schwytanych
pierwszy i ostatni raz
przez niebo sieciarzy
wrogi książę odpłynął
z resztką armii
sprawiedliwie pobity
na horyzoncie maszty
jego floty
trzepoczące na wietrze
złotym płótnem
stawały się mniejsze
mniejsze
szybko traciły na znaczeniu
Kto mógł wiedzieć
czy statki księcia
wpływały
do krainy wodnych
olbrzymów
czy niby odległe ptaki
szybując po nieboskłonie
zamieniały się
z upływem czasu
w drgania ciepłego
powietrza
wiedziały to przypływy
głębiny księżyce
ryby płuczące piasek
na podwodnym
niebie
że nie wszystko
co widać
ma jasne przesłanie
i czego tu nie słychać
warte jest uwagi
dzięcioł miażdżył pień
drzewa
aż po korzenie duszy
wyjadając zza kory
co lepsze opowieści
bez tego wczesne
jutro
może się odwrócić
przeciwko człowiekowi
jego oczom
uszom
Osada żyła szczęściem
kobiety w deszczowej wodzie
kąpały dzieci
włóczędzy zachwalali
dalekie światy
pieśni się prześcigały
w głoszeniu nowin
o rzeczach niezwyczajnych
tajemnych skradzionych
zapadliskom
pustkowiom
dzień bez zaświatów
był nazbyt ubogi
stracony bezpowrotnie
opowieść wymagała podania
szczegółów
smaku owoców
barwy słońca i wody
zapachu zwierząt w mateczniku
wiatru wtłaczającego gęstą
zamieć
pod powiekę
wprost do serca przez opuszki
palców
najważniejszy był opis
chleba
kobiety poświęcały mu
dużo czasu
wczuwając się w przesłanie
pieśni
Sielanka wymagała słów
starannie dobranych
do natury
ciała i ducha
w osadzie najważniejsza
była prawda
kobiety przestrzegały twardych
reguł
ulegały kaprysom mężczyzny
dzieci
włóczęgi śpiewograja
z długą opowieścią
przechwałkami większymi
niż pomieści ucho
chłopcy biegli na łąki
by wypasać bydło
trzodę w skorupie błota
ciemnoszare nioski
łapali z nudów żaby
dmuchali przez słomki
strumień unosił bąble aż do
zlewowiska
stamtąd wpadały w paszczę
wzburzonego morza
ptaki znały już skutki
spotkania z człowiekiem
orły wolały wisieć wysoko
pod niebem
kruki
trzymały dystans
ceniły swą mądrość
Mężczyźni cięli w pasy
połcie mięs
wbijali w wyblakłe ściany
kute haki
suszyli w białych płótnach
wydartą z narracji leśnych
westchnień
różową dziczyznę saren
młodzieńcy
w płaskich koszach
znosili plecionki śledzi
skuszonych ciekawością
nadwodnych przestrzeni
wdziewali
w rozwarte paszcze
srebrnych ryb
smukłe lniane powrozy
uczepione swych szczytów
w sieniach domostw
żebracy korzystali
z otwartości osady
jej urodziwych dziewcząt
psotnych chłopców
kobiet
litość nad całym światem
pomagała podzielić się
z uboższym jadłem i odzieniem
mężowie nazbyt srodzy
przeganiali ich z progu
wyzywając od darmozjadów
naciągaczy
dawali chleb za pracę
Starców nie trudzono
woleli słuchać dźwięków
fletu
czarodzieja co mówił głosem
lekkim
czasami ktoś zaśpiewał
o wczorajszych wojach
rozwadze kobiet
sile drwali
waleczności rybaków
pomocnej młodzieży
chłopcy jak zwykle zbuntowani
trudno panować
nad naturą człowieka
jeszcze trudniej
żółtodzioba
ni to chłopięcia ni
mężczyzny
rozrywanego mocą lędźwi
w osadzie nikt nie stracił
bliskich
obchodzono dokoła
święte drzewo
wydające owoce
nieznane na świecie
podziwiając kwitnienie
świeżych pączków
ich kształt podobny do motyla
zamieniał rdzę powietrza
w sto kolorów tęczy
Wilki tłoczą się warczą
wataha szczerzy
kły
zwierz czuje zagrożenie
pulsujące jak nietrwałe
szczęście
trwoga
utrwala nawyki
gromadzi zapasy śliny
ludziom stają od tego dęba
wplecione w kwiaty
włosy
truchleje szczenię w norze
czujne na szelest gada
rysia mama odchodzi
nie w porę
by polować w oddali
gad wpełza bez przeszkody
w przedpole legowiska
chłonny na ciepło serca
na owal jasnych źrenic
czeka na niego misterium
wokół mgła wciąż ta sama
trzask łamanych konarów
świst ciężkiego oddechu
pamięć złej chwili
w której zabrakło czasu
na oddalenie się
z miejsca przeznaczenia
obserwowanie
zbiegu okoliczności
spoza czasu
Zaledwie wątły młodzik
nie polował
nie krzątał się
lekki powiew sukienki
słomą haftowanej
skórzane spinki sandałów
u drobnych śniadych stóp
dodawały mu realności
nikt go nie przyodziewał
nie karmił nie poił
malec był tutaj obcym
nie znał praw osady
ukrytych przed intruzem
dostępnych nielicznym
siwogłowym i mędrcom
zwierzynie
przestrzeni nad zatoką
wypełnioną bogactwem
znaczeń
wtajemniczenie wymagało
posłuszeństwa
majątku
i praktyki
nabywanej stopniowo
cedzonej latami
dla podkreślenia zasług
mistrza ceremonii
wpatrywanie się w niebieskie
konstelacje oddalało
od wszystkiego co znane
wywyższało swoim
oddaleniem
Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022
[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 1, Drzewo, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 32-54
