Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
Z oddali dobiegły dźwięki
aksamitne skrzypiące
nie zdołał ich zagłuszyć
wieloton kotłów
wielka furta
otwierała swoje wrota
zza nich do uszu chłopca
sfrunęły dźwięczne barwy
zza bramy życia i śmierci
w miejsce smutku
do serca
trafiło wzniosłe szczęście
otarł z policzków gorycz
gnany nieznaną mocą
przez skrzypiącą furtę
wybiegł przed osadę
przedpole było mroczne
dźwięki słyszał wyraźniej
muzykę sponad tafli
mistycznej zatoki
chłopiec stanął na grani
w zapaści po horyzont
ogrom uśpionych wód
wielka tarcza księżyca
blaskiem sięgnęła dolin
rybiego dostatku
nawoływania skrzypiały
jak ciężkie skrzydła furty
przybłęda czuł jakby moc
zapomnianej przeszłości
siła mistycznej skrzypicy
wciągały go
do tajemnego korowodu
Na próżno szukać
co się zdaje
mały chłopiec na grani
samotnie wypatrywał
cudowności świata
kontury zatoki
wydawały się być blisko
tuż obok
stamtąd docierała
czarowna muzyka
żywy blask
ocierał się o znajdę
jak woń spoconego rumaka
ciągnącego za sobą przestrzeń
złożoną z drobnych punkcików
linii
i pojedynczych płaszczyzn
poświata coraz wyraźniejsza
wynurzała się
z ciemnych głębin
onieśmielając malca
nikt przed nim nie oglądał
skrytej natury światła
szybko dźwięki
skrzypicy
rozlały się na wszystko
ich barwa swoim czarem
objęła wodną toń
by w końcu wznieść się
nad głowę chłopca
ponad samo niebo
Trysnęło żywe światło
rozlało się wokół znajdy
potężne
z samego wnętrza zatoki
niespokojnej
drapieżnej głębią tajemnic
i wszechobecnym mrokiem
majestatyczne falowanie
delikatne skrzypienie formy
zachwyciło malca harmonią
łagodnością
zniewalająca iluminacja
nieznany chłopcu dźwięk
także i jego
jak każdego człowieka
czyniły wyjątkowym
złożoność
urzekała umiarem
delikatnym
łatwym do zniekształcenia
jeśli znajda
niemy świadek cudów
zechce wciąż pozostawać z boku
przyglądać się biernie
czerpać ciałem i duszą
z boskości
czegoś tak ulotnego
porównywalnego jedynie
z tańcem rady korowodem
dziewcząt chłopców
sroką złodziejką odlatującą
z fantem
Nic tu po mędrcach ich bajach
pieśniach wędrownych grajków
wyzwalających
tęsknotę do wieczności
nieśmiertelność może się
wypełniać
wielkimi czynami
żaden smok ognisty
pancerny jaszczur
mocarz
nie pokonają śmierci
bez pokory
nawet osada i jej święci
starcy
nie zdołają dotrzeć do źródła
bez surowego stosowania
prawa
ono jest jedno dla żywych
i martwych
karze jednako za czyn myśl
haniebną
sprowadza na człowieka
pasmo nieszczęść
rzuca na dno zatoki
zaciera wszelki
ślad
dobiegną końca tańce
rada ogłosi szybki wyrok
brama osady
będzie świadczyć
przeciwko samowoli
małego przybłędy
Nie czas na powrót do osady
znajdę powstrzymał przed tym
gejzer perłowych iskier
od nich płynęły czyste dźwięki
żaden ołtarz bluźnierców
świętych i ich bogów
nie dorówna naturze
jasnością przekazu doborem
środków sugestii
treścią dotykającą
człowieczego wnętrza
który ubiór sakralny
ofiar na ołtarze
dorówna tunice tulącej
toń morza
szkarłatnej nadlirycznej
niedościgłej co do
stopnia istnienia
wynurzającej się
z ciemnych głębin
wspartej o kręte słupy wody
ciągnącej w górę mokry masyw
oczarowanej tym zatoki
chłopiec znał prawa rzeczy
magię i słabość wzroku
słyszał o cudach
w pieśniach grajków
świadectwach świętej wiary
lecz nie słyszał o dźwiękach
strojnych w barwne
wstążki
Prostota wymagała czegoś
więcej ostrego kontrastu
komplikacji formy
złożonej otwartej na stratę
kto sięgnie strun geniuszu
marzeń o zasadach użytecznych
wyłącznie dobrych
o ogrodach zdobionych
liryczną koroną
święte drzewo osady
piękny przekładaniec
uwikłani weń mędrcy ich wolność
trywialne rytuały zepsute
owoce
przybłęda chciałby sprostać
życiowym wyzwaniom
nie było na to miejsca
w rybackiej osadzie
a teraz jest za murem bramą
i tradycją
nikt go nie będzie ganił chwalił
krytyka czasem nawet słuszna
zawsze raniła drobne serce
malec wstrzymywał nową próbę
zamykał w sobie świat
szukał oparcia pośród dziewcząt
ich szczery aplauz
nieco zdyszany osłabiał myśli
w kipiącej od emocji
głowie chłopca
iskry gasły muzyk przerywał
przeczekiwał
Nie było do przyjęcia
by mały chłopiec bez rodziny
dostąpił bogactwa
nie było sprawiedliwe
by znał znajda miarę
samych rzeczy
nie było od początków
by przybłęda poznał naturę
słów
uwagę chłopca przykuła
opadająca głębiej i głębiej
w czerń zatoki
zjawiskowa harmonia światła
dźwięki przycichły zupełnie
wyparte szczękiem zbroi
rozpruwających wietrzną
przestrzeń
bez której żaden ptak
nie wzniesie się na szczyt
do gniazda
szczęście opuszczało chłopca
nie pytając o zgodę
a był tak blisko odpowiedzi
obawiał się jej i pragnął
niebo nie mogło bez niej istnieć
bogowie jeśliby chcieli zachować
dobre imię
on także musi poznać
skrytą hierarchię ważności
sens wędrówki
Natura nie poskąpiła
tysięcy pułapek
słała światło i ciemność
bóstwa opiekuńcze
przekleństwo
chłopiec nie chciał być
częścią nieznanego świata
dużo wiedział o gwiazdach
ich walce ognistej
każda chciała koronę
wyłącznie dla siebie
plamy zaczęły znikać
zmęczone potyczką
pozostał niemy ślad
kropeczki niebieskie
żółtawe nostalgiczne
stracone dla ziemi
tylko słońce zostało
za nim jeszcze kilka
schowanych że nie widać
gdy patrzył bez szkiełka
wolał przymknąć powieki
by ogień mniej raził
płomień gorącem tworzył
co dobre i piękne
niegdyś bo dzisiaj służy
wielu bogom paląc łąki
ziarno pól progi domostw
woda próbuje pomóc
mocny wiatr i ziemia
znajda czuł jej obecność
drgającą harmonią
Źrebię zbłąkane w polu
przy głównym trakcie
nie było sprawiedliwe
by znajda
podzielił jego los
wojownik rzucił arkan
lecz źrebię zerwało pętlę
nie było od początków
by przybłęda mógł poznać
tajemnice życia i śmierci
chłopiec nie dostrzegł
istoty zagrożenia
czuł się bezpieczny
poza murem osady
miał tylko żal do zgrai
jeźdźców
za zakłócenie nastroju
brutalne zbrukanie
piękna
tętent kopyt
rozerwał struny skrzypicy
tysiące zbrojnych
wjechało na przedpole
osaczając osadę
boska poświata
zsunęła się w głębinę
zniknęła
porzucając malca
na grani brzegu
Woje ciągnęli sieci
w trzewia wrzosowiska ścieżki
leśne parowy plecione z pajęczyn
zastawiali pułapki na zwierzęce
dusze
tuż przy cielesnym wodopoju
przybłęda zdrów i cały
myślał o powrocie
do śpiewu tańca dziewcząt
malowanych chłopców
chronionych świętą bramą murem
spokojem tajemniczej osady
enklawy wolnej od rozboju
nieczułej na podstępy ataki
niszczenie
nie mógł malec przeskoczyć
przez leśne parowy
rażony w nogę żądłem jednym
drugim trzecim
rój rozwścieczonych ogni dopadł
spiętą nogę
żądając większej troski pełnej
duchowości
dla drętwiejących mięśni
nie mógł skakać na jednej
i na drugiej nodze
gdy mrowienie ustało
czmychnął czym prędzej
w pobliskie zarośla
na przymorskie zapiecki
przy spokojnym brzegu
Malec pośpiesznie kucnął
w przybrzeżnych zaroślach
stąd przyglądał się
nocnemu najazdowi
w oddali widział mrowie
lśniących ogni
roztrzaskiwanych o żywe mury
osady
ludzie zbrojni w żelazne piki
umierali z palącym w uszach
krzykiem
miażdżeni jakby prasą
oliwnej tłoczni
oblekani w czerwone od krwi
odzienie
naznaczani sprawiedliwością
której nie dane im było
zasmakować
za życia
zbrojni oblali łojem
bezbronne prosiaki
owinęli szmatami
pognali wprost na bramę
łucznik puścił cięciwę
podpalił zwierzęta
by zaoszczędzić własne życie
lecz brama i tę próbę
zwycięsko przetrwała
mur wchłonął swąd warchlaków
wędzone tusze krwawe ryje
rozdarte racice
podporządkowując cielesność
duchowości
Zjawiskowa biel bladła
rzęsy wód zatokowych
opadały bezwładnie
by spotkać mroki głębin
zniknąć bezpowrotnie
minuta po minucie czerń
zmieniała swoją intensywność
wewnątrz zawiesista
na zewnątrz wijąca się ruchliwa
wypełniona robactwem
stawała się przeciwieństwem
piękna
cisza zdusiła dźwięki
kojącej harmonii
natura pełna obaw
zatroskana o losy świata
armię zbrojnych i życie w osadzie
mur pomieści
co mu los przyniesie
zgraję głupców ludzi bez honoru
ich kapłanów wodzów
nawet bogów
nie pozwoli uciec z krwawej bitwy
wymknąć się górą bokiem
odstąpić miejsce innym
zasłużonym dostojnym
próżnym
rzeczpospolita trupów
umarłych dusz wewnątrz zatęchła
z brzegów ruchliwa śliska
w krwawiących bandażach
Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022
[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 2, Ziemia, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 10-32
