Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
Ziemia udźwignie wszystko
święte drzewo lot ptaków
rwące nurty rzeki
nieznaną pieśń jej słowa
owoce drzew
złote pachnące wiatrem
przykryte półcieniem
łodzie płyną w listowiu
wiercą smołą i słońcem
łaskoczą dziurki w nosie
chłopiec mógł się urodzić
w miejscu bez krzty cienia
na brzegu wiecznej rzeki
i być darem niebios
jak ziemia
gdy ciężary
znosi bez szemrania
tęsknotę dziecka do matki
do szczypty ciepła
melodii
wieczornej kołysanki
nie pamiętał komu ją nucił
czas chłopcu wynagrodzi
w rzece wody zabraknie
dno łodzi nic że z dziurą
osiądzie na mieliźnie
rzeką popłyną czyste dźwięki
okrążać będą złote drzewo
ono ma wiele pierwszych źródeł
jedno z nich tryska mlekiem
kąpiących się kobiet
inne zdroje ślą zbrojnych
na pomoc wędrowcom
być może również znajdzie
Kowal zaufał chłopcu
zbliżył się do drzewa
podał mu złotą gałąź
z dorodnym owocem
by znajda ją przytwierdził
do pustki w koronie
w starcach wyczyn ten wzbudził
głęboką nieśmiałość
ludzie cieszyli się
z odnowionej gałęzi
raz złotej raz żelaznej
bez rozumnego porządku
strażnicy coraz odważniej
żądali prawdy
skąd jeniec miał siłę
by dotknąć święte drzewo
i nadal żyć
malec znalazł się nagle
w śmiertelnej pułapce
ty jesteś
Abato Chłopiec
nawet jeżeli wcześniej
nie powiedziano ci o tym
bo jeśli nim nie jesteś
to nie masz prawa żyć
jestem znajdą
bez ojca matki
pojmał mnie woj w masce
mały chłopiec kłamał
jak przedtem i potem
lecz nikt rozsądny
nie chciał go dłużej słuchać
W wiosce nie zapomniano
o bogatych kupcach
od dawna szukających
chłopca
innego od wszystkich
oferowali za niego
każdą cenę
by żywego dostarczyć
pod sąd wielkiego władcy
pierwszego mocarza świata
a chociaż nikt tutaj
nic pewnego nie wiedział
o malcu zwanym
Abato Chłopiec
mędrcy przyglądali się
znajdzie
ten jeniec był inny
od wszystkich ludzi
nie spał
nie jadł i nie pił
pojmany przez woja
w żelaznej masce
szedł niestrudzony
za zaciągiem drogą której
pieszo nie miał prawa
pokonać żaden człowiek
i żyć
schwytany pośród wilków
wataha miała łatwą zdobycz
lecz ustąpiła choć głód
wyzierał z oczu
piana ciekła z pysków
sierść zjeżona przed skokiem
Jeniec ciężko pracował
u kowala
kruszył żelazny gruz mielił
złoty piach srebro
dodawał do czystego złota
mieszał wytrwale
dłońmi formował czerń i żółć
a mimo to nie zwęglił
choćby skrawka skóry
ogień był dlań jak matka
ojciec
czerwień żaru
żółć chłodu
bliska korze świętego drzewa
wzmacniał kadź prażeniem
maź była dlań jak siostra
mówił do niej z uczuciem
sam nią był sto razy
odkrywał czułości
dodawał do form serce
wraz ze srebrem złotem
stworzył przemyślną broń
nie znano takiej w całym
świecie
w miejsce prastarej pustki
ofiarował boskiemu drzewu
nową złotą gałąź
z kunsztownie ozdobionym
świętym owocem
drzewo po raz pierwszy
przyjęło dar wioski
nie żądając nic w zamian
Mimo litery prawa
że nowiny
trzeba zachować w tajemnicy
kupcy dawno zdradzili
starców zbrojnej wioski
powiadomili o cudach
królów i wodzów
mocarz już wcześniej
w tajemnicy słał szpiegów
bo niestrudzenie od lat
starał się schwytać malca
zwanego Abato Chłopiec
by go żywego lub martwego
dostarczyć przed sąd
sprawiedliwy
surowy wyrok śmierci
czekał cierpliwie
spisany królewską krwią
do wioski przybyli
skuszeni szybką wieścią
o osadzie słynącej
ze szlachetnych mędrców
darów złotego drzewa
i nowych wielkich cudów
wysłannicy monarchii
posłowie wielu ziem
żądając wydania jeńca
rozmawiającego z ogniem
ludzkim głosem
młodego maga
zwanego Abato Chłopiec
lecz rada nie była skora
oddać znajdę bez targu
Chłopiec wystraszył się
bliskiej przyszłości
wciąż nie znał odpowiedzi
na najważniejsze pytanie
dlaczego jest inny od tak wielu
inny od wszystkich
nie chciał opuszczać
tego miejsca
mógłby odsłonić tajemnice
o których nie śnił nikt na świecie
tu mógłby zmieniać w złoto
ludzi
zamiast przymuszać do kruszenia
skał złotonośnych
czas marnować
na oczyszczanie
wytapianie żółtego proszku
bezczeszczenie świętego ognia
ludzie to żywy kruszec
podatny na lanie w formy
by w nich zastygli w kształtach
tak pięknych jak niegdyś
łowczy nie zdąży dziś z pomocą
zad konia tarza się w ukropie
smalona łuna nad wierzchowcem
już tańczy w rytmie śmierci
znajda zadarł wysoko głowę
zaglądnął mędrcom w oczy
spojrzeniem
w którym ptak poderwał się
do najwyższego lotu
z niedostępnego im gniazda
Rada słuchała zawstydzona
mędrcy milczeli nie wierzyli
ciało nie sprosta rzeczom
a rzeczy zadaniom
starcy znali zaklęcia
skuteczne na chaos
pomagały donosy podstęp
i nagrody
magowie znali czeluść
pomiędzy gwiazdami
kruki tajemną mowę
nią z deszczowej sadzawki
łowiły dusze przodków
mędrcy mieli sposoby
o których milczeli
niepewni następstw
stanęło na próbie
rada nim wezwie jeńców
kazała wrzucić w kadzie
zwłoki znajdy-maga
by sam na sobie dowiódł
co twierdził z uporem
gdy strażnik chciał go związać
buchnął jasny płomień
ptak nie zdążyłby uciec
i było po wszystkim
została grudka prochu
znajda zebrał ją dłońmi
rzucił na dno tygla
ogień wystrzelił w niebo
żwawo rozpoczął dzieło
zazłociła się poludzka maź
lana w gliniane formy
piękna na ozdoby
Przyjezdni z podziwem oglądali
kunsztowny pokaz magii
chłopiec ostudził kruszec
położył przed radą
nigdy więcej
groźne słowa słyszał nawet głuchy
dostrzegał ślepy dotknął ich bezręki
zrozumiał wiejski głupek
próba powiodła się
raziła dokładnością przewidywań
młodego jeńca
nagła eksplozja światła
była zbyt gwałtowna
by zdążył w szpony chwycić orzeł
zdobycz co jest tak blisko
świętego drzewa
znajdy
duszy w ciele człowieka
wokół panowały strach i pożądanie
ludzie milczeli pełni przekleństw
głośno skarżyli się na życie
rada nie zamierzała sprzedać jeńca
pozbawić się dochodów w złocie
w przyszłości chciałaby uzbroić
miliony
podbić krańce świata
pokonać tyranów
wioska płaciła im daninę
starcy nie spełnią żądań posłów
nie odważą się zaprowadzić
złotonośnego jeńca
na targ niewolników
Dziecko jeszcze osesek
bez ojca i matki
znajda
wyrwany z kłów watahy
przez wojów
jest tu mile widzianym
jednym z wielu z wioski
ma prawo do wolności
jedzenia i picia
do tańca wokół drzewa
płochych dziewcząt chłopców
ma prawo mędrcom
odsłaniać tajemnice o których
niekiedy rozmyślają bywalcy
pustelni
wioska nie sprzeda jeńca
na próżno przybyliście
posłowie królewscy
odejdźcie stąd bez zwady
bo wielu z was zginie
tłumicie w sobie wrogość
jad gadów i fałsz
strzęp pokracznej duszy
ta nie przeżyje upadku
trafi z wami do kadzi
rada prosi pokornie
nie szuka konfliktów
można próbować słowem
odwlec przeznaczenie
robić częste uniki modlić się
o wsparcie
słychać cykanie lat siłę stuleci
świetlaną przyszłość
mówimy po dobroci idźcie
Znajda znów wpadł w pułapkę
posłowie stanęli ze zbrojnymi
u bram buńczucznej wioski
nie chcieli czekać aż skarbiec
urośnie ponad miarę
wioska uzbroi zbójów
łotrów przeciw królom
nocą malec poskarżył się
księżycom na los nieznany
siłę wielką
pragnął jej
choć celu nie rozumiał
i siebie samego
nieboskłon złote gwiazdy
przykrył srebrną tarczą
do brzasku daleko
mgła zawisła w powietrzu
trzask łamanych umocnień
świst oddechu pamięć zła
gdy zabrakło już czasu by odejść
z miejsca przeznaczenia śledzić
przypadki z zewnątrz spoza czasu
chłopiec usłyszał dźwięki
aksamitne skrzypicy
brama rozwarła czarne wrota
zza nich do uszu malca
sfrunęły dźwięczne barwy
żal w sercu zastąpiło szczęście
gnany mocą minął bramę
w gęstej mgle wbiegł wprost
do klatki zastawionej na niego
przez szpiegów mocarza
Serce cząsteczka ciała
w wymiarze fizycznym
przecina połoniny krawędzie
przepaście podmorskie prądy
rzeczne drogi w poszukiwaniu
nowych wyzwań
ciało nurzane we mgle
łowczy korzysta z tego
rozstawia klatki
otwarte
na przeżycia duchowe mistyczne
są całym światem
wie to pająk na wietrze
złapał w swą sieć ważkę
by wspólnie kontemplować
co niewypowiedziane
z natury swej dostępne
nielicznym
jak złoto krew w nie wsiąka
stanowi jedność duszy ciała
uderza armią zbrojnych
by więcej zrozumieć
chłopiec spisze wyprawy
zadba by pamięć pokonała
skłonność ludzi do kłamstwa
raz na zawsze zamknie czas
w Księgach Wojen
zaświadczy o ataku mocarza
na radę i jej wioskę
o toporze zwycięzców
hańbie kobiet
i własnym ocaleniu
przed armią
samym sobą
Kwiaty były świadkami
pagórki i lasy
ciągłych zmagań ludzkości
ze światem człowieka
pięknymi zapachami
bujnym zabarwieniem
próbowały powstrzymać
ludzi przed zagładą
chłopiec wchłaniał woń
rankiem
rośliny zwierzęta
nie umiały pomóc
ludzie gubili ludzi
w imieniu przyszłości
życie karało znajdę zwykle
przez pomyłkę
tragedie zbyt okrutne
by nie chcieć być ślepym
głuchym
pamiętać i zapomnieć
a teraz on sam wybuchnął
płomieniami spopielił strażnika
zamienił go w złoty kruszec
malec nosił w sobie
żywy nadmiar ognia
złoto
też jest strażnikiem
mógłby go więcej zdobyć
tak bawił się myślami
był więźniem w klatce
a roznosiło go poczucie
niezwykłej mocy
Kolory w palecie barw
mieszają się z nutami
szafran ognia
przenika takt
zapach tłoczy wrażenia
przez pory naskórka
rozchodzi się promiennie
sięga strun głosowych
uszu szczeliny źrenic
zamieniając naturę
w rozmazane słońce
ono topi powłoki
czaszkę i kształt włosów
wachlarz uczuć ach miłość
ta walczy do końca
żywa jak zieleń mięty
tęskni za powonieniem
smakami grynszpanu
w sekwencji myśli
przestrzeń belkowana
cyjanem pikowana szafirem
z szorstkim smakiem
ulotnym
pieśń zniechęca żywioły
do przemocy
lecz dzieje nie próżnują
chleb ma barwę pożogi
woda jest zatruta
miliony kopią groby
na wielkie idee
przystań grozy liryczna
gwiazd na niebie zabraknie
domu i ojczyzny
Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022
[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 3, Ogień, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 200-224
