Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
Łowczy tak długo czekał
królewska armia
otoczyła klatkę
z małym chłopcem
woje świecili tysiącami
pochodni
by upewnić się
że dzikie zwierzę wpadło
w mistrzowsko
zastawioną pułapkę
mocarz miał pomocników
ptasznika i wojów
łucznik na skinienie
gotów był srebrną
strzałę
wysłać na koniec świata
dziurawiąc nieboskłony
zemsta za lata klęski
daremnych wysiłków
jest prawie namacalna
kraty splątane
nie przepuszczą znajdy
mysz nie zdoła ujść
z życiem
ugrzęźnie w żelastwie
zmowa wikłała drogę
we wstydliwe związki
mgłę gęstą bramę pustą
ludzkie trupy
nawet skałę
z niej w kuźni ogień
wytapiał żelazo
Straże nie zbliżały się do krat
pamiętając o nieszczęśniku
zmienionym w złoto
chłopiec próbował wyrwać
furtę uciec
przecież nie był zwierzęciem
zasuwy nie puściły
nikt nie upomni się o malca
kto mógłby żądać zwrotu znajdy
za hojną zapłatę
tylko kowal ocalał
stał w pobliżu klatki
doglądał zawiasów rygli
zasuw w żelaznej furcie
krat
mocowań na długie drągi
nimi woje unieśli klatkę
wstawili na platformę
zaprzężoną w tuziny wołów
sanie ani drgnęły
łój rozlano pod płozy
i konwój wyruszył
z trudem wciągając klatkę
na sam szczyt kotliny
wysłannicy mocarza
jednej nocy przywłaszczyli
hojne dary za jeńca
zwanego Abato Chłopiec
woje zgładzili życie
ruszyli w drogę powrotną
z nadzieją w sercach
na niezliczone bogactwa
i zaszczyty
Chłopiec był pilnowany dzień
i noc
żołnierze nie spuszczali go
z oczu by wykluczyć
możliwość nagłej straty
dziwnego więźnia
osobliwego czarownika
zmieniającego ludzkie życie
w szlachetne złoto
gdy słońce się chyliło
widać było wilki
szły wzdłuż zachodnią
ścieżką
wyczekując okazji do ataku
a gdy słońce wschodziło
z nim przybywało ptactwo
rozgadane od rana
zajęte połykaniem
rześkiego powietrza
orły na ptasie chmury
siadały znienacka
łowiąc jak w polu
w rzece
dostatek natury
nagle ptaki ruszyły
ławicą na orły
dziobały oszalałe
martwe orły spadały
przed woły i płozy
zła wróżba wrzeszczał jeździec
w żelaznej masce
zły więzień krzyczał łucznik
obu ich malec skądś pamiętał
Strach trzeba przezwyciężyć
gdy prawa nieważne
jeśli siłą człowieka
wiedza i niewiedza
słowa miałyby toczyć
z cielesnej krwi kruszec
boskie złoto bez skazy
jak dar na ołtarze
żywy świadomy gwałtu
cierpienia i pustki
przez ciągłe sposobienie
do lepszego świata
głód bogactwa
na jawie i we śnie mocarza
wznosił mur oblężniczy
odwieczną troskę armii o chwałę
w pieśniach starców
biedakom wszystko jedno
byle od nich z dala
lecz koniec coraz bliżej
każdy człek jednaki
wagą ludzkiego złota
dobrodziejstw natury
szczodrych darów od bóstwa
górnego i dolnego
zwierzęta już czmychnęły
one zwykle pierwsze
łowione dla trofeów
czaszek białych piszczeli
nie chciały ryzykować
znajda chociaż przyjaciel
mógł stracić jasność zmysłów
Niegdyś święte drzewo
jaśniało barwą światła
niespotykaną w żadnym
nieboskłonie
z korony lśniącej potęgą
Boga wspartej przez mądrość
ponad resztą
na którą sił ludzie nie mieli
by złączyć się ze zrozumieniem
i posiąść wiedzę
u dołu drzewa królestwo
spojone świętym fundamentem
na chwałę Boga
dzisiaj lasy ścięte
palone w sanktuariach
na chwałę władców
w ziemnych norach z żelazem
dla wyrobu siekier
w kuźni pod kadzią złotą
sanie z klatką minęły
rzeczne rozlewiska
mokradła łąki
pustkę
w powietrzu nadal krążył
swąd zgaszonych pieców
odległej zbrojnej wsi
martwej po wsze czasy
doczesne złudzenie
że tliło się gdzieś życie
lepsze niż wszędzie indziej
i za nim tęsknota
o nim w snach marzenia
Drobne blaszki popiołu
sunące ku rozstajom
pracowicie budowały cykl
przetrwania
bezimienne ulotne
lśniły na źdźbłach trawy
płaskie suszone krople
ozdoba krecich norek
rosząc z wiatrem nad miedzą
wprost do rzecznego koryta
przydrożnych chaszczy
potężne ponad wszelkie miary
na równi z daleką drogą
ktoś tu kamiennym rylcem
w zerwanej w polu darni
dla zniewolenia skrzydeł
drążył pasiaste rowki
bezwzględny
oburącz napełni swoje klatki
kupcy i woje
z obawą spoglądali na więźnia
szeptali o strasznych cudach
bezwzględnego maga
znajdy ocalonego przed watahą
przez zaciągi martwej dziś wioski
on potrafił swe oczy
zamieniać w szerszenie
ramiona w węże
głowę w łeb potwora
muszą się mieć na baczności
eskorta i kupcy by doczekać
wdzięczności mocarza
i zapłaty za schwytanie chłopca
Orszak kupiecki dotarł
do pasma wielkich gór
wysokich po szczyt nieba
dymiących kominami
plujących czarnym jadem
na mroczne strome zbocza
u podnóża łagodne
upstrzone głazami
schronieniem wężów
ptasich lęgów
wiatru
na grani uroczysko
ślad dawnej fortecy
z kamiennym murem bramą
resztki zabudowy
orły w pierzastych gniazdach
jaszczurki na głazach
aura rozleniwienia
grzana z głębi ziemi
paleniskiem natury
wilczek znów zgubił stado
biegł wzdłuż zbocza góry
odskakując na boki
jakby go kto kąsał
podnóże falowało od cielsk
głodnych gadów
węże spinały mięśnie
rzucały przed siebie
łby paszcze i truciznę
ufając instynktowi
a wilczek pędził co sił
prosto w stronę znajdy
Dużo nie brakowało
a stałby się wilczek
celem sprawnych łuczników
lecz zniknął pośród głazów
jakby był nieżywy
malec rozważał za i przeciw
czworonóg nie miał szans
wymknąć się rakarzowi
jak chłopiec raz za razem
łowiony podstępem
oskarżany o czary
przez chciwych handlarzy
skazywany na życie w niewoli
i żelazną klatkę
kajdany nie są strojem
żelazna klatka domem
cel podróży oddala
porankiem o zmroku
trudy drogi zbliżają jeńca
do wolności to paradoks
bo oddalają znajdę od prób
zamiany ludzi w złoto
orszak powinien obejść
pasmo górskie łukiem
lub wypuścić przybłędę
kupcy chcieli się wspinać
woje bali się czarów
chłopiec patrzył zdumiony
na ludzką bezradność
wobec ziemskiej natury
zażarte kłótnie
trwały dnie całe i noce
Trzeci dzień z rzędu
złowróżbna gwiazda
oświetlała niebo
jej długi warkocz rozciągał się
od wschodu do zachodu
przyćmiewając swym blaskiem
blady księżyc
kula ognia opadała powoli
zmęczona długim lotem
chciałaby odpocząć
w końcu wydała głuchy jęk
rozpadła się na krwawe oczka
spadła za ścianą dymu
gdzieś na środku świata
aż ziemia drżała z przerażenia
kupcy i żołdacy
tylko ich cenny jeniec
miał to wszystko za nic
pochwycił dłonią przestrzeń
a z nią lot owada
ważka poddała się ciepłu
jej wielkie oczy lśniły
tysiącami fasetek
przyglądały się chłopcu
badały zamiary
owad rozłożył skrzydła
uniósł się nieznacznie
zawisł tuż przed twarzą
zaskoczonego malca
trzepot trudzonych skrzydeł
wtórował jego myślom
znowu usłyszał dźwięki
melodię i słowa wiatr ustał
zaciekawiony cichą pieśnią
Bóg rzuca w niebo
wnętrza wzgórz
wyznacza drogę aż do gwiazd
skały wspinają się
nad chmury
chłopiec słuchał w skupieniu
słów przedziwnej pieśni
dźwięk przeplatał się z ciszą
wybuchał by wrócić
do punktu wyjścia
milczeć odczekać nabrać siły
znowu wypełnić przestrzeń
opuszczoną przez bogów
i ludzi
wcale nie było łatwe
pojęcie miar świata
bez krzty zaufania
znajda miał z tym problemy
gwiazdy żerują w niebach
bacząc na chytrych łowców
a tuż przed nimi sieci
przepastne w głębię ziemi
nie było nigdy łatwe
by kupcy odległych krain
oglądali świat sercem
potrzask skrywa naturę
stosownie do ofiary
brzęk złotych monet
w zależności od kufra
skarbca w bezkresnej duszy
śmiertelnego człowieka
Malec rozpostarł dłonie
i złota ważka odleciała
wprost nad czarny krater
przysiadła na skraju
zatrzęsły się skały
runęły w dół nad doły
strzelistych gór szczyty
ich bezmiar wstrzymał oddech
ciężkie masy powietrza
uderzyły z nieba
spieszyły
by wypełnić pustkę
targana wiatrem grzywa skał
buchnęła z impetem
w środek widnokręgu
rozrzucając świetlne punkciki
na poranionej ziemi
kataklizm obnażył słabość
żywego martwego
malec bał się wybuchu
bo zamknięty w klatce
nie mógłby nigdzie uciec
przed jęzorem ognia
mnóstwo ich pełzło wolno
paląc świeżą zieleń
topiąc w sobie kamienie
jak urobek w kadziach
kupcy w strachu
umknęli strażnicy za nimi
zając stanął opodal
zapatrzony w srokę
ptak podziwiał stonogę
Kupcy widzieli ważkę
jak krążyła nad lawą
zwinnie mijając ogień
i pióropusz dymu
ten owad był przyczyną
puszczony z klatki maga
jeńca postury chłopca
a siły mocarza
niech go jęzory wchłoną
ogień strawi bez reszty
za niepozorną ważkę
strumienie całkiem blisko
zaraz wchłoną zdobycz
tak niebezpieczną
niestrawną dla ludzi
jeśli więzień potrafił
zmienić doły w góry
po ty by z nich utworzyć
jeszcze większe doły
a nie umie wyjść z klatki
popchnąć furtę słowem
to on sam nic nie znaczy
rządzą nim złe moce
czarownice i gady
precz
niech ginie w ogniu
orszak już nie chciał złota
byleby iść do domu
zeznać przed władcą
o zagładzie jeńca
zwanego Abato Chłopiec
Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022
[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 4, Woda, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 10-32
