Ojczyzną twórcy jest wszechświat

O Autorze

Autor prac naukowych i literackich. W latach 1974-1989 członek opozycji demokratycznej w Polsce. Zmuszony do wyjazdu z powodu zbyt wielu represji przed 1989 rokiem i po nim.

Przejściowo mieszkał w Szwecji. Od 2007 roku mieszka w Wielkiej Brytanii.

Abato Chłopiec. Poemat epicki. Tom 4, Woda

Isaac Jacobovsky

[fragmenty]

Łowczy tak długo czekał
królewska armia
otoczyła klatkę

z małym chłopcem
woje świecili tysiącami
pochodni

by upewnić się

że dzikie zwierzę wpadło
w mistrzowsko
zastawioną pułapkę

mocarz miał pomocników
ptasznika i wojów

łucznik na skinienie
gotów był srebrną
strzałę

wysłać na koniec świata
dziurawiąc nieboskłony
zemsta za lata klęski
daremnych wysiłków
jest prawie namacalna
kraty splątane

nie przepuszczą znajdy
mysz nie zdoła ujść

z życiem

ugrzęźnie w żelastwie

zmowa wikłała drogę
we wstydliwe związki
mgłę gęstą bramę pustą
ludzkie trupy
nawet skałę

z niej w kuźni ogień
wytapiał żelazo

Straże nie zbliżały się do krat
pamiętając o nieszczęśniku
zmienionym w złoto
chłopiec próbował wyrwać
furtę uciec
przecież nie był zwierzęciem
zasuwy nie puściły

nikt nie upomni się o malca

kto mógłby żądać zwrotu znajdy

za hojną zapłatę

tylko kowal ocalał

stał w pobliżu klatki

doglądał zawiasów rygli
zasuw w żelaznej furcie

krat

mocowań na długie drągi

nimi woje unieśli klatkę
wstawili na platformę
zaprzężoną w tuziny wołów
sanie ani drgnęły

łój rozlano pod płozy

i konwój wyruszył

z trudem wciągając klatkę

na sam szczyt kotliny
wysłannicy mocarza

jednej nocy przywłaszczyli
hojne dary za jeńca

zwanego Abato Chłopiec

woje zgładzili życie

ruszyli w drogę powrotną

z nadzieją w sercach

na niezliczone bogactwa

i zaszczyty

Chłopiec był pilnowany dzień
i noc

żołnierze nie spuszczali go

z oczu by wykluczyć
możliwość nagłej straty
dziwnego więźnia
osobliwego czarownika
zmieniającego ludzkie życie
w szlachetne złoto

gdy słońce się chyliło
widać było wilki

szły wzdłuż zachodnią
ścieżką
wyczekując okazji do ataku
a gdy słońce wschodziło

z nim przybywało ptactwo
rozgadane od rana
zajęte połykaniem
rześkiego powietrza
orły na ptasie chmury
siadały znienacka
łowiąc jak w polu
w rzece

dostatek natury

nagle ptaki ruszyły

ławicą na orły

dziobały oszalałe
martwe orły spadały

przed woły i płozy

zła wróżba wrzeszczał jeździec
w żelaznej masce

zły więzień krzyczał łucznik
obu ich malec skądś pamiętał

Strach trzeba przezwyciężyć
gdy prawa nieważne

jeśli siłą człowieka

wiedza i niewiedza
słowa miałyby toczyć

z cielesnej krwi kruszec
boskie złoto bez skazy
jak dar na ołtarze

żywy świadomy gwałtu
cierpienia i pustki

przez ciągłe sposobienie

do lepszego świata

głód bogactwa

na jawie i we śnie mocarza
wznosił mur oblężniczy
odwieczną troskę armii o chwałę
w pieśniach starców
biedakom wszystko jedno
byle od nich z dala

lecz koniec coraz bliżej
każdy człek jednaki
wagą ludzkiego złota
dobrodziejstw natury
szczodrych darów od bóstwa
górnego i dolnego

zwierzęta już czmychnęły

one zwykle pierwsze
łowione dla trofeów

czaszek białych piszczeli

nie chciały ryzykować

znajda chociaż przyjaciel
mógł stracić jasność zmysłów

Niegdyś święte drzewo
jaśniało barwą światła
niespotykaną w żadnym
nieboskłonie
z korony lśniącej potęgą

Boga wspartej przez mądrość
ponad resztą

na którą sił ludzie nie mieli

by złączyć się ze zrozumieniem
i posiąść wiedzę

u dołu drzewa królestwo
spojone świętym fundamentem
na chwałę Boga

dzisiaj lasy ścięte

palone w sanktuariach

na chwałę władców

w ziemnych norach z żelazem
dla wyrobu siekier

w kuźni pod kadzią złotą

sanie z klatką minęły
rzeczne rozlewiska
mokradła łąki

pustkę
w powietrzu nadal krążył
swąd zgaszonych pieców
odległej zbrojnej wsi
martwej po wsze czasy
doczesne złudzenie
że tliło się gdzieś życie
lepsze niż wszędzie indziej
i za nim tęsknota

o nim w snach marzenia

Drobne blaszki popiołu
sunące ku rozstajom
pracowicie budowały cykl
przetrwania
bezimienne ulotne

lśniły na źdźbłach trawy
płaskie suszone krople

ozdoba krecich norek

rosząc z wiatrem nad miedzą
wprost do rzecznego koryta
przydrożnych chaszczy
potężne ponad wszelkie miary
na równi z daleką drogą

ktoś tu kamiennym rylcem

w zerwanej w polu darni

dla zniewolenia skrzydeł
drążył pasiaste rowki
bezwzględny

oburącz napełni swoje klatki

kupcy i woje

z obawą spoglądali na więźnia
szeptali o strasznych cudach
bezwzględnego maga

znajdy ocalonego przed watahą
przez zaciągi martwej dziś wioski
on potrafił swe oczy

zamieniać w szerszenie

ramiona w węże

głowę w łeb potwora

muszą się mieć na baczności
eskorta i kupcy by doczekać
wdzięczności mocarza

i zapłaty za schwytanie chłopca

Orszak kupiecki dotarł
do pasma wielkich gór
wysokich po szczyt nieba
dymiących kominami
plujących czarnym jadem
na mroczne strome zbocza
u podnóża łagodne
upstrzone głazami
schronieniem wężów
ptasich lęgów
wiatru

na grani uroczysko

ślad dawnej fortecy

z kamiennym murem bramą
resztki zabudowy

orły w pierzastych gniazdach
jaszczurki na głazach

aura rozleniwienia

grzana z głębi ziemi
paleniskiem natury

wilczek znów zgubił stado
biegł wzdłuż zbocza góry

odskakując na boki

jakby go kto kąsał
podnóże falowało od cielsk
głodnych gadów
węże spinały mięśnie
rzucały przed siebie
łby paszcze i truciznę
ufając instynktowi
a wilczek pędził co sił
prosto w stronę znajdy

Dużo nie brakowało

a stałby się wilczek

celem sprawnych łuczników
lecz zniknął pośród głazów
jakby był nieżywy

malec rozważał za i przeciw
czworonóg nie miał szans
wymknąć się rakarzowi

jak chłopiec raz za razem
łowiony podstępem
oskarżany o czary

przez chciwych handlarzy
skazywany na życie w niewoli
i żelazną klatkę

kajdany nie są strojem
żelazna klatka domem

cel podróży oddala
porankiem o zmroku

trudy drogi zbliżają jeńca
do wolności to paradoks
bo oddalają znajdę od prób
zamiany ludzi w złoto

orszak powinien obejść
pasmo górskie łukiem

lub wypuścić przybłędę
kupcy chcieli się wspinać
woje bali się czarów
chłopiec patrzył zdumiony
na ludzką bezradność
wobec ziemskiej natury
zażarte kłótnie
trwały dnie całe i noce

Trzeci dzień z rzędu
złowróżbna gwiazda
oświetlała niebo

jej długi warkocz rozciągał się
od wschodu do zachodu
przyćmiewając swym blaskiem

blady księżyc
kula ognia opadała powoli
zmęczona długim lotem
chciałaby odpocząć

w końcu wydała głuchy jęk
rozpadła się na krwawe oczka
spadła za ścianą dymu
gdzieś na środku świata

aż ziemia drżała z przerażenia
kupcy i żołdacy

tylko ich cenny jeniec

miał to wszystko za nic
pochwycił dłonią przestrzeń
a z nią lot owada

ważka poddała się ciepłu

jej wielkie oczy lśniły
tysiącami fasetek
przyglądały się chłopcu
badały zamiary

owad rozłożył skrzydła
uniósł się nieznacznie

zawisł tuż przed twarzą
zaskoczonego malca

trzepot trudzonych skrzydeł
wtórował jego myślom
znowu usłyszał dźwięki
melodię i słowa wiatr ustał
zaciekawiony cichą pieśnią

Bóg rzuca w niebo

wnętrza wzgórz

wyznacza drogę aż do gwiazd
skały wspinają się

nad chmury

chłopiec słuchał w skupieniu
słów przedziwnej pieśni
dźwięk przeplatał się z ciszą
wybuchał by wrócić
do punktu wyjścia

milczeć odczekać nabrać siły
znowu wypełnić przestrzeń
opuszczoną przez bogów

i ludzi

wcale nie było łatwe
pojęcie miar świata

bez krzty zaufania

znajda miał z tym problemy
gwiazdy żerują w niebach
bacząc na chytrych łowców
a tuż przed nimi sieci
przepastne w głębię ziemi

nie było nigdy łatwe

by kupcy odległych krain
oglądali świat sercem
potrzask skrywa naturę
stosownie do ofiary

brzęk złotych monet

w zależności od kufra
skarbca w bezkresnej duszy
śmiertelnego człowieka

Malec rozpostarł dłonie

i złota ważka odleciała

wprost nad czarny krater
przysiadła na skraju

zatrzęsły się skały

runęły w dół nad doły
strzelistych gór szczyty

ich bezmiar wstrzymał oddech
ciężkie masy powietrza
uderzyły z nieba
spieszyły

by wypełnić pustkę

targana wiatrem grzywa skał
buchnęła z impetem

w środek widnokręgu
rozrzucając świetlne punkciki
na poranionej ziemi

kataklizm obnażył słabość
żywego martwego

malec bał się wybuchu

bo zamknięty w klatce

nie mógłby nigdzie uciec
przed jęzorem ognia
mnóstwo ich pełzło wolno
paląc świeżą zieleń
topiąc w sobie kamienie
jak urobek w kadziach

kupcy w strachu

umknęli strażnicy za nimi
zając stanął opodal
zapatrzony w srokę

ptak podziwiał stonogę

Kupcy widzieli ważkę
jak krążyła nad lawą
zwinnie mijając ogień
i pióropusz dymu
ten owad był przyczyną
puszczony z klatki maga
jeńca postury chłopca

a siły mocarza

niech go jęzory wchłoną
ogień strawi bez reszty

za niepozorną ważkę
strumienie całkiem blisko
zaraz wchłoną zdobycz
tak niebezpieczną
niestrawną dla ludzi

jeśli więzień potrafił
zmienić doły w góry

po ty by z nich utworzyć
jeszcze większe doły

a nie umie wyjść z klatki

popchnąć furtę słowem
to on sam nic nie znaczy
rządzą nim złe moce
czarownice i gady

precz

niech ginie w ogniu

orszak już nie chciał złota
byleby iść do domu
zeznać przed władcą

o zagładzie jeńca
zwanego Abato Chłopiec

            Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022

[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 4, Woda, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 10-32