Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
Nieszczęśliwi
którzy poznali prawdę
powiew wiatru
rozbudził w pisklęciu
niezbadane moce
sieci łowczego na nic
trzewia wrzosowisk
parowów
zarosły kobiercem
plątaniną słów rzeczy
przygodnych zdarzeń
wolność zyskała nowy
status mitu z przeszłości
jakże odległej epickiej
zniekształconej przez
bezsilność człowieka
symbole nowych czasów
zmienią znaczenie dobra
piece kuźni roztopią piękno
miechy odsuną ptaszników
zrównają z folklorem
unieważnią ich cele
metody i upór
niezachwiany odwieczny
w wykazaniu się przed
naturą
przyszłość będzie oddychać
nieznanym powietrzem
pozbawionym ptactwa
kolorowych motyli
zbyt rzadkim by człowiek
mógł przetrwać
Chłopiec był niespokojny
czuł już bliski koniec
tym razem nie ucieknie
przed krwawym tyranem
lecz władca nadal milczał
w końcu spytał mędrców
o pierwsze zasady
nikt nie znał odpowiedzi
mag próbował wyjaśnić
cudowne zdarzenie
posługując się sprawnie
własnymi czarami
bo malec chociaż spryciarz
czyż był czarownikiem
bez wieloletnich studiów
szkół i wtajemniczeń
krok po kroku jak światło
gdy dosięga cienia
dławi zniewala
decyduje
o miejscu i czasie
a jeśli jakieś straszne zło
w tym chłopcu siedzi
trzeba je spalić w dole
lub rzucić wężom
na pożarcie psu
z pianą na pysku
wściekłym podniebieniem
bo na złożenie w ofierze
bogom dobrostanu
żadne plugawe zło
nie zasługuje
Pomiędzy tym co święte
a salą tronową
wiatr roznosił zapachy
owoców i strachu
pot rozsiadł się na nosach
mag długo mieszał czerń
ze złotem podgrzewał wszystko
tarczą srebrną gładką
czerpiącą wprost ze słońca
strużkę ciepła
znajda nie widział jeszcze
takich cudów
mógłby to wykorzystać
przy produkcji złota
gdyby mógł raz jeszcze
spróbować
teraz z zapartym tchem
czekał na pokaz mocy magicznej
królewskiego nadmistrza
między tym co powszechne
a niebieskim niebem
rozciągała się sfera
pełna niedomówień
chłopiec nawet rozumiał
potrzebę matactwa
tak ważną w świecie bogów
oni bez swojej mocy karleli
przed czymś kluczyli
jak zając w kapuście
sroka z błyskotką w dziobie
myśl świeża bez skazy
może mag to wyjaśni
złocąc mech w ogrodzie
Święte drzewa jaśnieją
barwą światła niespotykaną
w ziemskich rajach
z koron strzelistych wolą Boga
wspartych przez mądrość
ponad resztą
na którą sił nie starczy
magowi z pałacu
by złączyć się ze stanem ducha
dostępnym kwiatom ptactwu
zwierzynie leśnej połoninom
ze zrozumienia tryska łaska
świetlista ścieżka
kładka Boga
wsparta przez srogość
sprawiedliwość
wiedzę
bez niej przestrzenie zanikają
krety kopią doły
chętne pomieścić języki i kości
magowie tracą przywileje
prawda dobro i piękno
topią się w jeden przekaz
w wielkie wrota do świata
spoza ziemskich światów
z zapachami owoców
zroszonych letnią rosą
a każdy z nich bogatszy
od gwiazd wszystkich nieba
każdy z innej materii
tuż przy ściółce ogrodu
mistyczne królestwo spojone
świętym fundamentem
na chwałę Boga
Królewski mag
rozwieszał sieci
w trzewiach ludzkich zmysłów
parowach giętkich słów
splecionych pajęczyną
między tym co się rodzi
a dojrzałą śmiercią
ona jeszcze przed czasem
doświadczyła trudu istnienia
dzisiaj łagodna darzy świat
życzliwością
różnica między życiem
śmiercią
wynika z punktu widzenia
dla natury jest nieistotna
człowiek piekli się strasznie
zaświadczając o swej ignorancji
jeśli ktoś to dostrzeże
zwykle jest za późno
mag był już tak blisko
i kiedy w końcu wymówił
kolejne zaklęcie
pałacowa posadzka
wybrzuszyła się w progach
świętego gaju
wiotkie korzenie
podążyły do źródła słów
jak węże okręciły się
wokół stóp
mag nie mógł postąpić
w lewo w prawo
mógł tylko cofnąć się
w głąb siebie by ozłocić mroki
zdziwionej czarem duszy
Ciało zaczęło zamieniać
miękką konsystencję
w twarde najszczersze złoto
stopy po kostki łydki po kolana
palce rąk dłonie po nadgarstki
tylko głowa ta sama
ciągle gadająca
zajęta ważną robotą
czarownik zdawał się
lekceważyć
tak fundamentalną zmianę
cielesnej kondycji
eunuch podszedł do niego
szturchnął złotą rękę
odpadła na posadzkę
wrzask zrozpaczonej głowy
wzbudził w królewskiej świcie
nerwowy śmiech
natura zapodziała gdzieś
wymuszający na ludziach dobro
mechanizm doskonałości
w rupieciarni już dawno
zdążył się rozstroić
i tylko od czasu do czasu
daje o sobie znać
kosztem poświęcenia dobra
mniejszego dla większego
hulaj świecie zło nie musi się
starać
przez co rzecz jest nijaka
słowo bez znaczenia
symbole zabłądziły
w labiryncie sensów
Mocarz kazał magowi
zamienić w szczere złoto
strzegących go strażników
czarownik krzyczał głośno
wołał do swych bogów
chciał żyć we własnym ciele
zażywać prestiżu
władzy dusz i materii
tyle lat doświadczenia
i mizerny efekt
uśmiercił piękne ciało
kruszec rzecz nabyta
nie dorówna wartością
życiu maga
wcześnie nie dostrzegł tego
co wiedział księżyc nocą
dzięcioł wyjadający
spod kory tłustości
czarownik swego losu
zmienić nie potrafił
w głowie młyn mielił myśli
tłoczył nosem okiem
z uszu wyciekły strzępy
na fałdy posadzki
ukorzenienie cofnęło się
pod próg ogrodu
czarodziej stracił wiarę
że ocali życie
z wolna także czoło
łysa głowa płatki uszu
policzki ciążyły miękkiej
szyi w końcu język oczy
cała reszta też złota
Od tamtej pory ludzkie ciała
zaczęły zmieniać się w złote
grudki
przekuwane na płatki róż
nasiona rosłych dębów
gałęzie starych drzew
domostwa białego ptactwa
sarnie pasemka sierści
wzdłuż błyszczących korzeni
w poprzek ciekawskich oczu
szukających nocami na niebie
świętych ogni strażników
powszechnej harmonii
sensu królewskich zmagań
z krnąbrnym losem
jeszcze nie teraz za chwilę
niech tylko mocarz skończy
frazę
kto ma siłę wprost z niebios
ten pokona i siebie
chciwość będzie piastunką
przetnie nić graniczną
złamie stare zasady runą płaty
przestrzeni z siedliskami na życie
znikną jak dno zatoki jej grzeszne
ławice nazbyt ciekawskich śledzi
sieci suszące się przy brzegu
jak łodzie pełne haków kubłów
znikną szlachetne słowa zbędne
w obliczu ziemskich nieszczęść
bez nich tak trudno żyć i przeżyć
nie poddać się przeznaczeniu
gdy wszystko stracone
Pałac świetnie pamiętał
raport o czarach pomocnika
wioskowego kowala
kim jesteś
mocarz nie chciał uwierzyć
w chłopca kłamstwa znał
ten rodzaj obrony bo sam niegdyś
zwodził otoczony przyjazną siłą
której do dzisiaj nie rozumiał
oszukiwał naiwnych
przecież nie był głupcem
kto mógłby się z nim równać
najpierwszym w świecie łowczym
wysłannikiem niebios
malec znowu nie wiedział
co ma odpowiedzieć
jestem znajdą bez ojca i matki
nocą sztorm rzucił mnie wprost
w grupę delfinów
było już blisko brzegu port jaśniał
nad wodą pojawiło się truchło
olbrzymie śmierdzące
delfiny odpłynęły
wdrapałem się na trupa nurt
zniósł go do portu tam pojmały
mnie straże tłum zamknął
w ciemnicy konwój przywiódł
do miasta nadzorca do pałacu przed
twój tron klęczę i milczę
bo co można powiedzieć bogactwo
onieśmiela w twym królestwie
widzę je całe ze złota ono przenika
wszystko jak dusze boskie niebo
obrazy naturę głębię oczu
Chłopiec świetnie to wiedział
ciągle trzeba kluczyć każdy
oddech ma cenę
sięga po niego wielu
liczy się giętkość karku
język byleby nie wpadł
w kielichy przełyku
chociaż mówił łagodnie
wzbudził w ludziach wściekłość
nikt nie uwierzył słowom
kłamcę czas oddać katu
na szybkie badanie
tortury wywyższą prawdę
po wszystkim rzucą ścierwo
psom wściekłym wygłodzonym
rozszarpią więźnia
w mgnieniu oka
już kat się zgłosił po ofiarę
w lochu rozgrzano pierwsze
szczypce
gdy do pałacu przyszły wieści
o zaginionych marynarzach
kupcach łupach bogatych
złocie z dalekich krain
widać wstęgor królewski
nie poznał włoków
księżycowego żniwiarza
ominął matnię ochronił swą
koronę przed długim stożkiem
jedynym miejscem bez ratunku
gdy topiel w głębi tła
utkana z mocnych oczek
Rozbity statek nie zatonął
burza zniszczyła żagiel
złamała maszt wyrwa w burcie
wymagała naprawy
i po tygodniach dryfowania
szczęśliwie rozbitkowie
dopłynęli do rodzimego portu
nie tylko bogowie dopomogli
kupcy śpiewali ku rozwadze
najstarszą modlitwę
jeden mocarz zna tajemnice
otwiera zamyka życie
z łatwością rozpozna prawdę
tajemnice człowieka
każdy błąd nadużycie
on nie pozwoli skrzywdzić
swoich wiernych poddanych
bez tej pieśni straciliby życie
wielu zginęło z własnej winy
głodu pragnienia chorób
jakich nie znano
garstka załogi ocalała
niosła królewskie złoto
drogie kamienie i ozdoby
władca cieszył się znowu
na spodziewane bogactwo
a jeśli prowadzili ze sobą
jeńca zwanego Abato Chłopiec
mocarz zgładzi go jeszcze dzisiaj
by niepodzielnie królować
nad ziemskim padołem
Byłby dziś piękny dzień
lepszy od wczorajszego
jutrzejszego gdyby mocarz
uwierzył bajaniom przybłędy
strach siedział wciąż pod skórą
trzymał skraj odwagi
na lichej uwięzi
walka by się skończyła
a chłopiec na laurach
siadłby sobie zuchwale
bo trudom podołał zwyciężał
uczył się tego od zwierząt
są górnolotne jak poeci
szybują drepczą w chmurach
nurkują spod gwiazdy
natura go uczyła o wietrze
słudze ognia
deszczu łzach znad zatoki
głębiach dolin i serc
tam szczerość mości gniazda
chłopiec się rozdwoił
manipulacja nie jest drogą
do dojrzałości
tego mu nie przebaczą pieśniarze
zemszczą się zniesławią
wiara w nadludzkie siły
niosła nowy początek
młody więzień przyglądał się
uważnie pałacowej świcie
mocarz dostrzegł w tym
grymas miłość i nienawiść
Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022
[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 5, Powietrze, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 10-32
