Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
IV
Pod mostem rów kamienny i ludzka osada
otoczona głazami większymi od ludzi,
murem pod samo niebo z krwi obcych i gada.
Wszystkim rządzi tam święta, siwogłowa rada.
To dla niej zielny wywar pod drzewem się studzi,
dla niej niebo i gwiazdy są jak ta osada.
Starców męczył przypadek – szkopuł z nim nie lada.
Przez bramę przeszedł chłopiec. Z letargu tym zbudził
radę. Czy był proszony? Co z krwią obcych? Gada?
Ten chłopiec wciąż jest żywy! Brama nie fasada,
nieproszony przekupstwem życia nie wyłudzi.
Lecz przed malcem otworem stała ich osada.
Mędrcy nie uzgodnili, zaleta czy wada
przeżyć spotkanie z bramą. On się nie natrudził,
jakby jad przestał działać z krwią obcych i gada.
Ludzie zaczęli pytać, czy z dziada, pradziada
chłopiec miał w sercu miłość, czy śpiew go nie znudzi,
modlitwy i pląsanie, gdy cała osada
wypije zielny wywar z krwią obcych i gada?
Bardzo ciekawił ludzi. Wiedza im ostudzi
krew. Niech rada się trudzi. On ich nie raz zbudzi.
O chłopcu nie wiedziano – czarni byli, rudzi
jego zacni przodkowie? Toż imię wypada
znać! On błyszczał wymową, nigdy nie marudził,
szokował swą mądrością, gdy sens kto spaskudził.
Może przybył z daleka, z Etiopii, ze Żmudzi?
Choć tak młody, choć rośnie, on wcale nie jadał.
Nigdy się nie wywyższał, choćby ktoś marudził.
Powszechną tym ciekawość mały przybysz wzbudził.
Co jeszcze? Znał pszczół życie. Znał tańce owada.
Miód potrafił oczyścić, gdy kto kadź spaskudzi.
Potrafił unieść ludzi. Grubi są czy chudzi
unoszą się nad trawą. Rada wciąż to bada.
Przecież musi być mądra. Nie może marudzić.
Wiele dziewcząt i chłopców zaczęło się łudzić,
że i oni też mają, co chłopiec posiada,
a jedynie w osadzie ktoś im to spaskudził.
Skorzy do fizyczności. Miłość nie marudzi,
silna jak ogier w zwodzie, hoża jak klacz gniada,
zachłanna nawet wówczas, kiedy sens spaskudzi.
Dusza! Jedyna rada, gdy kłopot nie lada.
Ciało jest jak fasada. Duch bez ciała? Wada!
V
To nie było roztropne, by żyjąc w osadzie
pozostał nienazwanym, kimkolwiek był malec,
cokolwiek tutaj robił. Kruszec służy zdradzie,
dobrobyt zaprzedaniu, gdy serce w nieładzie.
Lecz jeśli jest uczciwe, od głowy po palec,
przeszło śmiertelną bramę, może żyć w osadzie.
Rada dowie się prawdy. Już szykują kadzie
czarownego wywaru. Pływa w nim padalec,
pływa żółta jaszczurka. Zapobiegną zdradzie.
Otworzą usta szpiega. Prawdę powie radzie.
Dorodne krople deszczu równają jak walec
żyzną glebę i skały, by życie w osadzie
nie było nazbyt łatwe. Co się cieniem kładzie,
wnet nauczy pokory. Wie o tym bywalec.
I wie biedak z osady. On zna się na zdradzie.
Prosty człek, nieobyty, w szczerości napadzie
wytknie ostrym językiem, kto piecze zakalec,
a kto rumiane bochny, kto żyje w osadzie
i kto marzy o świecie, ucieczce. O zdradzie.
Czy myśli o tym malec? Zanurzył swój palec
w kadzi jak uczt bywalec. Capnął go padalec!
Władcy odległych krain gotowi byli lec,
byleby zdobyć bramę i żyć w rajskim sadzie.
To brama życia? Śmierci? Niejeden zuchwalec
chciał znać tajniki furty. Zwoził mięso, smalec,
srebro, złoto, klejnoty. Trafi się służalec
łasy na prowiant, kruszec. Ludzie plemię gadzie.
Znajdzie się czarna owca, bezduszny zuchwalec.
Chłopiec myślał o takim – zwykły zwyrodnialec.
Nie wie, co to lojalność, choć dorastał w stadzie,
osada go karmiła. Znał smak mięsa, smalec
topiony w palenisku. Kapał z tusz gorzalec
na rozżarzone kłody. Płomyki w tyradzie
drżących świateł, przebłysków. Niejeden zuchwalec
nie umiał ich zatrzymać. Jak branki brzydalec
i srogi ojciec córki, przeciwnej zasadzie
gruboskórnej, bo cuchnie. Toż nieświeży smalec!
Dziewczę wolało jaśmin. Niejeden zuchwalec
w kwiatach nurzał swe ciało. Starcy na naradzie
byli temu przeciwni. Wolą stęchły smalec.
Gdy praktyka w nieładzie mogą pomóc kadzie
wywaru, służąc radzie. To cieniem się kładzie.
VI
Nie wtykaj palca w szparę! Lecz to wielka dziura,
czarna jak smoła w nocy. Mieni się gwiazdami.
Drażni oczy i nosy. Czarodziejska chmura.
Zagadka niebywała. Dziwna jest natura,
a najdziwniejszy malec pomiędzy mędrcami.
I mur. Nie przejdzie przezeń nawet pusta dziura.
Nikt nie ciosał kamieni, nie wzniósł bramy, która
za dnia spraszała grajków, by swymi pieśniami
łagodzili trud życia. I gdy dźwięków chmura
wpadała w uszy ludzi, lżejsza była góra
codziennych obowiązków. Pomiędzy słowami
trafiała się idea groźniejsza niż dziura.
Opowieść o wolności. Niezbędna cenzura!
I owszem, była sprawna. Bard kończył z gadami.
Każda wzniosła idea czarowała w chmurach.
Mur odpierał ataki jak żądlenie skóra.
Chłopiec o sobie plotki. Nękały latami
zacnych z osady mędrców. W głowach wielka dziura
utrudniała odpowiedź. Nieuchwytna chmura
migotała gwiazdami, siliła z mędrcami,
usypiała pieśniami, czarem nad słowami.
Mur, brama niezwyczajne. A były darami.
Kto, za co je darował? Niezwykła struktura.
Brama z kłód jak drewnianych. Najeźdźcy żagwiami
próbowali ją spalić. Trwożyli nocami.
Lecz nigdy nie płonęła. A przed taranami
sama się ryglowała. Po zmierzchu ponura,
gotowa zmierzyć siły z najeźdźcą. Z żagwiami.
W dzień sprawnie odróżniała, kto swój, kto z wrogami.
Ci źli znikali w murze. Jedynie purpura
gdzieniegdzie wyciekała. Trwożyła nocami
czernią w rowkach, w pęknięciach. Rozcieńczona łzami
spływała wprost do morza. Wciąż żywa mikstura.
Miłość własna i wściekłość. Znaczone żagwiami,
szyte grubymi nićmi, łatane królami.
Pełne dumy. Chciwości. Znajoma figura
retoryczna. Do dzisiaj zatrważa nocami.
W środku lata, czy zimy najeźdźcy żagwiami
wzniecali strach i pożar. Brama jak cezura,
kończyła, co zaczęli. Trwożyła nocami.
Tak dziwna jest natura. Z kamienia, czy dziura?
Nie pytaj, bo cenzura tuż nad tobą w chmurach.
VII
Mężowie i niewiasty oddani swej pracy
spędzali czas w obejściach. Wokół pełno dzieci,
plusk deszczówki i żarty. Cieśle i rybacy
strugali lekkie łodzie. Dziewczęta na tacy
roznosiły owoce. Chłopcy jak poeci
prześcigali się w rymach o korzyściach z pracy.
Śpiew mieszał się ze śmiechem. Tacy to junacy!
Połcie mięs ze śledziami, nic, że z różnych sieci,
suszyć je będą w słońcu cieśle i rybacy.
Gdy otoczą osadę złowrodzy wojacy
wystarczy jadła, picia do końca zamieci.
Po niej znowu z zapałem oddadzą się pracy
nasłuchując o zmierzchu, czy łkają biedacy
schwytani siłą muru. Strach żywych obleci,
bo trupy lubią jęczeć. Lecz cieśle, rybacy
nie są tacy strachliwi. Wędrowni cudacy
krzyczą, że czas pokuty. Naiwni asceci.
Nie pojęli kamieni oddanych swej pracy
jak oddani są ludzie. Jak cieśle, rybacy.
Pokuta w czas zamieci! Co na to poeci?
To ludzkich dusz rybacy, czy tylko biedacy?
VIII
Wczoraj toczono bitwę, lecz wstęgor królewski
nie zdołał zerwać włoków nocnego żniwiarza
utknął koroną w stożku, ujrzał widmo klęski.
Bez ratunku! Topiel tła mocna, wszędzie rzęski
utkane w gęste oczka. Profesja rakarza.
Na nic tu trąby forpoczt. Na nic miecz królewski.
Nie pozszywają trupów nici majstrów szewskich.
Ten nie zna płycizn morza, kto co noc powtarza
nierozważne rozkazy mimo widma klęski,
mimo krzyku rybitwy. Ten będzie zwycięski,
kto zna niebo sieciarzy. Kto chce zło obnażać,
a nie koroną błyszczeć jak wstęgor królewski.
Od rana mur osady tęższy, bardziej męski.
Wroga armia na statkach wraca bez żeglarza
sprawiedliwie pobita. A z nią obraz klęski.
Na horyzoncie żagle. Ostały się kęski.
Resztę wiatry pożarły. Robią za tragarza.
Ślą w krainę śmiertelną – czyś wstęgor królewski,
czy zbój z królewskim mieczem znaczony dniem klęski.
Siła słabość obnaża, gdy błędy powtarza.
Czy leży trud zwycięski u stóp bosych, szewskich?
IX
Nikt z żywych nie mógł wiedzieć, jaki los go czeka
u wrót wodnych olbrzymów. Czy jak ptak na niebie
poszybuje wysoko? Marzenie człowieka,
by z góry mógł ustalić, dokąd wpływa rzeka.
Chce po zachodzie słońca wciąż rozpoznać siebie.
Tak wielu próbowało. Los spokojnie czeka.
To wiecznie się powtarza. Głupi kto narzeka,
kiedy z upływem czasu dusza nim kolebie.
Ciepło, drganie powietrza zmazują człowieka.
Zwierzęta wszystko wiedzą. Chwalą się: Eureka!
Snują wielką opowieść. Dzięcioł w głowach grzebie,
dziobem pniom drzew obwieszcza los i kto nań czeka.
Jedna osada słucha. Są wieści z daleka
i zza sąsiedzkiej miedzy, wzrosłe w żyznej glebie.
Te kotwiczą przy ziemi marzenia człowieka.
Wszak bywa nieszczęśliwy, kto przed tym ucieka.
Gdy życie zagrożone, osada w potrzebie,
okrążona przez wrogów, krwawy los go czeka.
Ach! Życie jest tak piękne w marzeniach człowieka,
łatwo zadbać o siebie. Sam sobą kolebiesz,
we własnej głowie grzebiesz. Skończysz jak deszcz w glebie.
Osada żyła szczęściem. Żółtodziób i źrebię
pomagali dorosłym. Misy pełne mleka.
Żołądki mięs dziczyzny. Nie o czarnym chlebie
i wodzie jest jadłospis. To raj dla podniebień.
Włóczęga chwali światy, lecz o nich nic nie wie.
Zdobi kwiatami słowa. Usilnie przyrzeka,
że sama święta prawda. Nie o zwykłym chlebie
prawi. O tym z zaświatów. Zbliża do ust grzebień.
Dźwięki jak hojne pszczoły. Pośrodku pasieka.
Jadłodajnia smakoszy. Dźwięczny raj podniebień.
Kobiety wierzą pieśniom. Chcą być tuż przy drzewie
świętym i tajemniczym. Coś z niego wycieka.
Dodają to do placków. Niech mości się w chlebie.
Wywar tka inicjację w człowieku, w amebie.
Milczeniem ćwiczy mowę, na język nawleka
co słodkie i co gorzkie. Strawę dla podniebień.
Sens życia jest ukryty również w czarnym chlebie.
Biedacy i za niego dadzą się zasiekać.
Nie tylko za ten biały, za raj dla podniebień.
Grajka pieśni jak rzeka. Melodia nie czeka,
płynie z bliska, z daleka. Dopada. Ucieka.
X
Kobiety cenią prawdę. Widać to w ich ruchach,
gdy plotą z ziół warkocze, gwarzą między sobą.
Mężowie cenią siłę. Kobieta jest krucha,
mężczyzna musi bronić i siebie, i druha.
Dlatego już od dziecka syn czuwa nad krową,
łowi rękoma ryby. Ile sprytu w ruchach.
Potem piecze na ogniu. Przysmak dla pastucha.
W czas, gdy leje jak z cebra zjada na surowo.
Dziczyznę trzeba suszyć. Najlepsza jest krucha.
Różowe mięso saren spod serca, zza brzucha
rzucone w białe płótna, spięte kolorowo.
Za życia jak płochliwe! Widać było w ruchach.
Wnet zawiśnie na hakach. Z dala od łasucha.
Ze strony zwierząt słychać narrację grobową.
Więź z mężczyzną, z kobietą za bardzo jest krucha.
Wie o tym kruk i orzeł. Wie nawet ropucha,
że spotkanie z człowiekiem kończy się niezdrowo.
Wszystkie trzymają dystans. Widać to w ich ruchach.
Nawet wobec kobiety, choć ona tak krucha.
Też chcą się cieszyć życiem. Taksują surowo,
gdy kończy się niezdrowo. Spiżarnią grobową.
Rybacy w płaskich koszach czyścili wzorowo
srebrne plecionki śledzi. Ryba nie kłamczucha,
a stara się wykrzyczeć, że wszak pomyłkowo
znalazła się w osadzie z tłuszczą pokarmową.
Lecz cena za ciekawość zwyżkuje skokowo.
Nadwodna przestrzeń wietrzna, sucho tu i dmucha,
łatwo uznać, że rybak trafił pomyłkowo
na odludzie. Bezrybie. A jednak celowo
wyruszył łodzią w morze. Pogodnie czy plucha,
zamieni rybi żywioł w rację pokarmową.
Już na powrozy lniane nadziewa fachowo
paszcze dorodnych śledzi. Powiszą do sucha.
Chyba, że głodomory zjedzą pomyłkowo
lub kobiety żebrakom uszczkną to i owo,
nie dbając o wędzenie. Kwiatek do kożucha,
gdy są śledzie bez smaku dietą pokarmową.
Zawisły w sieniach domostw wszak nie pomyłkowo.
Dojdą z czasem do siebie. Cóż to za otucha,
będą niemal wykwintną tłuszczą pokarmową.
Istna sielanka! Tutaj wszystko jest dla brzucha,
potrawa mięsna, krucha ukoi łasucha.
Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022
[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 1, Drzewo, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 27-49
