Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
I
Z dala dobiegły dźwięki spomiędzy cezury.
Aksamitna skrzypica. Nic jej nie zagłuszy.
Żaden wieloton kotłów, nie burzowe chmury.
Chociaż był środek nocy, spod kosmicznej dziury
otworzyły się wrota. Chłopiec szybko ruszył
na przedpole osady. Spomiędzy cezury
siła kazała wybiec poza murów góry.
W żywe oczy zakpiła z wiary ateuszy
wpływając na los świata. Czy burzowe chmury,
obrzędy, dawne pieśni, taneczne figury
wstrzymywały historię? Znajda stawił uszy,
by uszczknąć nieco więcej spomiędzy cezury.
Byle nie przeszkadzali starcy, mędrcy, gbury,
jazgot piszczał, grzmot bębnów – uchwycić śpiew duszy.
Prawdy o niej nie odda żaden błysk zza chmury.
Przybłędę otaczały niebiańskie bordiury.
Uleciał z serca smutek. Każdy by się wzruszył
czerpiąc przemożne szczęście spomiędzy cezury.
Lecz zawładnęły wolną wolą dziwne chmury!
Skrzypica jest z cezury. Niepokój zagłuszy.
Dźwięki wplecie w bordiury i człowiek się wzruszy.
Przybłęda słodził życie. Oczy wybałuszył
z zachwytu nad cudami. Srebrne, złote wióry
wkręcały się we włosy. Dźwięk niebiosa kruszył.
Przedpole niby mroczne, a blask w oczy prószył.
Stąd blisko do zatoki. Znajda nie koniuszy,
by wsiąść na grzbiet rumaka. Ogon – pereł sznury.
Grzywa – z diamentów zorza. Tętent niebo kruszył,
gdy koń przemykał obok. Półmrok się wybrzuszył,
przestrzeń jak postrzępiona, niuanse tekstury
widoczne bez ślęczenia. Ich blask w oczy prószył.
Punkt wydłużał się w linię. Linia w splot arkuszy.
Płaskość w bryłę zatoki. Fizyczne tortury,
czy muzyka kosmosu? Dźwięk niebiosa kruszył,
chronometr mierzył tętno. Ucho nowicjuszy
mogłoby je skojarzyć z przejawem brawury,
tej samej, podczas której blask wprost w oczy prószy.
Ażeby się dowiedzieć, jak dźwięk niebo kruszy,
trzeba wybiec przed siebie. Z duchem uwertury
wejść odważnie w snop światła, by blask w oczy prószył.
Znajda właśnie się ruszył. Przed nim morskie góry.
Czeka go uczta duszy. Wpierw niech minie dziury!
II
Dźwięki słyszał wyraźniej, tuż nad taflą wody,
muzykę sponad fali mistycznej zatoki.
Wreszcie stanął na grani. Przed nim wodopłody
oświetlone księżycem. Kolebka przyrody.
A zapaść po horyzont, po podmorskie mroki.
Świat rybiego dostatku hen pod taflą wody.
Tam było źródło dźwięku bajecznej urody
tajemniczej skrzypicy. Jeszcze ze dwa kroki,
by znajda dał się wciągnąć w barwne wodopłody.
Mistyczny finał blisko. Gdyby nie przeszkody.
Ocean nabrał cieczy i był za głęboki.
Przybłęda czuł, jak siła tuż znad tafli wody
słała mu obietnicę nieziemskiej nagrody.
Za chwilę w jego żyłach popłyną potoki
słonej, śledziowej bryzy. Ach, te wodopłody!
Pewnie rada ruszyła z tańcem. Korowody,
jeden za drugim, dziarskie jak złodziejki sroki
odlatujące z fantem. Z dystansem do wody.
Znajda wahał się. Czekał. Widział wodopłody
nadzwyczajnej urody. Lecz wokół nich mroki.
Były zatem przeszkody. Czy zrobi dwa kroki?
Nic tu po mędrcach rady, po bajach, że smoki
przybędą zza przymorza, pomnożą ogrody,
by człowiek zaznał szczęścia, ożywił zewłoki,
cofnął śmierć, przeszłe czasy, skasował wyroki.
Znajdę zauroczyły niebiańskie widoki,
lecz nie mógł dostrzec grajka. Czy skrzypek był młody?
Czy zechce ów czarodziej ożywić zewłoki,
dać ludziom drugą szansę? Żadne powidoki.
Nowe, wspaniałe życie, piękne epizody.
Niech huśta przemijaniem, kasuje wyroki.
Jakie dziwne fantazje. Ich wachlarz szeroki
i co nieco banalny. Nikt nie znał metody
udobruchania śmierci, by ożywić zwłoki.
Czas wracać do osady, bo gdy świt stuoki
oświetli senne życie zakończą się gody,
a rada miast skasować ogłosi wyroki.
On wyszedł poza bramę, za żywe zewłoki
patetycznego muru. Będą mieć dowody
samowoli. Ucieczki! Zsumują wyroki.
Trafi na dno zatoki. Wrzucą go do wody
tam, gdzie uskok głęboki. Sproszą wodopłody.
III
Jeszcze czas. Za dnia wróci. Piękna egzotyka.
Wstrzymał go gejzer iskier, pióropusz astralny,
niewyrażalna dźwiękiem mistyczna muzyka.
Stamtąd płynęła siła. Szkarłatna tunika
wynurzała się z morza jak ubiór sakralny
dla ofiar na ołtarze. Piękna egzotyka.
Nikt przed znajdą nie spotkał ani czuł liryka,
który milcząc śpiewałby wiersz tak naturalny,
tłocząc w duszę słuchacza mistycyzm muzyka.
Nikt wcześniej nie oglądał boskiego magika
skrytego w snopie światła. Kręty, linearny,
podnosił masy wody. Piękna egzotyka.
Przybłęda stracił pewność. Czary, czy fizyka?
Skrzypica była tonią, porządkiem spiralnym
wznoszonym ponad niebo. Stamtąd jest muzyka.
Jej dźwięki – barwne wstążki. Gwiżdżą znad imbryka,
jakby chciały negować swój wydźwięk spektralny.
Na szczęście to ekspresja. Piękna egzotyka!
Artykulacją duszy – mistyczna muzyka.
A rozum? A fizyka? Są jak strój sakralny.
Podkreśla to liryka. Gestem linearnym.
Prostota i złożoność. Znajda, choć genialny,
czy mógłby sprostać niebom? Marzeniem etyka
jest hodowanie drzewa, by owoc mentalny
w ogrodzie dobra i zła nie był nierealny.
Wyrastał przekładaniec. Wielce arbitralny.
Bez instrukcji spożycia. Starania logika
opisu wolnej woli, by owoc mentalny
stał się bardziej zjadliwy, ale nie trywialny
kończyły się na niczym. Praca przyrodnika
dałaby lepszy efekt. Nie był nierealny
plan odtworzenia raju, lecz czy był moralny?
Z drzewami wiadomości? Przedwczesna krytyka
mogłaby wstrzymać projekt i owoc mentalny
wciąż zatruwałby życie. A aplauz chóralny
osłabiał głębię myśli. Chłopiec w to nie wnikał.
Obraz jego ogrodu nie był nierealny.
Przybłęda nie miał miejsca, by owoc mentalny
zamienić w rzeczywistość. Plan szpetnie utykał.
W przyszłości? Kto wie? Może? Gdy będzie realny.
Ach! Snop iskier! Spiralny! Wiatr ściął wierzch imbryka.
Chociaż był naturalny, wpadł w duszę muzyka.
IV
Ezoteryczna forma pieściła harmonią,
jakiej człowiek nie doznał. Rozkwitała życiem.
Epatowała czysto ludzką eudajmonią.
Czy przybłęda mógł dostrzec jej związki z agonią?
Z szarpaniem, cięciem, rwaniem, żywiołowym wyciem?
To coś pieściło ciało chłopięce harmonią.
Chłopiec był zachwycony mroczną teogonią,
a to mogło się skończyć śmiertelnym krwiopluciem
zamiast zwieńczenia piękną, ludzką eudajmonią.
Kto jakiemuś przybłędzie z rodzinną afonią
dał prawo do bogactwa? Nie chodzi o szczucie!
Znał miarę samych rzeczy stworzoną harmonią.
Co na to sprawiedliwość? Ma pomóc? Ironią?
Dziwoląg sięgnął szczytów. Zapewne z poczuciem
swojej wyjątkowości. Wspartej eudajmonią!
Nie było ludziom znane, by nad kosmogonią
snuł rozważania dzieciak. To obrodzi psuciem
uznawanej hierarchii. Ona skrzy harmonią,
nawiedzając, choć rzadko, radę eudajmonią,
co trąciło ironią, kończyło się wyciem
dusz, prawie że agonią. I dalszym zepsuciem.
O, naturo! Protestuj! Toż w upadek – w trucie
człowieka inwestują bogowie, gdy trwonią
bezpieczną przyszłość. Zamiast zajmować się snuciem
miłości, podłe bożki uwielbiają prucie
życiodajnej tkaniny. Ogień już nie kuciem
tego, co najważniejsze się para, lecz bronią,
grabieżą i podbojem, zbrodniami i snuciem
oprzędu wokół domostw. Wszak niegdyś jak w hucie
gwiazdy tworzyły ogniem, żywotną symfonią.
Powstał spór o koronę. Wielkie plamy pruciem
chciały rozstrzygnąć kłótnię i ognistym pluciem.
Tak zaczęły się zmniejszać, tak równać z lewkonią,
z ogromu aż do kropki. Słońce do dziś snuciem
promieni chroni władzę. A woda? Wszak gniciem
broni słabych przed ogniem. Raczy swoją tonią.
A wiatr? Pomaga rosić, gdy deszcz. Szkodzi pruciem,
gdy żar żółci tkaninę. Ziemia? Znajda snuciem
myśli przejęty poczuł drżenie stóp. Coś wonią
więziło zmysły. Bożki zaczęły tu prucie?
O, naturo! Ty życiem, kosmiczną harmonią
kwitniesz! Bożki krwiopluciem, wrodzoną afonią.
V
Źrebię zbłąkane w polu stało nocą mgławą
nieopodal przybłędy. Patrzyło z ukrycia
na zatokowe cuda przez zorzę dziurawą.
Nagle ktoś rzucił arkan. Ktoś polował z wprawą.
Odczekał na zawietrznej. Trudny do wykrycia
jest tak podstępny łowczy. W noc gęstą. W noc mgławą.
To wojownik! Zapewne przybył tu z wyprawą
po sławny mur osady, po jej bramę życia.
Źrebię minęło pętlę i zorzę dziurawą.
Pierzchło w gęstwinę lasu. Nagle biel jaskrawą
rozerwał tętent kopyt. Oznaka przybycia
armii tysięcy zbrojnych, którzy nocą mgławą
chcieli zdobyć osadę, zachłysnąć się sławą.
Cichły struny skrzypicy. Poświata okrycia
zsunęła się w głębinę przez zorzę dziurawą.
Znajda na grani brzegu z miną nieciekawą
rozglądał się za wojem. Przylgnął do poszycia.
Szczęściem z lasu wróciło źrebię nocą mgławą
i łowczy go nie spostrzegł przez zorzę dziurawą.
Przypadki z wielką wprawą doglądały życia,
by jednych stroić sławą, z drugich drzeć okrycia.
VI
Woje ciągnęli sieci w przyleśne parowy,
w trzewia polan, wrzosowisk, tuż przy wodopoju,
tam, gdzie wymiar fizyczny stykał się z duchowym.
Noc pleciona z pajęczyn. Splot nietuzinkowy.
Lepiej profilaktycznie zapomnieć o zdroju,
zamiast ruszać przed siebie w przyleśne parowy.
Przybłędzie się upiekło. Był cały i zdrowy.
Chciał wrócić do osady, oazy spokoju,
bo tam wymiar fizyczny stykał się z duchowym.
Tam święty mur i brama – wehikuł frontowy –
wyznaczały enklawę wolną od rozboju.
Nie mógł jednak doskoczyć do muru. W parowy.
Przemknąć niepostrzeżenie. Problem pożarowy.
Znów noga mu zdrętwiała. Jak uniknąć roju
żądeł? Czy taki stan też styka się z duchowym?
Było przez chwilę cicho. Pod mostek portowy
fala spychała falę. Wreszcie czas pokoju?
Pokuśtykał w zarośla, w przymorskie parowy.
Tu też wymiar fizyczny stykał się z duchowym.
Minął stan pożarowy. Doświadczył spokoju.
Relaks nietuzinkowy w okresie rozbojów.
Stamtąd przybłęda patrzył na próbę podboju.
Widział mrowie pochodni. Ach! Taran ogniowy
mazany gałganami moczonymi w łoju
roztrzaskał się o bramę. Szczapami w zawoju
rzucano w szpary muru. W zastępstwie nabojów.
Z wnętrza skargi błagalne i wrzask sodomowy
wędzonych ekwipunkiem zamoczonym w łoju
rozrywał chłopcu uszy. Woje szli do boju,
więc muru przybywało. Wzbierał jęk grobowy.
Tak ginęli paleni szczapami z zawojów,
miażdżeni jakby prasą barwioną krwią wojów.
Każdy atak na bramę to akt deliktowy.
Chcieliby go podważyć podpałkami z łoju.
Armie nie miały prawa zmieniać tu ustroju,
bo osada powstała w sposób nietypowy.
Prawem nadnaturalnym. – Szczapami z zawoju
zechcą podpalać świnie, wpierw moczone w łoju
podczas otwartej bitwy. Zysk zwykle losowy.
Lecz z bramą jest inaczej. Ani szczap w zawoju
nigdy nie sięgnie zdroju, ani huk frontowy.
Osada jest pokoju strażnikiem duchowym!
VII
Zjawiskowa harmonia światła, biel rzęsista
zanurzała się z wolna w czerń najłagodniejszą,
jeśli to czerń wciąż była. W środku zawiesista,
lecz brzegi poszarpane, toń nierzeczywista,
zmieniająca otwartą strukturę w mroczniejszą,
żądającą dystansu. Biel światła, rzęsista,
falująca z dźwiękami, wdzięcznie posuwista
minuta po minucie zmieniała w chwiejniejszą
swą uroczą naturę. Wewnątrz zawiesista
czerń nie czerń ją wchłaniała jak jelita glista.
Zatoka normalniała, z chłodną, realniejszą
powierzchnią wchłaniającą biel światła. Rzęsista
wstęga ciszy zdusiła dźwięki. Panpsychista
cieszyłby się jak dziecko! Nieco dziwaczniejszą
była walka przy bramie, w środku zawiesista,
ciężka od ziemi we krwi, stosem ciał mięsista.
Czy w murze nie ma miejsca na zgraję liczniejszą?
W nim każdego odnajdzie biel światła rzęsista,
w środku głazów duchowa, wokół zawiesista.
To biel nierzeczywista! Jeszcze dziwaczniejszą
jest dusza. Gdy mięsista – bywa realniejszą.
Rozpadły się przestrzenie na większą i mniejszą.
Jedna była gorąca, druga zimnokrwista.
Tylko w jednej z nich ptaki naturą wznioślejszą
mogły dotrzeć do gniazda, psychiką piękniejszą
odczuwać piękno świata. Drugą, tę chłodniejszą
należało omijać. Zwłaszcza pacyfista
powinien kontemplować naturę wznioślejszą.
Przybłęda ignorował granicę. Cenniejszą
była sfera barwniejsza. Lichy optymista!
Czy pofolgował młodej psychice? Piękniejszą
jest przestrzeń poznawalna. Widzą ją biedniejszą
daltonista i niemy, z nimi pesymista
ślepy, głuchy na prawdę natury wznioślejszą.
Poza murem osady rzeczą praktyczniejszą
było wyczekiwanie, aż skończy się krwista
jatka. Spokój uczyni psychikę piękniejszą.
A poezja? Uwieczni naturę wznioślejszą?
Znajda mógłby to zrobić. Rzecz nieoczywista,
bo i on gardził innych psychiką piękniejszą.
Wolał przestrzeń mroczniejszą. Aura zawiesista
niszczyła łagodniejszą. Wiła się jak glista.
Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022
[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 2, Ziemia, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 11-35
