Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
LIX
Ziemia jest darem niebios. To matka odwieczna.
Chłopiec wciąż był w jej łonie. Czy w rzece się rodził?
Utkwił w pobliżu źródła. Obrona konieczna.
Codziennie czuł jej przepływ. Jego matka mleczna
oddychała tak samo. Gdy wieczór przychodził,
słyszał pląs kołysanki. Ta pieśń jest odwieczna,
ale słów nie pamiętał. Czy nie jest bezpieczna
wszak utracona pamięć? – Nie wie, skąd pochodzi!
Niech natura pomoże. Tu będzie konieczna
tajemnicza terapia, może i bajeczna,
lecz wyłącznie dla tego, komu nie zaszkodzi.
Niedawno dopomogła mu matka odwieczna.
Raz jeszcze niech pomoże, bo płycizna rzeczna
więzi łódź na mieliźnie! A kto z brzegu brodzi,
w tego łowczy uderza. Pomoc jest konieczna.
Rzeka opływa drzewo. Jest wewnętrznie sprzeczna.
Zwierzęta dobrze wiedzą. Dziura wielka w łodzi,
ryby głośno się śmieją. To prawda odwieczna!
Gdyby choć kowal pomógł. Obrona konieczna.
Dziura jest użyteczna? Z dziury czas pochodzi.
Karmi życie i głodzi – spójnia niebezpieczna!
Dobrym słowem, uśmiechem człek i grzech złagodzi.
Tak też postąpił znajda. Uprzejmość zbyteczna,
bo kowal miał już dosyć. Drzewu nie dogodzisz.
Jednak podał mu gałąź. Niech drzewo obrodzi!
Pustka się wypełniła. Chyba, że wzrok zwodzi.
Owoc podobno złoty, lecz wścibskość słoneczna
odkryła, że z żelaza. Ludziom nie dogodzisz.
Na tę samą płyciznę wielu ciągle wchodzi,
ważą słowo, gest, grymas, a waga apteczna.
Już odpytują jeńca, czym drzewo obrodzi.
Chłopiec sam chciałby wiedzieć. Nie wie? Będą głodzić,
aż zmięknie. Nonsens. Kara wielce nieskuteczna.
Może wędrowny pieśniarz plotkami dogodzi?
Wnet wszystko będą wiedzieć! W domysłów powodzi
jedna rzecz była pewna, wielce użyteczna.
Mag to Abato Chłopiec! Czas dobrze obrodził.
Znajdę trzeba by sprzedać. Kłamstwem nie dogodzi
nawet samemu sobie. – Tak plotka świąteczna
rozgrzała serca wojów. I czym to obrodzi?
Kłamstwo zwykle nie szkodzi, gdy prawda zbyteczna.
Czy myśl ta nie jest sprzeczna? Na manowce zwodzi.
LX
Nieraz się litowano, bo jeniec samotny,
bo rozmawiał z gwiazdami i nie znał swej matki,
wiatr plątał mu warkocze. Ale, że żywotny
był nad człowieka miarę, to mu los sromotny
zgotują ludzie z wioski. Już czyszczą rogatki
na przyjazd ważnych kupców. – Szkoda, że samotny
mag nie ma swej historii, i że jest zalotny,
bo dziewczęta wzdychają. Na targu dodatki
pięknie windują cenę. Fakt, że jest żywotny
niech więc będzie zaletą. I aspekt zdrowotny.
Musi zęby pokazać, ściągnąć z siebie szmatki,
ważne jest przyrodzenie. Niby on samotny,
a wzbudza w ludziach zazdrość za to, że robotny,
wytrzymały na trudy, wszelkie niedostatki.
Bez snu i bez jedzenia ciągle jest żywotny!
Pierwszy z mocarzy świata gotów był stukrotny
unieść ciężar zapłaty, jeśli to nie gadki
są, lecz sądy niebios, że wśród ludzi samotny,
wśród wilków jest bezpieczny. I że jest żywotny.
Lecz mocarz był przewrotny! Obstawiał rogatki,
sprawdzał, czy zamki klatki zdzierżą gwałt sromotny.
W kuźni potrafił odlać delikatne kwiatki,
nadać wszelkim trudnościom charakter przelotny,
filigranowe cacka kuć obok kolczatki.
Zanurzał w mazi dłonie, jakby miał pramatki
ciało! Sam był jak lawa, jak łodzie i statki
płynące wokół drzewa. Język górnolotny
nie sprosta. Cud natury! Gdyby nie kolczatki
szykowane dla jeńców. I żelazne klatki
na porywanych chłopców. – Miał odruch wymiotny,
mimo, że nic nie trawił. Atawizm. Z pramatki.
Gdyby nie złe wrażenie, mógłby i zębatki
odkrywać tu codziennie. Czyż nie był przewrotny?
Po co stworzył bijaki? Chciał zniszczyć kolczatki,
czy szukał czegoś w zamian? Ma jawne zadatki
na okrutnego władcę! To szczegół istotny,
należy go pominąć przy targach. Pramatki
wątek również. Niech święte drzewo i kolczatki
poświadczą wartość jeńca. To towar bezzwrotny.
Pozbądźmy się demonów. Chłopca i pramatki.
Zdarte sandały, szmatki i odruch wymiotny
– groźny pozór, stukrotny. Wezwać kupców, statki!
LXI
Mimo litery prawa i w wiosce terroru
kupcy swoje języki od dawna suszyli
na wietrze. Oto marna przecena splendoru.
Już wcześniej mocarz zmyślnie wysłał bez rumoru
swoich najlepszych szpiegów, by się zabawili
w polowanie na chłopca, lecz wskutek terroru
trudno było go dopaść. Nie mieli wyboru.
Trzeba czekać! Nieźle się jednak wystraszyli,
gdy posłowie ze świata szukając splendoru
chcieli odkupić jeńca. Z boskiego bisioru
stroje przywieźli starcom! Tak radę łowili.
Chwalili prawo wioski, zalety terroru,
częstowali strażników beczkami likworu,
skłócali ludzi plotką, bezlikiem paszkwili,
pokusą wielkich bogactw i wagą splendoru.
Wspierali opozycję zestawem pozoru,
złota i obiecanek. Nadzieją żywili.
Prócz zalet goście znali i wady terroru.
– Tak? Rada odmówiła. Nie będzie splendoru!
Ludzie za grosz honoru nie mieli. Łowili
w mętnej wodzie do chwili, aż zbrakło wyboru.
Znajda bał się przyszłości. Zwłaszcza takiej chwili,
gdy na targ niewolników boso, bez ubioru
zaciągną go strażnicy. Ciągle z niego drwili.
Przy najmniejszej okazji. W strachu, a szydzili.
Szczęściem już tylko słownie ludzie się pastwili,
niepewni bezkarności. Zabrakło wigoru?
Chłopcu to wszystko jedno. Niechby sobie drwili,
byleby w końcu wiedział, co o nim mówili
królowie w swych pałacach. Miał już dość fetoru
ciosanych mieczem wojów! Oni też szydzili
z jego drobnej sylwetki, z jeńców, gdy krwawili,
mordowani przez katów. Był bliski prawzoru.
Po zmianie ciała w kruszec nie będą już drwili!
– Ludzie to złoty cielec. Dusze porzucili,
została skóra, kości. Są cząstką folkloru.
Chłopiec przerwał na moment. Nie chciał, by szydzili
mędrcy. I żeby łowczy słyszał. Wszyscy drwili
z każdego słowa znajdy. Ani krzty honoru.
Starcy chcieli go wykląć. Głupi, że szydzili.
Język w gębie suszyli, którzy zza ubioru
wstydzili się bisioru. Sami z siebie drwili.
LXII
Magowie rady trafią zaraz do nicości.
Starcy widzą ratunek w regule zwątpienia,
chętnie znajdę oduczą do ognia miłości.
Jego jako pierwszego niech ogień ugości.
Bez zbędnej zwłoki. Teraz. I bez znieczulenia.
Niech jak najszybciej trafi żywy do nicości.
Stanęło więc na próbie. Nie będzie litości
dla niewolnika-maga. Dozna wywyższenia.
Będzie mógł porozmawiać z ogniem o miłości.
Strażnik już wiązał ręce, by go do wieczności
odesłać, w kadzie wrzucić, gdy siła istnienia
pokrzyżowała plany. Sam doznał nicości.
Spłonął jasnym płomieniem. Zniknął. Swąd marności
ulotnił się. Po wszystkim! Tak znajdy marzenia
nabrały pięknych kształtów. Wprawdzie nie z miłości,
za to dla góry złota. – Ani jednej kości.
Znajda pozbierał prochy. Gdzie tygiel? Wnet z rdzenia
wystrzelił w niebo ogień i prawie z nicości
zjawiła się maź. Złota. Z pradawnej miłości.
W kruszcu pełno czułości, spełnione marzenia.
Pozbawiony sumienia zmienia się w marności.
Najczystsze złoto! Skarby! Doznali olśnienia
świadkowie – rada, goście. Zbrojnych to nie złości?
Mag zamienił strażnika w złoto. Bez więzienia,
przemocy i hałasu. I bez poniżenia
nieszczęsnego skazańca. Szczypta przerażenia
psuła podniosły nastrój. Bez oznak czułości
chłopiec położył kruszec przed radą. Więzienia
już nie zobaczy! Dosyć starczego ględzenia!
Nigdy więcej! Nie straci należnej wolności!
Rada już odczuwała skutki poniżenia.
Nagła eksplozja światła trafiła w sumienia.
Orzeł krążył nad drzewem. Czy nie miał śmiałości
pochwycić w szpony malca? Zamiast do więzienia,
wrzucić go w głodne gniazdo? W ramach wyżywienia.
Z drugiej strony bogactwo zatrze nierówności
między radą i władcą, piętno poniżenia.
– Mały jeniec nie trafi więcej do więzienia.
Jest wolny. Prawem rady. Rada sobie rości
pretensję do wszechwładzy. Już bez poniżenia.
Bo żąda wywyższenia. Ma tupet. To złości.
Teraz w imię miłości usprawni więzienia.
LXIII
Dziecko jeszcze. Osesek – przybyszów zwodziła
rada – bez ojca, matki, ze śmierci przedwczesnej
wyrwany przez zaciągi. Tak siebie barwiła.
U nas mile widziany. Tak chłopca broniła.
Ma prawo do wolności duchowej, cielesnej,
sromu dziewcząt. Do chłopców. Tu znajdę zwodziła.
Ma prawo siadać z radą. Tak go uświęciła.
Może używać magii głębokiej, bezkresnej
tańcząc dokoła drzewa. Tak rada barwiła.
Posłowie możnych władców! Rada obwieściła.
Na próżno przybyliście w posłudze nieszczęsnej,
nasz mag nie jest na sprzedaż! Błąd, że nie zwodziła.
Odejdźcie stąd bez zwady, by wieś się cieszyła
dostatkiem i spokojem. My z duszy zazdrosnej
zrobimy bryłę złota. Tak zgrozą barwiła.
Gdyby jednak pokusa was zbałamuciła,
czeka już miejsce w kadzi, gdzie w pozie żałosnej
rozstaniecie się z życiem! Pycha was zwodziła,
lecz czas sięgnąć po rozum, by krwią nie barwiła.
Wola żądze puściła. Uciechy cielesnej
im potrzeba, miłosnej, by ich uświęciła.
Znajda znów wpadł w pułapkę. W sukience przyciasnej
i zniszczonych sandałach gorycz go dławiła.
Poskarżył się księżycom, bo w roli niejasnej
musiał wciąż występować, dla niego bolesnej,
gdy nadal nie znał celu, przystani doczesnej.
Nie znał samego siebie. Noc aurę zmieniła
na gęstą, siwą, mleczną i w barwie niejasnej
koiła mirażami żal chłopca. Dla własnej
miłości niech poświęci ciało. Uwięziła
je wcześniej mgła. Natura. Że w roli bolesnej?
– Trzask łamanych umocnień! W formie półcielesnej
szło tu zło. Przeznaczenie. Śmierć swój tren nuciła.
Ruszyło oblężenie. Z nim dźwięki niejasnej
melodii wpadły w uszy malca. I w miłosnej
gorączce poryw szczęścia. Skrzypica! Ukryła
się przed bramą. Wzywała! W imieniu bolesnej
przemiany, pałacowych szpiegów czy niejasnej
przeszłości? Gnany mocą pchnął bramę. Puściła.
Trafił we mgle do klatki! Mocarnej. Bolesnej.
W perspektywie bezkresnej klatka czas więziła,
praw mocarza broniła w przestrzeni doczesnej.
LXIV
Klatka jak wszechświat wielka. W środku coś świeciło.
Co? We mgle trudno dostrzec. Znajdzie się zdawało,
że to dusza skrzypicy. Serce mocniej biło,
krew dzwoniła mu w uszach, w gardle go dusiło,
płuco jedno i drugie ledwo dech łapało.
Kiedy doszedł do siebie nic już nie świeciło.
Za to coś nieznanego mgłę unieważniło
– w oddali widział atak. Złota jest za mało!
Choć z wioski wojsko wielu najeźdźców ubiło,
nie zdzierżyło mocarza. Starcie wieś spaliło.
Rada poszła pod topór. Kobiety czekało
pohańbienie, łajdactwo, by słońce świeciło
jak przedtem i jak potem. Chłopcu się nie śniło,
że w zdrowiu ujdzie z życiem. Coś go ratowało.
Ale co? Czy natura? Serce szybciej biło,
gdy próbował zrozumieć. Jakby coś szczęściło.
Znowu wielu zginęło, w niewoli płakało.
Spisze to w Księgach Wojen! W oczach mu świeciło.
Ach tak, Abato Chłopiec! Serce mocniej biło.
W duszy coś go kusiło. Coś za łeb łapało.
Mało już brakowało, by unieważniało.
Życie raźniej płonęło. Oczy przymykało
na powszechne tragedie. Ludzi to drażniło,
lecz znajdę już przestało. Duszy nie bolało,
a napatrzył się biedy. Tak strasznie bywało,
że chciał być ślepy, głuchy. Życie go karało
zapewne przez pomyłkę. A innych? Krzywdziło,
by nie czuł się jedynym? To też nie bolało.
Gdy w wiosce wybuchł ogniem, aż mu odebrało
mowę. Zwęglił strażnika. Z drugiej strony miło
było zmienić go w złoto! W świecie nie bywało
takich cudów zbyt wiele. Niechby tak spalało
więcej i szybciej! Wówczas życie by się tliło
według znajdy dyktatu. I trochę bolało.
Sam prowadziłby wojny, gdyby brakowało
do przeróbki człowieka – tak chłopca kusiło
coś, czym się tylko bawił. Nieraz już bywało,
że ambicje, choć wolność, ciągle uwierało.
A cóż dopiero w klatce! Znajdę roznosiło
poczucie wielkiej mocy. Straszniej nie bywało.
Takim ciągle za mało. To, co go krzywdziło
będzie chłopcu szczęściło, w złoto się spalało.
LXV
Kolory w palecie barw degustują znawcy.
Upojeni szafranem i kunsztem złotnika
płoną wraz z uczuciami. Ich zmysły, to sprawcy
szczęścia. Zapachy! W porach skóry cisi dawcy
miłości. Ogień sięga do źrenic grzesznika,
uszu łani, jej leża. Kto ma serce znawcy,
ten dostrzeże pokusę. Słońce w roli zbawcy
rozgrzeje woń powłoki, wstrzyma kłusownika,
rozmaże plamę czaszki – jej zmysły, to sprawcy
życia. Jej droga? Rzeka. Z dawna prawodawcy
chronią smaki grynszpanu, stawiają włócznika.
Ten pilnuje cyjanu przed pokusą znawcy,
szafirowych przestrzeni przed siłą oprawcy.
Jeśliś Żydem i Lachem, wbrew groźbom łucznika
przeprawiaj się przez rzekę. Jej brzegi, to sprawcy
smaków ulotnych, pieśni. Uważaj! Szubrawcy
zatruli źródło wody. Chleb płonie. Panika
niszczy dobre przystanie. Muz ulotnych znawcy
porzucili lirykę. Są jak śmierci sprawcy.
Poezji szewcy, krawcy liczą na złotnika,
a niechby i krytyka, byle w roli zbawcy.
Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022
[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 3, Ogień, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 201-225
