Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
I
Łowczy tak długo czekał! Więc to była zmowa
przeciw małemu chłopcu. Krwawą recepturę
kazał przyrządzić mocarz. Bo sprawa gardłowa.
Ptasznik, łucznik i woje. Wszak ta sama głowa,
jedna myśl, jedno ramię karmią dyktaturę.
Śmierć jak zawsze lojalna. Przyjmie znajdę. Zmowa
wymaga złota, ślepej wiary – jest niezdrowa,
gdy używa miłości, podsuwa miksturę,
od której bledną gwiazdy. Sprawa jest gardłowa.
Ogień wytopił skałę i klatka gotowa.
Kowal połączył pręty jak dźwięk uwerturę
do ludzkiego dramatu. Więc to była zmowa
przeciw prawu do życia, a droga szutrowa
wzięła w tym czynny udział. Z gęstej mgły bordiurę
rozłożyła przy bramie, jako że gardłowa
jest mocarza recepta i nietuzinkowa.
Wreszcie Abato Chłopiec schwytany! Przez skórę
czuć słodką, mdlącą zemstę. Dla niej była zmowa.
Ale za co? Dlaczego sprawa jest gardłowa?
Już widać krwi purpurę. To całkiem typowa
sytuacja. Kulturę tworzy mgła grobowa.
Woje ledwo ciągnęli sanie z klatką w górę.
Bali się tknąć zasuwę, chociaż była nowa,
zamknięta na trzy spusty. Poznali naturę
zamiany ludzi w złoto. Widzieli torturę,
gdy płonął żywcem wojak. Lepiej konfiturę
trzymać od siebie z dala, gdy klatka morowa,
z dziwacznym sługą śmierci. A przecież naturę
miał chłopiec delikatną. Uwielbiał kulturę
wysoką. Nie był zwierzem! Czas odpokutować.
Co znowu? Za co znajda ma taką torturę?
Próbował wyrwać furtę, zrobić awanturę.
Nic z tego. Klatka była jakaś nietypowa.
– Tuziny wołów w końcu poddały naturę
sile mięśni i batów. Zrzuciły purpurę
wioski na dno płonącej kotliny. Grobowa
cisza w malcu wzbudzała prawdziwą torturę,
bo przeżył tylko kowal. Znał pieców naturę,
kuźnię, cęgi, kowadło. Wiedza dochodowa.
Sprawdzanie zamków w klatce znosił jak torturę.
On też ma pokutować? Ledwo szedł pod górę.
Droga stara, czy nowa, ma krętą naturę.
II
Chłopiec był pilnowany. Raz wzięty w niewolę
nie zdoła się wyzwolić. Stęka po próżnicy.
Motyl siadł mu na głowie. Czuły na niedolę,
wachlował barwy tęczy. Był w swoim żywiole.
A człowiek? Wyjątkowość trzyma w tajemnicy,
zamiast darzyć wolnością – funduje niewolę.
Znajda dostrzegał moce, siebie na cokole,
wokół srebrne dorzecza prastarej krynicy.
Czy magią, zaklęciami przegnałby niedolę?
Skądś znał troski galaktyk, pył gwiezdny, symbole
dawnych światów. Zaklęcia. Był sercem ławicy
w głębiach morskich, na niebie. Pojmany w niewolę
cóż mógł zrobić dla świata? Niech nocą w grajdole
wilki zagryzą wojów! Widział siłę szpicy.
Lecz wataha nie czeka, by wesprzeć niedolę
malca. Wyjada resztki, raczy się w wądole
wołem. Padł wycieńczony. I ścierwem orlicy.
Ławica lśniących szpaków wzięła ją w niewolę,
dziobała bez wytchnienia za bogów niedolę.
Nie widziała różnicy między złem na dole,
na górze. Tak grzesznicy maskują swawolę.
Strach trzeba przezwyciężyć. Boją się szkodnicy,
że bez czarownych formuł na ziemskim padole
staną się łatwym łupem. Tylko czarownicy
przetrwają bez uszczerbku, czy oni grzesznicy,
czy dobrzy, święci mędrcy. Wiedzy kłusownicy.
Złoto jest najważniejsze. Zapewnia swawolę,
uciechy ponad troski. Niechby czarownicy
podzielili się sztuczką! Krzyczą bezbożnicy.
Abato Chłopiec pierwszy! Za wolność! Toż trolle,
kłamcy bez zająknięcia. Hultaje. Grzesznicy.
Mocarz wciąż żąda kruszcu. Jego miłośnicy
robią w złote nocniki. Dla bóstw. Ach, idole!
Wypróżniają się złotem w złoto. Czarownicy
mogliby więcej. Po co? Bożkom bez różnicy.
– Ludzie są cennym kruszcem. Wędrują w mozole
przez krótkie, nędzne życie, z reguły grzesznicy
posłuszni mocarzowi, więc niech czarownicy
jak chłopiec toczą złoto. Kruszec jest na dole,
w mięśniu i w sile lędźwi. Tak twierdzą grzesznicy.
Na bezwstydnym padole uparci szkodnicy
wciąż próbują w mozole czarów. Kłusownicy.
III
Święte drzewo jaśniało, a wraz z nim tęsknota
do świata marzonego, bo jego jaśnienie
prawie jak świętość drzewa, jak niebiańska cnota,
korona gęsta i pień. Korzenie. Prostota
prześcigała złożoność, a ta jej widzenie.
– Dookoła wyręby. Została tęsknota.
Na mądrość sił nie stało. Króluje ciasnota,
brak wiedzy, zrozumienia. Miłosne życzenie
nigdy się już nie spełni. Z lasami i cnota
utraciła królestwo. U kresu żywota
przyjdzie spóźniona skarga za nagłe olśnienie.
Z ciemności łatwiej w nicość. Aż tu skądś tęsknota.
Do przywilejów władcy? Do blasku brzeszczota?
Obudzi się w człowieku uśpione sumienie!
Chyba, że już nie zdąży trup i jego cnota.
Sanie z klatką minęły mokradła. Duchota.
Nadal czuć swąd palenisk. Doczesne złudzenie,
że gdzieś jest lepsze życie i za nim tęsknota.
Za światem tylko dobrym, gdzie zbędna jest cnota.
Ryzykowne życzenie. Z nim błądzi ciasnota.
Z nim usypia sumienie, tnie konar żywota.
IV
Drobne blaszki popiołu zmieniały optykę.
Tuliły się do ziemi, prószyły na rżyska,
sklejały w tłustą kroplę, plamiąc nią etykę.
Tragiczny cykl przetrwania. Nieczuły na grdykę.
Między rzeką a rzeką spalone siedliska,
między miedzą a wiatrem. Słoneczną optykę
znajda do bajek włożył, pogodną lirykę
w przydrożne błota. W chaszcze. On widział to z bliska,
czego być nie powinno. Zwalił na etykę.
Obnażył kruchość słowa, lichą dydaktykę
bogów i ich sługusów, czerwieni ogniska
– wszak koloru nadziei. Doroślał. Optykę
narzucała natura. Ludzie stylistykę.
Tych przerażał młodzieniec, bo przewagę zyskał.
Głowę zmieniał w łeb żmii, pytał o etykę.
Ramiona w zwinne stwory, by zmieniać fizykę,
łamać odwieczne prawa. Dziecko bazyliszka?
W oczach skrywał szerszenie przez czarną optykę
najlepszego ze światów. Chciał spisać etykę!
Trutka mu z gęby tryska, gdy ćwiczy mimikę.
Za nic ma słów urwiska. Zna tajną technikę.
Woły przestały ciągnąć. Nie przez popieliska.
Przed nimi szczyty górskie. I słychać muzykę.
Skąd melodyjne dźwięki w pustce uroczyska?
Kupcy twierdzą, że tutaj były wrzosowiska!
Wilk przebiegł boczkiem drogę. Piana cieknie z pyska.
Zła wróżba. Zagrożenie! Zmienia semantykę.
Na grani ślad fortecy. Brama uroczyska.
Mur. Orły w złotych gniazdach, piargi w skał ścierniskach,
jaszczurki na kamieniach. Widać w tym mistykę,
jeśli tu jeszcze wczoraj były wrzosowiska.
Szczyty pod samo niebo. Czarna lawa tryska
jadem na mroczne zbocza. Grozy poetykę
czuć w każdym gór oddechu. Gady uroczyska
chowają się po kątach. – Nagle spod urwiska
wilczek przed szyk wyskoczył! Miał dziwną technikę.
Kluczył w lewo i w prawo. Toż nie wrzosowiska,
wszędzie ostre krawędzie. Węże uroczyska!
Podnóże falowało. Ćwiczyło mimikę,
żeby móc imitować błogość wrzosowiska.
Ich syk wskrzeszał muzykę w sercu uroczyska,
podkreślając mistykę. Jad buzował w pyskach.
V
Co oprócz jadu węże chowały w swej głowie?
Ludzie podstępne słowa, pochlebstwa i baje.
A wilczek? Kłopot mają wilczkowi bogowie,
bo szczeniak ryzykuje coś więcej niż zdrowie.
Łucznicy poślą strzały w pobliskie rozstaje,
rakarz zarzuci pętlę tuż przy wilczka głowie.
Uciekł – nie uciekł? Kto wie? Los utkwił w połowie.
Wilk znów zniknął wśród głazów. Niech się nie poddaje!
Chłopiec znał to z autopsji. Na nic tu bogowie,
ważna jest wola walki. Tego nie podpowie.
Sam dał się im oszukać. Serce mu się kraje
na myśl samą. Ze wstydu. Toż miał pusto w głowie!
Już skarżą go o czary. Kto? Chytrzy magowie.
– Handlarze byli w kropce. Klatka nie nadaje
się do drogi przez szczyty. Potrzebni bogowie
tych gór i wrzosowiska. Kłopot co się zowie.
Niejeden kupiec przez to jak znajda się naje
wstydu. Przed samym władcą. Przez strach w pustej głowie.
Przez sprzeczki z wojakami. Biedni ich bogowie,
choć jak ludzie hultaje. A że każdy to wie,
wyłażą im liszaje na świątkach w ostrowie.
Orszak utknął na dobre. Natura oddaje
ignorantom kuksańcem. Czasem bogów mrowie
zrzuca z nieba kometę i noc dzień udaje,
by wystraszyć człowieka. A to ci zwyczaje!
Kupcy nie w ciemię bici. Niezgorsi hultaje.
Trzecią noc ogon świeci, wsparty o wezgłowie
coraz to większej gwiazdy. Czerwień nie udaje.
Oślepia wścibskie oczy. Łudzą się szachraje,
że można ją oswoić. Spada za ostrowie!
Huk! Zatrzęsły się góry. Nieludzkie zwyczaje.
Lęk ścisnął wszystkim serca, wrzody i liszaje.
Jeden znajda się nie bał. Być może był w zmowie
z przeklętymi gwiazdami! I po co udaje
niewinnego młodzieńca? Przed kim popis daje
dziecięcej bezradności? Ważka coś opowie.
Właśnie chwycił ją w locie. Niezwykłe zwyczaje,
bo albo on owada przed ważką udaje,
albo ona po ludzku zechce mówić. Kto wie,
jakie wśród czarodziejów panują zwyczaje?
Oni muszą być w zmowie jak jacyś szachraje.
– Dźwięk! Kreuje wezgłowie. Kometę udaje!
VI
Bóg rzuca w niebo górę, pod nogi niezgodę.
Skały pną się, spadają w linii horyzontu
tam, gdzie kończy się ziemia, w nicości zagrodę.
Stamtąd pochodzą dźwięki. Pustka ciężkim spodem
kruszy lądy i przestrzeń zgina się od frontu
robiąc miejsce dla ludzi. I czas na niezgodę.
Dźwiękom to nie przeszkadza. Krzyczą w niepogodę,
milczą, gdy wiatr ustaje, leżą w szparach gontu,
suszą w słońcu akordy, wnikają w zagrodę.
Chłopiec lubił tę chwilę. Dźwięk w osadzie odę
szeptał prosto do ucha. Ach! Żyć bez afrontu!
Tymczasem siedział w klatce. Patrzył na niezgodę
między kupcem a wojem. Wystarczyło kłodę
rzucić pod nogi, by ich zmienić w prokariontu
formę. On z rozrzewnieniem wspominał zagrodę
rybakową, drwalową, baśniową urodę
znad zatoki osady. – Za dużo archontów
rządziło w tym orszaku, kreując niezgodę.
Wkrótce wciągnie ich ziemia w nicości zagrodę.
Tam, w linii horyzontu. Już czeka pod spodem,
by poznali od frontu nicości urodę.
VII
Malec rozpostarł dłonie pragnąc zwrócić wolność
tak wyjątkowej ważce. Ten owad znał czary!
Szybko się okazało, że miał wielką skłonność
do rujnowania świata. A do tego zdolność
zrzucania gór w otchłanie. Nieważne wymiary.
– Ważka musnęła krawędź wulkanu. W nim wolność
traciła na znaczeniu. W nim kipiała inność.
Góry drgnęły. Wybuchły! Wznieciły pożary.
Runęły w czerń czeluści. Nie pomogła skłonność
szczytów do wywyższania. Wyczuły tę płonność
wielkie masy powietrza i zmiotły filary
łańcucha stromych gór. Czy chciały zwrócić wolność
ciasnej od skał przestrzeni? Podkreślić niewinność
jeńca w klatce z żelaza? Człowiecze koszmary
trzymały go pod kluczem. A lawa ma skłonność
do topienia wszystkiego. Taka jej powinność.
Jak malec zdoła uciec? Kupcy, straż w szuwary
umknęli. Nagle zając przystanął. Dlań wolność
– miłość do sroki. Ta do stonogi ma skłonność.
Ach! Uczucia bez miary! Ich irracjonalność
czyni z ludzi ofiary, wzbudza infantylność.
Kupcy widzieli ważkę z odległej pieczary,
jak krążyła nad lawą. Widzieli jej zwinność,
gdy omijała ogień. I zniszczeń bezmiary.
Jednym muśnięciem skrzydeł przygniotła ciężary
większe od słońc, księżyców. Nie ma za to kary
innej niż kara śmierci. Dozgonna bezczynność
otwiera przed skazańcem wszechstronne bezmiary.
Lecz kto ważkę tam posłał lub znał jej zamiary?
Jeniec zamknięty w klatce. Jakaż to bezczelność!
Cynizm. Wyrachowanie, gdy grzechów ciężary
chce się zrzucić na ważkę. Może na ofiary?
Na orszak w wielkiej biedzie? To zwykła kolejność
rzeczy. Lawa go wchłonie i zniszczeń bezmiary.
– On nadal siedzi w klatce. Ach! Syndrom niewiary
we własne siły. Nonsens! Czysta infantylność
lub na kark czarownica wkłada mu ciężary
i sam nie ruszy furty słowami bez miary.
Nie zna zaklęć. Niech ginie! Zdrowa racjonalność.
Wszyscy doznają szczęścia, przygniotą ciężary,
odwrócą złą kolejność nagrody i kary.
Tak ukrócą bezczelność i przeszkód bezmiary.
Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022
[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 4, Woda, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 11-33
