Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
I
Nieszczęśliwi poznali prawdę. Ich kapłani
milczeli, sieć łowczego zbędna, bo bez truchła,
tak jak trzewia wrzosowisk, parowów, otchłani
– zarosła słów kobiercem, rzeczami do bani,
chaosem dziennych zdarzeń. Niepewność wybuchła
z energią pomnożoną. W pisklęciu kapłani
dostrzegli nieskończone moce. Serce łani
uboższe od wnętrzności ptaka! Głowa puchła
z nadmiaru roztrząsań o wolności, otchłani,
świętych mitach i świecie. Człowiek życie ranił,
by przejrzeć się w wnętrznościach. Wrażliwość ogłuchła,
o dobru mogli orzec wyłącznie kapłani.
Zło stało się powszechne, mag ludzi tumanił,
nagroda za śmierć w kadzi była wszak nierychła.
Ptaszników zamiast w niebach los znalazł w otchłani,
a byli równi armiom, łowczy zawołani
przez niezgłębione czasy. Historia zamierzchła.
Przyszłość będzie odmienna. A jeśli kapłani
spróbują w tym przeszkodzić, trafią do otchłani.
Jednych ten obraz ranił, a drugich tumanił.
Przyszłość od tego puchła, robiąc kąt dla truchła.
II
Chłopiec był niespokojny. Mocarz słowa sławne
wypowiedział z nadzieją. Kto zna prawo niebios
pierwsze i podstawowe? Dzisiejsze? Pradawne?
Znajda już nie ucieknie. Życie jest niestrawne,
zamiast mądrej pokory agresja i patos.
Sam jest pełen skrajności. Mocarz sądy sławne
tak zaczynał i kończył. Śmierć – dobro wystawne.
Mag królewski na szalę położył swój etos.
Odczytał z księgi czarów zaklęcia pradawne,
licząc, że coś tym wskóra. Chciał malca bezprawne
czary najpierw ośmieszyć, bo to ledwie młokos,
bez szkół i wtajemniczeń. On nauki sławne
na cały świat pominął. Ma dłonie niewprawne
by panować nad światłem, wiedzieć, gdzie albatros
nurkuje po kalmary, potwory pradawne,
gdzie cień nigdy nie znika. W chłopcu zło wytrawne
udaje niewiniątko, gotowe zadać cios,
zniszczyć piękne królestwo, miasto magią sławne.
Czas spalić więźnia w dole. To prawo pradawne.
Odstępstwo? Bezpodstawne! Świętokradztwo jawne,
bo prawo starodawne zawsze jest poprawne.
Pomiędzy tym, co święte i podpiera kosmos
a salą z tronem władcy, wiatry ciężkostrawne
niosły zapach owoców i strachu. Ten dwugłos
zrosił kroplami potu czoło maga. Chaos
wisiał na włosku, gdy czerń, boskiej bieli pogłos,
rzuciła się na złoto. Sztuczki marnotrawne
prowadziły donikąd, wzmacniając ów dwugłos
świętych drzew i człowieka. Strach przeszywał na wskroś
czarodzieja. Metody, chociaż starodawne,
zamiast świat porządkować wprowadzały chaos.
Między tym, co powszechne, co włączone w epos
a świetlistością nieba nie wszystko jest jawne.
To sfera niedomówień. W niej rodzi się dwugłos,
przepoławia znaczenia i gdyby nie topos,
człowiek byłby zgubiony – bogów bezpodstawne
żądania akceptacji utrwalają chaos.
Chłopiec dawno to wiedział. Mag rozważał dwugłos,
za i przeciw, coś między, formalnie poprawne,
faktycznie przeciw dobru. Pałac czekał chaos?
Czar penetruje kosmos, stąd niebiański pogłos
wypełnia każdy epos. Przodem, tyłem. Na wskroś.
III
Święte drzewa jaśnieją – grzeje się wspólnota
przy wyjątkowym świetle. Gwałtowne iskrzenie
dodaje nowe barwy. Nawet poliglota
nie potrafi ich nazwać, złoty jak gołota,
wcale nie błyszczał, mętniał. Dziwaczne złączenie
szlachetności, nicości. Męczy się wspólnota
nie rozumiejąc nieba. Dla maga to psota?
Sił nie ma, by zrozumieć, że boskie odcienie
światła są nienazwane. Wie to poliglota,
wie kret kopiący doły na kości. Sromota!
Czarodziej tracił radość. Już poczuł zmęczenie.
Nic mu nie wychodziło. Czekała wspólnota,
niecierpliwił się mocarz. A znajda? Niemota?
Wolał milczeć, bo słyszał z ogrodu rzężenie,
wiadomość spoza światów. Chociaż poliglota,
nie potrafił zrozumieć przekazu. Idiota!
Nie słyszał ostrzeżenia! On wolałby śnienie
o różnych formach życia, o tym, jak wspólnota
znajduje je słowami, których poliglota
nie zna. Czyż to nie psota, jeśli nie sromota?
Człek liczy na złączenie z jawy snów ze śnieniem.
IV
Królewski mag zniewolił już niejedną głowę,
gdy włożył z namaszczeniem obrzędowy fartuch,
w malignie zmysłów, zaklęć uniósł w górę wagę
życia i śmierci. Bez niej czar traci powagę.
Pomiędzy jej szalkami jest nicość, jakby puch
przenikający kości, watujący głowę.
Dla bogów to istotne. Czasem ześlą strzygę,
czasem nieziemskie szczęście, by sobie ludzki duch
podokazywał w życiu. Natura tę wagę
zupełnie ignoruje. Trzeba mieć odwagę,
żeby przeżyć. Królewski mag to tchórz, pięknoduch,
nie dbający o prawdę. Straci za to głowę.
Padło nowe zaklęcie. Zamiast czarów nogę
maga pochwycił korzeń świętego drzewa. Ruch
śmiały! Nieziemski ogród spod posadzki! Wagę
szybko śmierć przeważyła. Podstępnie. Uwagę
chłopca przykuł znamienny przypadek. Karaluch
stał przy nodze. Mag chciał mu butem zmiażdżyć głowę,
ale nie mógł się ruszyć, jakby był na wagę,
sypki, płynny, za cenę swego życia, za łzę.
Nic to! Odmieni ziemię! Trzeba dać mu szansę.
Ciało zaczęło sztywnieć. Przestraszył się maluch,
że i jego się zmieni. Wyraźnie widział mgłę
dokoła czarownika. Otulała bezruch.
Od łydek po kolana. I wyżej. Aż wybuch
żółtej materii jaśniał w pełni, a z nim podmuch
świeżości. Nie przekonał władcy. Mag miał szyję
wciąż zwinną. Akceptował odmianę? Wszak bezruch
przydarza się każdemu. Mocarz skinął. Eunuch
ruszył dłoń maga. Szarpnął. Upadła na ziemię.
Brzęk najszczerszego złota rozniósł się jak wybuch
dobrej nowiny. Przepadł gdzieś niezdrowy zaduch.
Wrzask zrozpaczonej głowy wzbudził śmiech. Złotą łzę
położono przed tronem. Jaki piękny bezruch!
Czyż to nie doskonałe? Czyste piękno. Okruch
mistycznych źródeł, rajskich owoców. Za cenę
niewysoką – wstręt w gardle, krótkotrwały wybuch.
Hulaj świecie, zła nie ma! W końcu dobry bezruch
skróci trudy żywota. Król już dostrzegł szansę
zgromadzenia bogactwa. Niech więc będzie wybuch!
Byle świeżości podmuch przepędził stąd zaduch.
O złota każdy okruch zadba wierny eunuch.
V
Mocarz kazał magowi złocić wszystkie gaje,
na wzór tego z pałacu. Tak niezwykłe akty
zostaną dostrzeżone w całym świecie. Raje
upiększą ludzki żywot, zmienią obyczaje.
Po strażnikach zostaną tylko artefakty.
Ich niech też zmieni w złoto, nim użyźnią gaje.
Czarodziej wzywał bogów. Tyle krzywd doznaje
za lata poświęcenia! Chciałby nadal trakty,
pustkowia czarnej magii poznawać. I raje.
Chciałby zachować prestiż. On bogactwo daje
także świętym przybytkom, tworzy święte fakty
na ziemi, a nie w niebie, chroni święte gaje.
Widać wszelkie świętości są jak samograje,
obejdą się bez maga, choć to nie nietakty
budują wielkość bóstwa. Los, gdy mnoży raje.
Czarodziej stracił wiarę. Jego gronostaje
zdobiły złotą szyję. Z kruszcu katarakty
sprowadziły nań ciemność. W niej napotka gaje,
jakich szukał za życia. Może pozna raje?
Złoto wszak z siebie daje. No i gronostaje.
To dobroczynne akty – przez mgłę katarakty.
VI
Od tamtej pory ciała będzie się plantować
jak ogrody w pałacu, a duszy matecznik
będzie zamiast miłości w kruszec obfitować.
Złote grudki zmienią się w płatki róż. Gustować
w nich można albo i nie. Ważny jest orzecznik.
I to, kto, kiedy, kogo zamierza plantować,
podgrzewać w wielkiej kadzi, by z mazi formować
na niebie złote słońce, na ziemi słonecznik
– o ile tylko zechce w kruszec obfitować.
Nasiona rosłych dębów zaczną się mutować,
gałęzie prastarych drzew. Tylko nieudacznik
mógłby zepsuć mechanizm, zaprzestać plantować
gniazda białego ptactwa. Ptak lubi pikować
po sarnie pasma sierści, purchawki wywietrznik,
człowieka złote serce. W żółtość obfitować
mogą też gwiazdy w niebie, lecz jak oszacować,
czy to plamy, czy kruszec? Gdyby bogów rzecznik
zechciał trudność wyjaśnić! Niebiosa plantować
można zawsze w marzeniach, w twórczość obfitować.
Słowa będą sondować, z opresji ratować.
Trzeba nimi żeglować, ciut improwizować.
Władca lubił poezję, miał jednak bezpiecznik,
którym oddzielał fikcję od prawdy. Królować
wolał na trzeźwo, bo chciał wiedzieć, kto poplecznik,
a kto ohydny kłamca, zdrajca i wszetecznik.
Wybierał dusze płoche, lubiące swój klęcznik.
Czytał o czarach we wsi. Nie czas zanurkować
w życie małego więźnia? Wróg on, czy poplecznik?
Że plótł kłamstwa to jasne. Król mógłby podręcznik
napisać o swych własnych. Jak improwizować,
żeby nie wyszło na jaw, że człek jest wszetecznik.
Tak został pierwszym łowczym. Ani jeden łucznik
nie może się z nim równać. Czas więźnia sondować.
Kim jesteś? Jestem znajdą. Jak szczery poplecznik
chcę ci służyć dozgonnie. Ja jak każdy grzesznik,
przez sztorm wpadłem do morza, delfin chciał ratować,
byłem już blisko brzegu, lecz potwór, wszetecznik,
śmierdzące truchło nagle, niby mój poplecznik,
wynurzył się z głębiny. Musiałem żeglować.
Prąd zniósł ścierwo do portu. I smród. To wszetecznik!
Masz w pałacu bezpiecznik. Są straże i łucznik.
Niejeden twój poplecznik to lojalny grzesznik.
VII
Czy człowiek musi kluczyć? Prawdę porastają
jak chwasty ból, strach i głód – bywalcy żeremi
kształtujących bieg rzeki. W niej łowcy chwytają
oddech. Słowa w przełyku. Szpetnie je zwijają,
tłocząc giętkość do karku. Zniżanie się wszem i
wobec nie zawsze działa. Kłamstwo porastają
zbyt urodziwe kwiaty. One pomiatają
zdrowym rozsądkiem, uchem. Bajdy nie z tej ziemi
budzą wściekłość. Kto chłopcu uwierzy? Schwytają
go za chwilę katowskie sługusy. Spytają
o imiona rodziców, o wysokość premii
za zniszczenie królestwa. Szczypce porastają
już żarzącym się bielmem. Dobrze pamiętają
pierwsze szczypce. Wywyższą prawdę. Głuchoniemi
usłyszą, opowiedzą. Oczami schwytają
coś, co księżyc przegapił i wstęgor mijając
matnię, co znajda topił w morzu. On uziemić
chciał statek. Miał nadzieję, że już porastają
jego burty glonami, łowcy cień chwytają,
topielcem pomiatają, skarby z dna zwijają.
A kupcy wciąż na ziemi! Chcą od władcy premii!
VIII
Statek ze złotem przetrwał! Z gliny ulepieni,
a się nie rozpuścili kupcy w wodzie. Dzieje
to niesłychane. Rzadkie. Więc nie są strawieni
przez zamorskie potwory? Znajda się rumienił.
Zatkali wyrwę w burcie. Władca nie zbiednieje,
odzyskał statek, skarby. Z gliny ulepieni
spisali się na medal – lecz blask ma odcieni
bardzo dużo. Król nimi co zechce przesieje.
Modlili się do niego, więc nie są strawieni.
Nie wszyscy. Garstka. Ci, co zostali złowieni,
zginęli z własnej winy. Sami dobrodzieje.
Z pragnienia, głodu, wstrętu. Z gliny ulepieni
nie przeszli im przez gardło. Byli zbyt ukrwieni.
Wielu z nich wyjątkowi, sławni czarodzieje.
Przez głupi upór sami zostali strawieni.
Władcę nie obchodzili magowie, uczeni.
Abato Chłopiec! Oto wyzwanie! Hardzieje
przez nie królewska dusza. Z gliny ulepieni
nie są spojrzenia warci. Mogą być strawieni.
Mocarz ich będzie cenił do czasu. Okpieni
wesprą kolor zieleni w gaju, wśród półcieni.
Jak piękny mógłby być dzień! Szkoda, że ciemnieje.
Lepszy od wczorajszego, jutrzejszego – ceni
się takie dni, pamięta. Już w oczach martwieje.
Kto uwierzy bajaniom? Poezja zmarnieje,
jeśli król zgładzi chłopca. Opowieść zmętnieje
i trafi do lamusa. Straci grę półcieni
ze światłem i ciemnością. Już w gębie martwieje.
Chłopiec milczał. A mógł być zwycięzcą. Pęcznieje
w ciszy przestrzeń. Kurczy się wolność. Nawiedzeni
nie widzą dysonansu. I tak dzień marnieje.
Strach siedzi wciąż pod skórą. Czyha jak złodzieje
na spłoszoną odwagę. Tylko przetrąceni
mogą łatwo dostrzec, co za życia martwieje.
Ach! Gdyby mógł na laurach osiąść w chwale! Knieje
by powitały sukces śpiewem wśród zieleni.
Malec od nich się uczył, lecz zaraz zmarnieje.
Chyba, że gra na zwłokę i w oczach martwieje,
bo to jest częścią planu. Szalbierstwo! Okpieni
nie ustaną w wysiłkach, aż autor zmarnieje.
Wzrok mu jednak mętnieje, źrenica ciemnieje.
Mocarz wkrótce zmarnieje! Już przestrzeń pęcznieje.
Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022
[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 5, Powietrze, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 11-33
