Ojczyzną twórcy jest wszechświat

O Autorze

Autor prac naukowych i literackich. W latach 1974-1989 członek opozycji demokratycznej w Polsce. Zmuszony do wyjazdu z powodu zbyt wielu represji przed 1989 rokiem i po nim.

Przejściowo mieszkał w Szwecji. Od 2007 roku mieszka w Wielkiej Brytanii.

Abato Chłopiec. Villanella szkocka. Tom 5, Powietrze

Isaac Jacobovsky

[fragmenty]

I 

Nieszczęśliwi poznali prawdę. Ich kapłani 

milczeli, sieć łowczego zbędna, bo bez truchła, 

tak jak trzewia wrzosowisk, parowów, otchłani

– zarosła słów kobiercem, rzeczami do bani, 

chaosem dziennych zdarzeń. Niepewność wybuchła 

z energią pomnożoną. W pisklęciu kapłani

dostrzegli nieskończone moce. Serce łani 

uboższe od wnętrzności ptaka! Głowa puchła 

z nadmiaru roztrząsań o wolności, otchłani,

świętych mitach i świecie. Człowiek życie ranił,
by przejrzeć się w wnętrznościach. Wrażliwość ogłuchła, 

o dobru mogli orzec wyłącznie kapłani.

Zło stało się powszechne, mag ludzi tumanił,
nagroda za śmierć w kadzi była wszak nierychła. 

Ptaszników zamiast w niebach los znalazł w otchłani,

a byli równi armiom, łowczy zawołani
przez niezgłębione czasy. Historia zamierzchła. 

Przyszłość będzie odmienna. A jeśli kapłani 

spróbują w tym przeszkodzić, trafią do otchłani.

Jednych ten obraz ranił, a drugich tumanił. 

Przyszłość od tego puchła, robiąc kąt dla truchła.

II 

Chłopiec był niespokojny. Mocarz słowa sławne 

wypowiedział z nadzieją. Kto zna prawo niebios 

pierwsze i podstawowe? Dzisiejsze? Pradawne?

Znajda już nie ucieknie. Życie jest niestrawne, 

zamiast mądrej pokory agresja i patos.
Sam jest pełen skrajności. Mocarz sądy sławne

tak zaczynał i kończył. Śmierć – dobro wystawne. 

Mag królewski na szalę położył swój etos. 

Odczytał z księgi czarów zaklęcia pradawne,

licząc, że coś tym wskóra. Chciał malca bezprawne 

czary najpierw ośmieszyć, bo to ledwie młokos, 

bez szkół i wtajemniczeń. On nauki sławne

na cały świat pominął. Ma dłonie niewprawne
by panować nad światłem, wiedzieć, gdzie albatros 

nurkuje po kalmary, potwory pradawne, 

gdzie cień nigdy nie znika. W chłopcu zło wytrawne 

udaje niewiniątko, gotowe zadać cios,
zniszczyć piękne królestwo, miasto magią sławne. 

Czas spalić więźnia w dole. To prawo pradawne.

Odstępstwo? Bezpodstawne! Świętokradztwo jawne, 

bo prawo starodawne zawsze jest poprawne.

Pomiędzy tym, co święte i podpiera kosmos 

a salą z tronem władcy, wiatry ciężkostrawne 

niosły zapach owoców i strachu. Ten dwugłos 

zrosił kroplami potu czoło maga. Chaos

wisiał na włosku, gdy czerń, boskiej bieli pogłos,

rzuciła się na złoto. Sztuczki marnotrawne 

prowadziły donikąd, wzmacniając ów dwugłos

świętych drzew i człowieka. Strach przeszywał na wskroś 

czarodzieja. Metody, chociaż starodawne,
zamiast świat porządkować wprowadzały chaos.

Między tym, co powszechne, co włączone w epos 

a świetlistością nieba nie wszystko jest jawne.
To sfera niedomówień. W niej rodzi się dwugłos,

przepoławia znaczenia i gdyby nie topos, 

człowiek byłby zgubiony – bogów bezpodstawne 

żądania akceptacji utrwalają chaos.

Chłopiec dawno to wiedział. Mag rozważał dwugłos, 

za i przeciw, coś między, formalnie poprawne, 

faktycznie przeciw dobru. Pałac czekał chaos?

Czar penetruje kosmos, stąd niebiański pogłos 

wypełnia każdy epos. Przodem, tyłem. Na wskroś.

III 

Święte drzewa jaśnieją – grzeje się wspólnota 

przy wyjątkowym świetle. Gwałtowne iskrzenie 

dodaje nowe barwy. Nawet poliglota

nie potrafi ich nazwać, złoty jak gołota,
wcale nie błyszczał, mętniał. Dziwaczne złączenie 

szlachetności, nicości. Męczy się wspólnota

nie rozumiejąc nieba. Dla maga to psota? 

Sił nie ma, by zrozumieć, że boskie odcienie 

światła są nienazwane. Wie to poliglota,

wie kret kopiący doły na kości. Sromota! 

Czarodziej tracił radość. Już poczuł zmęczenie. 

Nic mu nie wychodziło. Czekała wspólnota,

niecierpliwił się mocarz. A znajda? Niemota? 

Wolał milczeć, bo słyszał z ogrodu rzężenie, 

wiadomość spoza światów. Chociaż poliglota,

nie potrafił zrozumieć przekazu. Idiota!
Nie słyszał ostrzeżenia! On wolałby śnienie
o różnych formach życia, o tym, jak wspólnota 

znajduje je słowami, których poliglota

nie zna. Czyż to nie psota, jeśli nie sromota? 

Człek liczy na złączenie z jawy snów ze śnieniem.

 

IV 

Królewski mag zniewolił już niejedną głowę, 

gdy włożył z namaszczeniem obrzędowy fartuch, 

w malignie zmysłów, zaklęć uniósł w górę wagę

życia i śmierci. Bez niej czar traci powagę. 

Pomiędzy jej szalkami jest nicość, jakby puch 

przenikający kości, watujący głowę.

Dla bogów to istotne. Czasem ześlą strzygę, 

czasem nieziemskie szczęście, by sobie ludzki duch 

podokazywał w życiu. Natura tę wagę

zupełnie ignoruje. Trzeba mieć odwagę,
żeby przeżyć. Królewski mag to tchórz, pięknoduch, 

nie dbający o prawdę. Straci za to głowę.

Padło nowe zaklęcie. Zamiast czarów nogę 

maga pochwycił korzeń świętego drzewa. Ruch 

śmiały! Nieziemski ogród spod posadzki! Wagę

szybko śmierć przeważyła. Podstępnie. Uwagę
chłopca przykuł znamienny przypadek. Karaluch
stał przy nodze. Mag chciał mu butem zmiażdżyć głowę,

ale nie mógł się ruszyć, jakby był na wagę,

sypki, płynny, za cenę swego życia, za łzę.
Nic to! Odmieni ziemię! Trzeba dać mu szansę.

Ciało zaczęło sztywnieć. Przestraszył się maluch, 

że i jego się zmieni. Wyraźnie widział mgłę 

dokoła czarownika. Otulała bezruch.
Od łydek po kolana. I wyżej. Aż wybuch

żółtej materii jaśniał w pełni, a z nim podmuch 

świeżości. Nie przekonał władcy. Mag miał szyję 

wciąż zwinną. Akceptował odmianę? Wszak bezruch

przydarza się każdemu. Mocarz skinął. Eunuch 

ruszył dłoń maga. Szarpnął. Upadła na ziemię. 

Brzęk najszczerszego złota rozniósł się jak wybuch

dobrej nowiny. Przepadł gdzieś niezdrowy zaduch. 

Wrzask zrozpaczonej głowy wzbudził śmiech. Złotą łzę 

położono przed tronem. Jaki piękny bezruch!

Czyż to nie doskonałe? Czyste piękno. Okruch 

mistycznych źródeł, rajskich owoców. Za cenę 

niewysoką – wstręt w gardle, krótkotrwały wybuch. 

Hulaj świecie, zła nie ma! W końcu dobry bezruch 

skróci trudy żywota. Król już dostrzegł szansę 

zgromadzenia bogactwa. Niech więc będzie wybuch!

Byle świeżości podmuch przepędził stąd zaduch. 

O złota każdy okruch zadba wierny eunuch. 

V 

Mocarz kazał magowi złocić wszystkie gaje, 

na wzór tego z pałacu. Tak niezwykłe akty 

zostaną dostrzeżone w całym świecie. Raje

upiększą ludzki żywot, zmienią obyczaje.
Po strażnikach zostaną tylko artefakty.
Ich niech też zmieni w złoto, nim użyźnią gaje.

Czarodziej wzywał bogów. Tyle krzywd doznaje 

za lata poświęcenia! Chciałby nadal trakty, 

pustkowia czarnej magii poznawać. I raje.

Chciałby zachować prestiż. On bogactwo daje 

także świętym przybytkom, tworzy święte fakty 

na ziemi, a nie w niebie, chroni święte gaje.

Widać wszelkie świętości są jak samograje, 

obejdą się bez maga, choć to nie nietakty 

budują wielkość bóstwa. Los, gdy mnoży raje.

Czarodziej stracił wiarę. Jego gronostaje
zdobiły złotą szyję. Z kruszcu katarakty 

sprowadziły nań ciemność. W niej napotka gaje, 

jakich szukał za życia. Może pozna raje?

Złoto wszak z siebie daje. No i gronostaje. 

To dobroczynne akty – przez mgłę katarakty.

 

VI 

Od tamtej pory ciała będzie się plantować 

jak ogrody w pałacu, a duszy matecznik 

będzie zamiast miłości w kruszec obfitować.

Złote grudki zmienią się w płatki róż. Gustować 

w nich można albo i nie. Ważny jest orzecznik. 

I to, kto, kiedy, kogo zamierza plantować,

podgrzewać w wielkiej kadzi, by z mazi formować 

na niebie złote słońce, na ziemi słonecznik
– o ile tylko zechce w kruszec obfitować.

Nasiona rosłych dębów zaczną się mutować, 

gałęzie prastarych drzew. Tylko nieudacznik 

mógłby zepsuć mechanizm, zaprzestać plantować

gniazda białego ptactwa. Ptak lubi pikować
po sarnie pasma sierści, purchawki wywietrznik, 

człowieka złote serce. W żółtość obfitować

mogą też gwiazdy w niebie, lecz jak oszacować,
czy to plamy, czy kruszec? Gdyby bogów rzecznik 

zechciał trudność wyjaśnić! Niebiosa plantować 

można zawsze w marzeniach, w twórczość obfitować.

Słowa będą sondować, z opresji ratować. 

Trzeba nimi żeglować, ciut improwizować. 

Władca lubił poezję, miał jednak bezpiecznik, 

którym oddzielał fikcję od prawdy. Królować
wolał na trzeźwo, bo chciał wiedzieć, kto poplecznik, 

a kto ohydny kłamca, zdrajca i wszetecznik.

Wybierał dusze płoche, lubiące swój klęcznik. 

Czytał o czarach we wsi. Nie czas zanurkować
w życie małego więźnia? Wróg on, czy poplecznik?

Że plótł kłamstwa to jasne. Król mógłby podręcznik 

napisać o swych własnych. Jak improwizować, 

żeby nie wyszło na jaw, że człek jest wszetecznik. 

Tak został pierwszym łowczym. Ani jeden łucznik 

nie może się z nim równać. Czas więźnia sondować. 

Kim jesteś? Jestem znajdą. Jak szczery poplecznik

chcę ci służyć dozgonnie. Ja jak każdy grzesznik,
przez sztorm wpadłem do morza, delfin chciał ratować, 

byłem już blisko brzegu, lecz potwór, wszetecznik,

śmierdzące truchło nagle, niby mój poplecznik, 

wynurzył się z głębiny. Musiałem żeglować.
Prąd zniósł ścierwo do portu. I smród. To wszetecznik!

Masz w pałacu bezpiecznik. Są straże i łucznik. 

Niejeden twój poplecznik to lojalny grzesznik.

 

VII 

Czy człowiek musi kluczyć? Prawdę porastają 

jak chwasty ból, strach i głód – bywalcy żeremi 

kształtujących bieg rzeki. W niej łowcy chwytają

oddech. Słowa w przełyku. Szpetnie je zwijają, 

tłocząc giętkość do karku. Zniżanie się wszem i 

wobec nie zawsze działa. Kłamstwo porastają

zbyt urodziwe kwiaty. One pomiatają
zdrowym rozsądkiem, uchem. Bajdy nie z tej ziemi 

budzą wściekłość. Kto chłopcu uwierzy? Schwytają

go za chwilę katowskie sługusy. Spytają
o imiona rodziców, o wysokość premii
za zniszczenie królestwa. Szczypce porastają

już żarzącym się bielmem. Dobrze pamiętają 

pierwsze szczypce. Wywyższą prawdę. Głuchoniemi 

usłyszą, opowiedzą. Oczami schwytają

coś, co księżyc przegapił i wstęgor mijając 

matnię, co znajda topił w morzu. On uziemić 

chciał statek. Miał nadzieję, że już porastają 

jego burty glonami, łowcy cień chwytają,

topielcem pomiatają, skarby z dna zwijają.
A kupcy wciąż na ziemi! Chcą od władcy premii! 

VIII 

Statek ze złotem przetrwał! Z gliny ulepieni,
a się nie rozpuścili kupcy w wodzie. Dzieje
to niesłychane. Rzadkie. Więc nie są strawieni

przez zamorskie potwory? Znajda się rumienił. 

Zatkali wyrwę w burcie. Władca nie zbiednieje, 

odzyskał statek, skarby. Z gliny ulepieni

spisali się na medal – lecz blask ma odcieni 

bardzo dużo. Król nimi co zechce przesieje. 

Modlili się do niego, więc nie są strawieni.

Nie wszyscy. Garstka. Ci, co zostali złowieni, 

zginęli z własnej winy. Sami dobrodzieje.
Z pragnienia, głodu, wstrętu. Z gliny ulepieni 

nie przeszli im przez gardło. Byli zbyt ukrwieni. 

Wielu z nich wyjątkowi, sławni czarodzieje. 

Przez głupi upór sami zostali strawieni.

Władcę nie obchodzili magowie, uczeni. 

Abato Chłopiec! Oto wyzwanie! Hardzieje 

przez nie królewska dusza. Z gliny ulepieni 

nie są spojrzenia warci. Mogą być strawieni.

Mocarz ich będzie cenił do czasu. Okpieni 

wesprą kolor zieleni w gaju, wśród półcieni. 

Jak piękny mógłby być dzień! Szkoda, że ciemnieje. 

Lepszy od wczorajszego, jutrzejszego – ceni
się takie dni, pamięta. Już w oczach martwieje.
Kto uwierzy bajaniom? Poezja zmarnieje,

jeśli król zgładzi chłopca. Opowieść zmętnieje
i trafi do lamusa. Straci grę półcieni
ze światłem i ciemnością. Już w gębie martwieje.

Chłopiec milczał. A mógł być zwycięzcą. Pęcznieje 

w ciszy przestrzeń. Kurczy się wolność. Nawiedzeni 

nie widzą dysonansu. I tak dzień marnieje.

Strach siedzi wciąż pod skórą. Czyha jak złodzieje 

na spłoszoną odwagę. Tylko przetrąceni
mogą łatwo dostrzec, co za życia martwieje.

Ach! Gdyby mógł na laurach osiąść w chwale! Knieje 

by powitały sukces śpiewem wśród zieleni.
Malec od nich się uczył, lecz zaraz zmarnieje.

Chyba, że gra na zwłokę i w oczach martwieje, 

bo to jest częścią planu. Szalbierstwo! Okpieni 

nie ustaną w wysiłkach, aż autor zmarnieje.

Wzrok mu jednak mętnieje, źrenica ciemnieje. 

Mocarz wkrótce zmarnieje! Już przestrzeń pęcznieje.

           Lublin-Örebro-Edynburg 1983-2022 

[w] Isaac Jacobovsky, Abato Chłopiec. Poemat epicki — Villanella szkocka. Tom 5, Powietrze, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2023, ss. 11-33