Ojczyzną twórcy jest wszechświat

O Autorze

Autor prac naukowych i literackich. W latach 1974-1989 członek opozycji demokratycznej w Polsce. Zmuszony do wyjazdu z powodu zbyt wielu represji przed 1989 rokiem i po nim.

Przejściowo mieszkał w Szwecji. Od 2007 roku mieszka w Wielkiej Brytanii.

Drabiną na Księżyc

Isaac Jacobovsky

[fragmenty]

Rozdział Pierwszy

Dwa kamienie

Z wolna, ale nieubłaganie, zbliżał się ten czas. Do naszej szkoły miał przyjechać kawałek innego świata. Taki demokratyczny reprezentant całego nieba. Odłamek skalny z Księżyca. Z naszego Księżyca, najbliższego nam łysola. Z  powodu tej demokracji we wszechświecie Ania z naszej klasy zażądała, by obok głównego eksponatu zaprezentować także odłamek skały ziemskiej. 

‘A dlaczego nie?’ — krzyczała do wydzierającego się wniebogłosy Jarka. — ‘Wszyscy ludzie mają te same prawa! Wszystkie zwierzęta i rośliny mają te same prawa! Wszystkie kamienie wszechświata mają te same prawa!’ – ogłosiła swój manifest, a chłopcy w klasie pokładali się ze śmiechu na ławkach, podłodze, gdzie popadło. 

Zaraz po przerwie była lekcja geografii i nasza pani opowiedziała o zakończeniu przygotowań do uroczystości. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. I dlatego żadne głupie pomysły nie będą brane pod uwagę. A w ogóle to Ania powinna zgłosić się do wychowawcy klasy albo do pani dyrektor, bo co to wszystko doprawdy ma znaczyć? 

‘To są nieodpowiedzialne pomysły!’ — groźnie podsumowała jej pomysł nauczycielka. 

Na przerwie już nie tylko chłopcy, ale cała klasa tak dokuczała Ani, tak wyśmiewano jej demokratyczne apele o równouprawnienie dla Księżyca, że musiała uciekać do łazienki, i to do tej popsutej, bo tam nikt nie zaglądał z powodu strasznego smrodu, który czuć było już na rogu szkolnego korytarza.

W domu Ania była jakaś smutna i zamyślona. To niesprawiedliwe! To świństwo! Nie mogła zgodzić się na tak wielkie upokorzenie, i to wobec całej klasy. Podczas obiadu głośno powiedziała, że ta wystawa księżycowego kamienia w jej szkole to jakiś głupi pomysł. 

‘Na pewno to jest oszustwo, bo ludzie i tak nie byli na Księżycu. Przecież w Internecie wszystko jest napisane. To wszystko kłamstwo! Przecież na zdjęciach widać, że flaga się kołysze, a na Księżycu nie ma wcale wiatru!’ – była już bliska całkowitego tryumfu. 

Wszyscy przy stole zaniemówili. Do tej chwili byli przekonani, że Ania jest zafascynowana tym niecodziennym wydarzeniem. Jeszcze wczoraj zaprosiła przecież całą rodzinę na wspólne oglądanie księżycowej bryłki. A dzisiaj taka zmiana? Nie speszyły jej jednak dziwne uśmiechy Alexa i Abato, dwóch starszych braci, i pytające spojrzenia mamy. Mama studiowała astronomię. Wprawdzie dzisiaj jest radcą prawnym, a nie co najmniej kobietą–astronautą, lecz zdołała zaszczepić swoim dzieciom miłość do gwiazd. O tacie lepiej nie mówić, bo tata pisze książki z filozofii i często opowiada, że być może w ogóle nie ma gwiazd, bo As je zjadł. Tylko Aga, najmłodsza w rodzinie, lubiąca wytykać wszystkim braki w myśleniu, tym razem nic nie mówiła. Tylko uśmiechała się zagadkowo, zaznaczając swoją przewagę nad całym światem. To było bardzo irytujące. Ania nie poddawała się. 

‘Ta bryłka z Księżyca to oszustwo, to jest zwykły kawałek odłupany z jakiegoś ziemskiego kamienia. Takich prawdziwków na polach jest pełno, a jeden nawet leży obok szkolnego boiska!’ — podsumowała. — ‘I w ogóle pełno jest kamieni tu, na Ziemi. Pamiętacie, ile jest fantastycznych kamieni w Skandynawii, w starej kopalni łupka pod Örebro? A nad Wisłą niedaleko Mięćmierza? A pod domami Dubrownika? Widzicie, wszędzie są kamienie!’ — wyznała szczerze. 

Tata podrapał się po rozczochranej głowie. 

‘Już bardzo dawno temu zauważyli to greccy filozofowie’ — zwrócił się do wszystkich obecnych.

Jej tata ma taką nieznośną cechę, że traktuje wszystkich jak jakieś audytorium, jakby był na uczelni i się wymądrzał. To po prostu straszne. Jeśli tata zabiera głos, to dla nich wszystkich jest to sygnał, że trzeba wiać, bo będzie zanudzał. Obaj bracia pierwsi chwycili za talerze i zaczęli przepychać się między krzesłami do wyjścia. Ania z siostrą też już wychodziły, gdy mama powiedziała, że ludzie naprawdę byli na Księżycu, a amerykańska flaga na zdjęciu wcale się nie kołysze od wiatru, tylko jej stelaż uległ uszkodzeniu i Amstrongowi nie udało się go wyprostować. 

‘A poza tym na Księżycu lądowały też bezzałogowe stacje badawcze, które pobierały próbki księżycowego gruntu do badań. Taki grunt księżycowy jest bardzo drogi, bo drogie są kosmiczne ekspedycje.’ — dodała mama. 

Tego dnia Ania nie dokończyła obiadu. Cała jej linia obrony wzięła w łeb. Argumentacja mamy nie jest pozbawiona sensu. To co robić? Wokół niej panowała zupełna pustka. Nic nie przychodziło jej do głowy. I nic nie chciało z jej głowy wyjść. Nie miała ani jednego dobrego pomysłu. Nadzieja gasła. Zbliżał się wieczór, a już nazajutrz z samego rana do szkoły przywiozą okruch skały. Przyjedzie też Hermaszewski, choć wcale nie był na Księżycu, a tylko latał trochę wyżej nad ziemią. ‘A może ja sama powinnam zostać astronautą? Może powinnam zapisać się do Aeroklubu, po maturze studiować matmę, fizykę lub astronomię, a potem pojechać do amerykańskiego ośrodka NASA i kształcić się na pilota statków kosmicznych?’ — zamyśliła się. Już widziała w oknie telewizora, jak ubrana w złoty skafander macha do tłumów dziennikarzy, tuż przed startem eksperymentalnej rakiety z ośrodka lotów w Huston, USA. ‘Proszę państwa, pierwsza kobieta leci na Księżyc! Ekspedycja wyrusza w poszukiwaniu kamieni, jakich spotkać nie można nigdzie indziej. Kamieni zbudowanych z innej, nieznanej ludziom materii. Tylko jedna jedyna astronautka odważyła się wyruszyć na samotne poszukiwanie całej prawdy o świecie!’

Zbliżała się już północ, a ona nie położyła się jeszcze spać. Leżała w ubraniu na łóżku, zanurzona w świat najpiękniejszy, najbliższy jej sercu. Z rozmarzenia wyrwał ją stanowczy głos Agi. Chociaż było tak późno, jej młodsza siostra nie tylko nie była w piżamie, ale miała na sobie ciepłe zimowe ubranie. 

‘Wiesz co? Mogę ci pomóc.’ — zwróciła się do Ani. — ‘Jeśli oni nie chcą równouprawnienia, to bez łaski! Sama sobie poradzisz! Ja ci pomogę, pod warunkiem, że nie możesz o nic pytać, i nie śmiej się głupio, dopóki się nie przekonasz! Zgadzasz się?’ — mówiła cicho, ale bardzo wyraźnie, jak zwykle z tonem nie znoszącym najmniejszego sprzeciwu. 

‘O co ci chodzi?’ — zapytała Ania. 

‘Nie to nie!’ — rzuciła zdecydowanie Aga i już wychodziła z jej pokoju. 

Ania czuła, że jest bez wyjścia. Co jej zależy? Niech tam. Będzie, co będzie. Jej siostrzyczka jest stuknięta, ale niech tam.

‘Już dobra, w porzo, spoko!’ — rzuciła za nią pojednawczo.

‘Więc zgoda? No to szybko wkładaj na siebie najcieplejsze zimowe ciuchy i wyruszamy po te twoje księżycowe kamienie!’ — rozkazała bez wahania Aga.

Ania złapała się za głowę. To znowu jeden z jakichś durnych pomysłów jej siostrzyczki. Ale Aga chwyciła ją za rękę i zaciągnęła do swojego pokoju. Było tam chłodno, a przez szeroko otwarte okno do wnętrza zaglądał wielki lśniący Księżyc. Dziewczynki podeszły do parapetu i Ania ujrzała tuż za oknem zwisającą z góry drabinkę. Skąd tutaj ta drabina? Patrzyła pytająco na siostrę. 

‘Aga, co jest grane, mów!’ — powiedziała podniecona i zaskoczona. 

‘Miałaś o nic nie pytać! Nie drzyj się! Szybko się ubierz, bo ja czekam. Chcesz ich pokonać, to masz szczęście, że jestem z tobą!’ — odcięła się siostrzyczka.

Już po chwili obie nadzwyczaj zgrabnie wdrapywały się po drabinie. Wyżej, coraz wyżej, coraz szybciej. A Księżyc spoglądał na nie z niezmącony spokojem, nie przeczuwając, że zbliżają się dwaj intruzi. Być może on też był za ideą demokratyzacji kosmosu? 

Rano w szkole rozpoczęły się uroczystości. Dziennikarze wypełnili wszystkie zakątki dziedzińca i każdy skrawek w sali gimnastycznej, tak, że dla nas zabrakło miejsca. Przed wejściem do budynku stała opancerzona furgonetka. Uzbrojeni ochroniarze czekali na rozkazy. Pani dyrektor nie potrafiła ukryć zdenerwowania, ja zwykle. Zaczęła krzyczeć, że trzeba zachować spokój, powagę i takie tam rzeczy, jakby uczniowie byli małymi dziećmi. Ale odjazd z tymi nauczycielami! Wszyscy powariowali. Na tym sterczeniu przed szkołą wypadła nam z życiorysu cała godzina. Potem ochroniarz otworzył furgonetkę i jakiś starszy pan w wyblakłym mundurze wyjął z niej przeźroczystą szkatułę w kształcie piramidy.

‘I simply  can’t stand it!’ — mruczał cicho pod nosem.

Nasza klasa stała blisko drzwi wejściowych, więc dobrze to słyszeliśmy. Po prostu tego nie znosi! Fajny staruszek, bo nie owija w bawełnę. Wewnątrz piramidy umocowana była nieduża bryłka skały. 

‘Fajowe UFO! Bliskie spotkania trzeciego stopnia!’ — krzyczał głośno Jarek. 

Gdy Ania dostrzegła okruch skały, włożyła rękę do swojej szmacianej torby, dzisiaj wypchanej czymś wyraźnie cięższym, niż pomadką i chusteczkami do nosa. Uśmiechnęła się szeroko i tryumfalnie. 

‘Mam tego więcej!’ — oznajmiła. 

Ale nikt specjalnie nie zwracał na nią uwagi. Oczy wszystkich skierowane były na eksponat. Oczywiście każda klasa miała ambicję zająć miejsce tuż przy piramidzie, więc rozpoczęła się bezwzględna przepychanka, otwarta wojna na łokcie, teczki i podstawianie nóg. W tym nasza klasa była najlepsza. Szybko zajęliśmy główne miejsce w sali gimnastycznej, dzięki czemu wszyscy nas filmowali. Rozpoczęły się nudne przemówienia, nikomu do niczego niepotrzebne. Najdłużej produkowała się pani dyrektor, ja zwykle. Próbowała mówić po angielsku, ale coś się w niej zacięło, zrobiła się cała czerwona, jak burak. Jarek pękał ze śmiechu. On to ma dobrze. Jego tata siedzi w Londynie, a Jarek przez kilka lat chodził tam do szkoły. Anglistka to się boi prowadzić z nami lekcje, jeśli on jest w klasie. 

‘Well, well, well’ — powiedział tak głośno, że aż nasza wychówa spojrzała na niego błagalnym wzrokiem, żeby się zamknął. I wtedy zaczął przemawiać Hermaszewski, i chwalić się, jak to fajnie było w kosmosie. A my to niby gdzie jesteśmy? Czyżby nie w kosmosie? Na koniec pani od geografii chciała się wszystkim podlizać, bo zapytała, czy może ktoś z obecnych chciałby być kosmonautą i polecieć na Księżyc? 

Wtedy na środek wyszła Ania. Nauczyciele chcieli ją zatrzymać, ale było za późno. Kamerzyści rzucili się do przodu i nic już nie można było zrobić. Na początku trochę się speszyła. I wtedy zobaczyła w drugim rzędzie swoją młodszą siostrę, i braci, i mamę z tatą. ‘Co oni tutaj robią?’ — pomyślała. A oni zaczęli bić brawo i wszyscy bili brawo, zagłuszając niezręczną ciszę. To pomogło jej nabrać wigoru.  

‘Powiedz im to, powiedz im, że nasza klasa jest najlepsza! The best!’— krzyknął głośno Jarek. 

A ona spojrzała odważnie w oczy kamer. 

‘Kosmos jest tak duży, że każdy może mieć coś tylko dla siebie’ — zaczęła ostrożnie. — ‘I kosmos jest naszym przyjacielem. A każda jego cząstka jest tak samo ważna, jak inne. W kosmosie panuje demokracja’ — Ania chciał mówić dalej, ale przerwały jej oklaski. 

‘Nie wiem jeszcze dokładnie, jak to jest, ale każdy z nas może być i na Księżycu, i jeszcze dalej, na odległych nieznanych planetach. Na dowód tego w imieniu mojej siostry Agi, no i całej mojej klasy przekazuję dzisiaj szkole dwa kamienie. Jeden pochodzi z ziemskiego trawnika, tutaj, sprzed naszej szkoły, ale drugi jest kamieniem prosto z Księżyca. Jest nawet trochę większy, niż ten UFO-ludzik w piramidzie!’ — I wyjęła ze szmacianej torby dwa sporej wielkości kamienie. 

Zapadło kłopotliwe milczenie. W wysoko uniesionych dłoniach Ania trzymała dwa kamienie. 

‘W lewej ręce mam kamień ziemski, a w prawej księżycowy’ — przerwała milczenie. 

Operatorzy zbliżyli kamery do obu kamieni. Dziennikarze byli wyraźnie poruszeni.

‘Czy to jest jakaś mistyfikacja?’ — zapytała głośno ruda starsza pani z Gazety Wyborczej. 

‘Nie, to jest prawda, ten kamień w mojej prawej ręce pochodzi z Księżyca! Słyszy Pani, ja mówię prawdę’ — odpowiedziała jej głośno Ania. 

‘Powiedz widzom telewizyjnych Wiadomości, skąd wzięłaś kamień z Księżyca?’ — zapytał znany reporter telewizyjny, tylko nie pamiętaliśmy jego nazwiska. 

‘Z Księżyca!’ — i uśmiechnęła się tajemniczo. 

Potem odważnie stwierdziła, że to jest tajemnica, i że nie może więcej powiedzieć, bo obiecała, że nie powie. A do kamieni podszedł starszy pan, ten w wyblakłym mundurze, i jeszcze kilka starszych osób, jakiś niski gruby dziwny pan, całkiem łysy, i siwa pani w grubych okularach. Jedni mówili po angielsku, inni po francusku i niemiecku, dwóch po polsku. Rozmawiali dyskretnie, uwagi wymieniali szeptem. Najmłodszy z nich dzwonił gdzieś przez komórkę i Jarek słyszał, jak prosi kierowcę opancerzonej furgonetki o przyniesienie jakiegoś aparatu. Do pomiarów. 

Ania nie mogła zbyt dokładnie zrozumieć tego, co oni mówią. Uczyła się tylko angielskiego i szwedzkiego. Oddała więc tym ludziom oba kamienie. Wyraźnie się od siebie różniły i wiedziała, który jest który. Mogą ją o to zapytać, proszę bardzo. Ona i tak się nie pomyli. Ciało pedagogiczne nie kryło zakłopotania. Pani dyrektor podeszła do Ani i poprosiła o udanie się z powrotem na miejsce, bo goście nie mają czasu na bzdury. I powiedziała jeszcze, że potem się z nią policzy, że to kompromitacja szkoły, że tyle pracy poszło na marne. Ale Ania nie dała się zastraszyć.

‘To jest nasz sukces. Nasza szkoła jako pierwsza będzie miała najwięcej na świecie osób, które odwiedzą Księżyc’ — odpowiedziała dumnie. — ‘Powinna się pani psor cieszyć. Dostanie pani medal. Gwarantowane!’ — patrzyła żarliwie prosto w oczy najgroźniejszej po Wiedźmie z „III f” osobie z całej naszej szkoły. 

Ale czara goryczy się przelała. Nauczyciele byli zdezorientowani, a właściwie przerażeni. Oczekiwali stanowczej interwencji, ponieważ nic z tego nie rozumieli. Nasza wychówa dostrzegła rodziców Ani i kazała Jarkowi ich poprosić. Oni podeszli zaraz i usłyszeli, że natychmiast mają zabrać ze szkoły ich nieznośną córkę, czyli Anię. Jakież było zaskoczenie, gdy tata Ani zapytał, o co właściwie chodzi, jakby nie dostrzegał nic złego w całym tym zamieszaniu. 

‘O zgrozo! Czy nie widzicie Państwo, że z Anią jest coś nie tak? Bredzi o demokracji, kosmosie i kamieniu z Księżyca. Po prostu zwariowała, a szkoła to nie dom wariatów!’ — wydzierała się już zupełnie tak samo, jakby to była lekcja wychowawcza w naszej klasie. 

A wtedy mama Ani powiedziała bardzo spokojnie, że nie dziwi się temu zamieszaniu. 

‘Skoro uczeń przynosi do szkoły kamień z Księżyca, to nauczyciele mogliby to pochwalić, a oni nawet nie próbują tego zrozumieć.’ — dodała rzeczowo.

W tym samym czasie naukowcy dokonywali już pomiarów. Ich rzeczowe podejście do badania dwóch z całą pewnością najzwyklejszych kamieni tak bardzo irytowało nauczycieli, że najchętniej wyprosiliby wszystkich gości i odesłali piramidę jak najdalej stąd. My trzymaliśmy stronę Ani, chociaż wiedzieliśmy, że już niedużo czasu jej zostało. Zaraz jury złożone z siwych i łysych starszych ludzi obwieści wszystkim, z których to dwóch trawników są kamienie. Co wówczas stanie się z naszą klasą? Czy staniemy się pośmiewiskiem w całej szkole? Nie ma takiej opcji. Bo to nasza klasa jest najlepsza, i do bijatyki, i do wielkich odkryć. Nawet wtedy, gdy w odkryciach są pewne drobne niepowodzenia. 

Tymczasem atmosfera podniecenia wyraźnie udzieliła się badaczom dwóch kamieni. W pewnym momencie kamery znowu skierowano na Anię, przy której stała już jej młodsza siostra, i bracia, i rodzice. Do nich właśnie podeszli teraz uczeni. Jeden z nich pogratulował Ani.  

‘Gratuluję wielkiego sukcesu, to rzeczywiście kamień z Ziemi, a to najprawdziwszy kamień z Księżyca’ — przez mikrofon głośno przetłumaczyła nasza pani od angielskiego.

Stary uczony podniósł do góry dwa kamienie. 

‘Muszę też dodać z zakłopotaniem, że faktycznie twój kamień z Księżyca, Aniu, jest znacznie większy od naszej księżycowej próbki. Dzięki temu twój kamień może nam powiedzieć więcej ciekawych rzeczy o Księżycu i o całym kosmosie!’ — dodał wyraźnie wzruszony, siwy już całkiem uczony.

Po chwili Jarek przetłumaczył naszej klasie także to, co ten pan powiedział już znacznie ciszej, a co nasza pani od anglika pominęła. 

‘Czy moglibyście, droga młodzieży, także i mnie zabrać drabiną na wycieczkę?’ 

Nikt z nas nie wiedział jednak, o jaką chodzi drabinę. Ale co do wycieczki, to też chcielibyśmy pojechać na wycieczkę, bo na każdej wyciecze jest spoko. 

Wielu chłopców w tej samej chwili zrozumiało, jak bardzo ma ochotę spotykać się z Anią. Że też wcześniej jeden z drugim nie wpadł na to. I ta jej młodsza siostra też jest fajna. Cała szkoła oszalała wprost z zachwytu, zagłuszając jakiekolwiek próby dalszych rozmów. Tylko nauczyciele nadal nic nie rozumieli, jak zwykle. Oczywiście najgłośniej uczciła zwycięstwo nasza klasa. Nasza klasa jest najlepsza, nawet w całym kosmosie.

Rozdział Drugi

Nasza klasa i bury kundel

Nie minęły trzy dni, a już kolejna afera pobudzała wszystkie szkolne umysły. Najlepsza z najlepszych, nasza pani dyrektor ogłosiła dziwny komunikat. W ciągu tygodnia mamy przygotować program na światowy konkurs śpiewających dzieci. Dla Interwizji. Do szkoły przyjedzie wóz transmisyjny. I wszystko będzie na żywo. W całej Europie. Na całym świecie. To wielkie wyróżnienie. 

‘Nasza szkoła będzie reprezentować cały kraj’ — podkreśliła pani dyrektor. 

‘A to ci dopiero! Ale skąd my mamy wziąć do tego konkursu dzieci?’ —Pani od muzyki próbowała nam wyjaśnić, że to niby my jesteśmy tymi dziećmi. Czy ci nauczyciele to już zawsze będą chcieli nas poniżać?

Jarek z naszej klasy tak się śmiał z tych dzieci, że potem przez dwie godziny nie mogliśmy zatamować mu czkawki. Robił się cały czerwony, a jak się zaczął dusić, to aż posiniał. Dwie kolejne lekcje nam się upiekły, bo wszyscy ratowaliśmy mu życie. Aż do tej czkawki Ania siedziała cicho. Trwało to tak trzeci już dzień z rzędu, licząc od ostatnich wydarzeń z tym kamieniem z Księżyca i w ogóle. Nie wiadomo za co dostała szlaban od ciała pedagogicznego. Zakaz tego, zakaz tamtego. Same zakazy. Ale czkawki Jarka ciało pedagogiczne nie przewidziało i nic w tej sprawie nie postanowiło. Ania ruszyła więc na ratunek. Życie Jarka jest ważniejsze, niż jakiekolwiek zakazy. Zaciągnęła go do pielęgniarki, poprosiła o szklankę zimnej wody i kazała mu pić z głową schyloną do podłogi. To tą właśnie kuracją go uratowała. 

Potem było już tylko gorzej. Zaledwie skończyła się jarkowa czkawka, a pod szkołę podjechała ogromna ciężarówa, z której wyniesiono wielki czarny fortepian. Z okna naszej klasy widać było wszystko, jak na dłoni. Fortepian trafił do sali gimnastycznej i natychmiast rozpoczęły się przesłuchania uczniów wszystkich klas. W szkole pojawiła się wytworna starsza pani, ubrana w śmieszną suknię w groszki i wielki kropkowany kapelusz. Ta pani była tak duża, że parkiet na sali gimnastycznej uginał się pod stołkiem, na którym siedziała przy fortepianie. Nasza klasa najdłużej ociągała się z tym przesłuchaniem. W końcu poszliśmy do sali i ze zdumieniem dowiedzieliśmy się, że jesteśmy ostatnią deską ratunku. Wszystkie klasy okazały się kompletnie zielone. Do tej pory ani jeden uczeń nie został wybrany do chóru. Wobec każdego starsza pani miała podstawowe zastrzeżenie: nieodpowiednia barwa głosu. A jaką to niby mamy mieć barwę głosu? Przecież nawet niemowlaki wiedzą, że w naszym wieku głos zmienia się niezależnie od wszystkiego.

Starsza pani była już widocznie zmęczona długotrwałym akompaniowaniem, bo zrobiła krótką pauzę. 

‘Przerwa, drogie dzieci!’ — krzyknęła ochoczo chrapliwym głosem hipopotama. 

Zaraz podbiegły do niej pani dyrektor, pani od muzyki i  wychówa. Nasze ciało pedagogiczne próbowało przekonać starszą panią, że jednak niektórzy uczniowe mają niezłe głosy, ale ona była innego zdania. 

‘Jeśli w tej klasie jest podobnie, to szkoła nie będzie miała żadnej reprezentacji na konkursie Interwizji. To niedopuszczalne! Kompromitacja na szczeblu międzynarodowym!’ — krzyczała jeszcze bardziej chrapliwym głosem.     

W domu Ania opowiedziała o wszystkim rodzinie. Była bardzo zmartwiona i nie spodobało się jej, gdy cała trójka rodzeństwa zaczęła pękać ze śmiechu. Że telewizja, że klapa na oczach znajomych i przyjaciół. 

‘Z czego się śmiać? Lepiej wymyślcie, co teraz zrobić?’ — spojrzała błagalnie na obecnych. — ‘Przecież tak nie można. Przecież ta starsza pani wyraźnie powiedziała, że niestety także z naszej klasy nikt, dosłownie nikt nie nadaje się do śpiewania w chórze.’ – kontynuowała swoją opowieść Ania. — ‘No to dlaczego pani dyrektor właśnie z mojej klasy zrobiła chór? Cała ta klasa od tej chwili jest szkolnym chórem. Tak nam powiedziała! A powiedziała tak zaraz po tym, jak starsza pani w kropki demonstracyjnie wyszła z sali, nieomal trzaskając za sobą drzwiami.’ — relacjonowała z przejęciem. — ‘My także chcieliśmy jak najszybciej uciec na dziedziniec. A tu nagle trrrrrach! Nawet panią od muzyki i naszą wychówe zamurowało. Obie natychmiast próbowały dopytać, o co właściwie chodzi, ale pani dyrektor tylko zapytała, czy na terenie szkoły jest jeszcze jakaś inna klasa? Ale innej klasy nie było… Wszyscy już dawno sobie poszli. I po co my się tak ociągaliśmy z tym odfajkowaniem przesłuchania? Teraz mamy za swoje.’ — dramatycznie zakończyła sprawozdanie Ania.

Była zrozpaczona. Zamyśliła się, bezwiednie grzebiąc łyżką w zupie pomidorowej. Wszyscy w milczeniu jedli obiad, czekając na dalszy bieg wydarzeń. Milczał nawet tata, który w takich sytuacjach zwykle lubi zabłysnąć. Po chwili Ania dodała, że to na pewno jest zemsta ciała pedagogicznego za to, że jej klasa jest the best. I że ten kamień z Księżyca nieźle musiał wkurzyć panią dyrektor, a teraz próbuje zrobić z jej klasy pośmiewisko na cały świat. 

‘Ale nic z tego. Nasza klasa nie będzie śpiewać. I już.’ — oświadczyła w końcu Ania. — “Bo kto to widział, żeby w ciągu tygodnia nauczyć się śpiewać? I to po lekcjach. Na światowy konkurs. Z telewizyjną transmisją na żywo? Ktoś tutaj chyba zwariował!’ — Ania nie dawała za wygraną.

‘Aha! Jeszcze te stroje… Mamy mieć wszyscy jednakowe stroje. Czerwone sukienki w białe kropki. A chłopcy czerwone koszule. Też w kropki. Bo mamy śpiewać piosenkę ‘Biedroneczki są w kropeczki i to chwalą sobie’. Nigdy, przenigdy! Nie zrobię z siebie jakiejś idiotki. Co to ja jestem biedronka, czy może jeszcze inne zwierzątko?’ — dopytywała samą siebie, gdy reszta rodziny z trudem powstrzymywała się od śmiechu.

‘Nie śmiejcie się, nie śmiejcie, nie ma tu nic śmiesznego. W klasie planujemy strajk okupacyjny. Bierzemy sprawy w swoje ręce. Nie będziemy przyglądać się, jak próbuje się z nas zrobić pośmiewisko.’ — zagrzmiała zdecydowanie Ania. 

‘A to już poważna sprawa.’ — odezwała się mama. — ‘Czy to nie nazbyt radykalny program? Może wszystko jeszcze można załatwić innymi metodami. Choćby wspólną rozmową?’ — dopytywała się pojednawczo. 

‘Nie wyrusza się na bitwę bez zaplanowanego wcześniej odwrotu… Jeśli już musicie brać sprawy w swoje ręce, to koniecznie pamiętajcie o odwrocie’ — odezwał się w końcu tata. — ‘Trzeba wiedzieć, że odwroty bywają różne. Czasami odbywają się na niby. Bo tak, jak fortele stosujemy w dyskusji, tak można zastosować fortele na wojnie. Fortele, to znaczy wybiegi, wyprowadzanie kogoś w maliny, jak to się dzisiaj pięknie mówi… Na przykład można przyjąć narzucone warunki, ale tylko pozornie!’ — tata pokiwał głową i zamrugał  porozumiewawczo w kierunku Agi.

Aga początkowo nie zająknęła się ani jednym słówkiem. Uśmiechnęła się tylko tym swoim nieznośnie tajemniczym uśmieszkiem, że aż Ania od tego prawie spadła z krzesła. O co znowu chodzi tacie? Obie siostry w myślach szukały jakiegoś sensu w jego przymulonym ględzeniu. Potem Aga przerwała jednak jedzenie i wywaliła prosto z mostu. 

‘A co to ja jestem pogotowie ratunkowe, czy co? Poradnia jakaś, może psychiatryk? Jak załatwiłam kamień z Księżyca, to kto dawał wywiady, kto się wymądrzał, kto się plątał w zeznaniach, no kto? A niby to dlaczego ja mam wszystko załatwiać… Ja jestem tutaj najmłodsza i to mnie trzeba pomagać!’ — wrzasnęła i szybko wyszła, dźwigając ze soba pół talerza zupy. 

Przy stole zapanowało niezręczne zakłopotanie. 

‘Faktycznie, ja też jestem najmłodszym rodzeństwem, tyle, że płci męskiej. Ale jest równouprawnienie. I to właśnie mnie należy się nieustanna pomoc!’ — rzucił zgryźliwie Abato i wyskoczył za Agą. 

Za nim jak z procy wystrzelił Alex, umykając przed kolejnym nudnym wykładem taty. 

Dni szybko mijały. Zbyt szybko. Strajk nie doszedł do skutku, bo tak naprawdę nasza klasa nie bardzo wiedziała, co niby z tym strajkiem mamy zrobić. Czy porozwieszać flagi, które i tak cały czas wszędzie wiszą? Czy może zwołać konferencję prasową i postawić konkretne postulaty? Ale jakie postulaty? Ostatecznie nikt nic mądrego nie wymyślił. Strajk okupacyjny odpada, bo sprawiłby zbyt dużo przyjemności ciału pedagogicznemu, które miałoby nas przez całe 24 godziny na dobę na oku. Co to, to nie! Tymczasem jeszcze tylko jeden dzień prób pozostał do porannej próby generalnej i popołudniowego występu w Interwizji. A chór jak beczał baranim głosem, tak beczał. Porażka! Klęska! 

W końcu Jarek, a jakże, któżby inny, rzucił pomysł totalnej ucieczki. 

‘Ucieknijmy wszyscy na Księżyc!’ — ryczał w niebogłosy, nie zważając na obecność naszej wychówy. – ‘Ania, Ania, dzwoń do Agi, załatwiaj sprawę! Musimy to zrobić jeszcze dzisiaj, natychmiast! Jutro będzie za późno, będzie po wszystkim, będzie z nami koniec.’ — dodał już całkiem cicho, jakby szukał jeszcze w sobie trochę więcej siły, by walczyć ze swoim coraz bardziej wątłym głosem. 

Ale do Agi, młodszej siostry Ani nie można było się dodzwonić. Pech, to pech! Może dlatego, że dzwonili wszyscy na raz, nie tylko Ania. Numer do Agi miał wklepany na pierwszym miejscu każdy chłopak z naszej klasy. Z braku laku wszyscy wysłaliśmy do niej błagalne esemesy. 

‘To już naprawdę koniec!’ — ni stąd, ni z owąd smsową akcję całkiem niepedagogicznie podsumowała nasza wychówa.

A to co znowu? Czy ciało pedagogiczne zwątpiło w swoje powołanie, w świętą misję wychowywania nas do pracy w pocie czoła? Czy też może do ukochanego ciała dotarło, że durne pomysły po prostu nie wypalą? Nie wypalą, i tyle. Może wychówa pośle teraz po siostrzyczkę, naszą katechetkę? Pomodlimy się troszeczkę, a nóż widelec coś popsuje się w tej Interwizji? ‘Trwoga, to do Boga, no jasne!’ — mawia przy takich okazjach mama Ani. Ale teraz to naprawdę przydałaby się jakaś nadzwyczajna interwencja. Tyle o takich sprawach mówimy na religii. I nie tylko na religii. Nasz pan od fizyki nie raz dawał prawie wprost do zrozumienia, ze żadnych sił nadprzyrodzonych nie ma, że to jakieś bajdy z odległej przeszłości….

No, no, nasza klasa tak do końca by się z tym nie zgodziła. Przecież w ubiegłym tygodniu wszyscy byliśmy osobiście na Księżycu! Czy to nie jakieś cuda? Właściwie do dzisiaj nikt z nas nie bardzo wiedział, jak to było możliwe. Nawet Ania nie potrafiła tego wyjaśnić. A ta jej siostrzyczka to jest niezły aparat. Najpierw kazała wszystkim przysiąc, że będziemy milczeli, a potem nic już więcej nie chciała powiedzieć. Jaka wredota. I tak naprawdę to strach coś o tym komukolwiek napomknąć. Aga powiedziała, że każdy, kto choć słóweczkiem o tym piśnie, zamieni się w psa… Nie w takiego zwykłego miłego pieska, ale w szalonego niebezpiecznego kundla! Więc wszyscy siedzimy cicho, bo nikt nie chce wypróbować bycia jakimś tam szalonym kundlem.                       

Kolejna nieudana próba chóru dobiegała końca. Było już dosyć późne popołudnie. Pani od muzyki kontynuowała dłubanie w nosie, zapłakana wychówa pudrowała opuchnięte oczy, a nasza klasa rozbiegła się z wrzaskiem do domów. Był to jednak trochę inny zgiełk, niż zazwyczaj. Brakowało w nim radości i świętowania. Było w tym hałasie coś trudnego do uchwycenia, jeszcze może nie ból, nie strach, ale z pewnością wyczuwało się lęk, niepokój, zmęczenie. 

Od razu spostrzegła to w domu mama Ani, gdy rodzina usiadła do spóźnionego obiadu. Aga i jej dwaj starsi bracia rzucili się do jedzenia, wyraźnie wygłodniali, a Ania tylko patrzyła w talerz, nie dotykając nawet sztućców. 

‘Siotrzyczko kochana, co się stało? Nóżka obcięta?’ — dopytywał złośliwie Alex. — ‘Dwie nóżki i rączka?’ — dalej pytał, nie wzruszony jej milczeniem. 

‘Spadaj, co się czepiasz, nie widzisz, że ona chce trochę pobyć?’ — dosyć niespodziewanie z odsieczą dla Ani przyszła Aga.

‘Czy ja mogłabym dowiedzieć się, co wy tu wyprawiacie? Aniu, dlaczego nie jesz, co się dzieje?’ — wtrąciła się w końcu mama. 

Ale Ania jeszcze bardziej milczała, jeśli milczeć można jeszcze bardziej… Ciszę przerwał dzwonek telefonu. Odebrał tata. 

‘Nie, nie ma go u nas. I o ile mi wiadomo, nie było. Ale zaraz się upewnię’ – rzucił krótko do słuchawki. — ‘Pies, jaki pies?’ — dopytywał się ze zdziwioną miną. — ‘Aniu, czy wiesz, gdzie może być teraz Jarek, twój kolega z klasy? Nie ma go jeszcze w domu, a rodzice niepokoją się. Aniu!? Aha, i czy coś wiesz, żeby Jarek dostał od kogoś psa, bo do jego pokoju przez okno wskoczył jakiś bury pies z telefonem w pysku. I z tornistrem na grzbiecie…’ — starannie powtarzał treść rozmowy. 

Z wyrazu twarzy taty Ani widać było jednak oznakę zupełnego oderwania od świata. Takie sprawy, jak pies wchodzący przez okno do mieszkania zdawały się nie mieć dla niego żadnego konkretnego wymiaru. Telefon komórkowy, tornister, pies… Zamyślił się nad czymś jemu tylko znanym, a może i całkiem nieznanym, zapominając o trzymanej przy uchu słuchawce. 

‘Kochanie, odpowiedz, proszę!’ — zbudziła go z uśpienia mama. 

‘Ach tak, tak, to znaczy nie, nie, a właściwie, to nie wiadomo….’ – wystrzelił zaskoczony tata i odłożył szybko ten dziwny przedmiot, który nie wiadomo po co trzymał w dłoni.

‘Jaki pies? Jaki pies, Ania?! Mów, co Jarek zrobił w szkole!’ — natarczywie zaczęła dopytywać się Aga. — ‘Powiedz, póki nie jest jeszcze za późno! No mów! Anka, mów! Co to za esemesy od całej twojej klasy? Czy Jarek się przypadkiem nie wygadał? Czy palnął coś, no wiesz, wiesz o czym!?’ — rękoma szarpała bluzkę Ani, stojąc już nad swą starszą siostrą, gotowa na wszystko. — ‘Mów, słyszysz! To nie są żarty, czy ty nic nie rozumiesz!?’ —zgrzytała zębami, a w jej błękitnych oczach gniew mieszał się ze wściekłością.

Ania nie broniła się wcale. Zagryzła tylko wargi, a po jej bladych policzkach ciekły strużki łez.

Następnego dnia atmosfera w naszej klasie była bezapelacyjnie dobijająca. Nie tylko zniknął Jarek, ale zniknęły także Aga z Anią wraz z ich zimowymi ubraniami. Tej trójki szukała cała policja, a do tego w nocy sąsiedzi dyżurowali na zmianę w całym osiedlu. Obie mamy mdlały na zmianę, otoczone opieką sąsiadek. W radio co godzinę podawano komunikat o zaginięciu ważnych członków chóru, i to tuż przed występami w Interwizji. Komentatorzy lokalnej rozgłośni prześcigali się w domysłach, a ruda redaktorka z “Wyborczej” nie wahała się połączyć zniknięcia Agi, Ani i Jarka z tajemniczą, jak się wyraziła, sprawą kamienia z Księżyca. 

‘Możemy mieć tutaj do czynienia albo ze zuchwałym porwaniem dzieci przez wynajętych gangsterów, albo z nie rozwiązaną do dzisiaj tajemnicą kamienia z Księżyca!’ — oznajmiła bez zająknięcia swoim czytelnikom. 

‘Ma nosa… no, no, jak zacznie węszyć, to może być gorąco’ — skomentowaliśmy w naszej klasie coraz trudniejszą sytuację.  

Próba generalna pogorszyła jeszcze podłe nastroje. Buczenia i jęczenia nie zagłuszyła nawet orkiestra, która zastąpiła fortepian. Myśl o czerwonych uniformach w białe kropki nikomu z nas nie kojarzyła się z czymś tak niewinnym, jak biedronki. A biedny dyrygent siniał z wściekłości, gdy klasa wydawała z siebie przeróżne, bezwstydne dźwięki. Jak po tym wszystkim ułożą się nasze sprawy? Zawsze byliśmy the best! Pierwsi i najpierwsi. Na każdej przerwie, na każdej lekcji, górowaliśmy nad innymi klasami bezgraniczną potrzebą wywrócenia wszystkiego do góry nogami. A dzisiaj? Co my właściwie tutaj robimy? Dzisiaj to nas powywracano do góry nogami… Wybebeszono, wypatroszono. Wyrwano brutalnie z naszego naturalnego otoczenia. Sytuacja dojrzała do absurdu! Na domiar złego do tej pory nie odnaleźli się jeszcze ani Jarek, ani Ania, ani jej siostra Aga. Klasa była całkowicie dobita. Kto z nas umie śpiewać? Nikt! 

‘Psze pana, czy pan, panie dyrygencie, także uważa, że biedroneczki koniecznie muszą być w kropeczki?’ — dopytywaliśmy się bezczelnie, lekceważąc groźnie zwężające się źrenice wybitnego artysty, który od wielu godzin bezskutecznie poprawiał nasze błędy. 

Próba trwała już ponad trzy godziny dłużej, niż planowano. Dyrygent poddał się w końcu. Skorzystał z chwilowego zamieszania i zakończył męczarnie. Zakończył dosłownie na niczym! Nic nie kleiło się w tym naszym śpiewaniu, w ogóle w całym tym występie.

I co dalej? Docierało do nas z wolna to, co było od początku oczywiste. Zapominamy o burczeniu w brzuchach, o zmęczeniu, o strachu. Naszej klasie musi zależeć. Nie chodzi o wygranie takiego czy innego konkursu, ale przynajmniej o uzyskanie choćby jednego punkcika od jury. Bo jury będzie międzynarodowe, złożone z samych światowych sław muzycznych. Cała klasa czuła, że jeśli nie powalczymy, plama murowana. Trzeba się brać do roboty! To nic, że nasze stroje są głupkowate, dyrygent jakiś dziwny, wychówa cały czas blada, a czasami nawet zielonkawa. Z tym wszystkim musimy sobie poradzić. Nie ważne, za jakie grzechy to nas spotyka. Aha! No tak! Jeszcze tylko musimy coś zrobić z tą beznadziejnie głupią piosenką, wymyśloną za biurkiem jakiegoś buraka… Spoko, spoko, trzeba się pozytywnie nakręcić!

Niepostrzeżenie zegar wskazał piątą po południu. Już od dwóch godzin w naszej szkole królowała ekipa telewizyjna. Telewizja przywiozła nie tylko stanowisko transmisyjne i kamery, ale także podwieszane konstrukcje, oświetlenie, kłębowisko kabli, mikrofony, ekrany akustyczne. Dla nas jednak najciekawsze były elementy wystroju, które okazały się być wnętrzem klasycznej opery późnobarokowej. No i ogromny telebim, podłączony do blisko pięćdziesięciu studiów telewizyjnych w różnych krajach Europy. Wszystko to sprawnie zmontowano i przetestowano. Nasza sala gimnastyczna zamieniła się w profesjonalną scenę muzyczną, z pięknym wystrojem. Jeszcze tylko dyrygent, muzycy, chór… 

No to pięknie. Rokokowe wnętrze opery, a my mamy się przebrać za biedronki. Po prostu koszmar! Nawet nasza wychówa przyznała, że chyba coś jest nie tak… 

‘Pewnie, że jest nie tak. Też nam odkrycie’ — skwitowała zgodnie cała klasa. 

‘No, już dobrze, już dobrze, wszyscy idziemy się przebrać’ —zakomenderowała pani dyrektor. 

I pierwsza weszła do szatni, robiącej dzisiaj za garderobę. Co działo się potem, nie łatwo opisać. Gdy tylko otworzyły się drzwi naszej garderoby, z wnętrza buchnęło nieprzyjemnym słodkawym zapachem czegoś, co czuć zazwyczaj w bramie tej starej kamienicy za naszą szkołą. Zaraz potem usłyszeliśmy straszny ryk pani dyrektor, którą być może ktoś właśnie obdzierał ze skóry. Wybiegła jednak stamtąd cała i zdrowa, otrzepując swą piękną galową suknię z jakiegoś żółtawo-słomkowego płynu. Za nią wyskoczył prosto na nas wielki bury kundel, z pasemkiem białej sierści na grzbiecie. 

‘Coooo toooo maaaa znaaaaaaczyć!?’ — darła się nie na żarty pani dyrektor, a jej krzyk wzmagał się wraz z coraz to intensywniej wydobywającym się z naszej tymczasowej garderoby fetorem. 

Szybko zamknęła drzwi, blokując własną piersią dostęp do szatni przybyłym już do szkoły dziennikarzom. 

‘Kto ich tu wpuścił… To znaczy, kto go tu wpuścił, tego psa?’ — zwróciła się do pani woźnej, ale nasza pani woźna nic nie mogła z siebie wyjąkać, tak była wystraszona. 

Pies tymczasem zniknął bez śladu w zakamarkach sali gimnastycznej. Rozumieliśmy, że jeden problem mamy z głowy. Nasze biedroneczki nie są już w kropeczki, i z pewnością wcale nie chwalą tego sobie. Fajny ten psiak! Szkoda, że nie ma z nami Ani i Jarka. Byłoby pełne zwycięstwo! Zamyśliliśmy się wszyscy nad losem klasy, nad przyjaciółmi, nad dziwami tego świata. A więc pierwszy malutki sukces. Wystąpimy tak, jak stoimy, czyli w dżinsach, polo, mini, sandałach, trampkach. Bez tej sztucznej szmiry, bez tandety. Głosów możemy nie mieć zbyt normalnych, to znaczy nadających się do śpiewania, ale przynajmniej będziemy ubrani jak ludzie. Psu należy się za to kilo pachnących parówek! Kiełbaski trzeba zwędzić pani dyrektor z lodówki, z jej gabinetu. Najlepiej zaraz po występach, kiedy odwiozą ją do szpitala. Bo że odwiozą ją do szpitala, to jest pewne na sto procent. Jak zwykle w trudnych sytuacjach nasze ciało pedagogiczne dostaje arytmii serca. Serduszko naszego ciała raz głośno wali, raz ledwo dyszy, a czasem nawet sobie nic nie robi, co jest podobno niebezpieczne dla całej naszej szkoły. 

Zaraz po incydencie w niedoszłej garderobie, a może w przyszłej toalecie, na salę weszli odświętnie ubrani zaproszeni goście. I rodzice. Wpuszczono tylko rodziców z naszej klasy. A w grupie gości przybył jakiś ważny grubas z rządu. Facio full wypas. Garniturek, obstawa. Ktoś posadził go w pierwszym rzędzie, na miejscu zajętym dla ciała pedagogicznego. Rzeczywiście gościu musiał być ważny, bo wcale się nie pytał! A nasza pani dyrektor to nie miała nic do gadania. Absolutna rzadkość. Nawet nie mogła podejść do tego miejsca i zabrać swojego wielkiego kapelusza, z rondem pełnym świeżych kwiatów i zeschłych liści. Cóż za piękne symbole. Nasze ciało pedagogiczne jest tak samo tragicznie romantyczne, jak wciskana nam w szkole literatura. Na ten kapelusz usiadł sobie w najlepsze jakiś inny ważny rządowy goguś, podobno minister edukacji. Zerwał się zaraz na równe nogi, trzymając się za pośladki, bo usiadł akurat od strony ostów. Nie potrafił jednak powyjmować cierni, a nikt nie kwapił się z pomocą. Dopiero pani woźna odważnie wkroczyła do akcji, rozpychając na boki krzepkich osiłków z ochrony, którzy nie chcieli jej przepuścić. Wyjęła temu ministrowi trzy wielkie kolce, czemu trzykrotnie towarzyszył bolesny jęk. Kapelusz pani woźna zabrała, by oddać pani dyrektor, ale nasze ciało pedagogiczne udawało, że tego nie widzi, zajęte jakąś rozmową. Wiadomo. Wstyd mieć taki kapelusz, a jeszcze większy, gdy jest zdekompletowany i publicznie legalnie rozgnieciony. I to przez rządowego frajera!

Rodzice usiedli w dalszych rzędach. Byli odświętnie ubrani i uroczyści. Nie za bardzo wierzyli opowieściom swoich dzieci, że będzie wielka klapa. Nie chcieli żadnej klapy! Oni marzyli, że nasza klasa odniesie zwycięstwo… Pomimo zakazu przynieśli telefony komórkowe, żeby móc wziąć udział w głosowaniach. Nie dopuszczali do siebie myśli, że przecież nie będą mogli głosować na własny kraj. Ktoś nawet wymyślił, żeby na nas głosować przez łącza zagraniczne. 

‘Ale to przecież nieuczciwe’ — podsumował głupi pomysł Alex, który wszedł do środka razem z Abą i rodzicami, z głębokim przeświadczeniem, że na występ przyjdą Ania i Aga. 

Pojawili się także rodzice Jarka, zrozpaczeni, zagubieni w tym uroczystym zgiełku, nadaremnie szukając wzrokiem swojego syna. Wypatrzyli ich zaraz dziennikarze, probując dopytać się o odczucia, nadzieje, plany. Oni nie chcieli jednak rozmawiać, zbyt zmęczeni tym wszystkim. Tata Jarka dopiero co przyjechał prosto z Londynu, a mama ledwo stała na własnych nogach po nieprzespanej nocy. Na szczęście dla nich włączono telebim i dziennikarze dali im spokój. Spikerka zapowiedziała połączenie z Interwizją. Rozpoczynał się  międzynarodowy konkurs.

Jakaś belgijska wielka orkiestra symfoniczna zagrała Odę do radości Ludwiga van Beethovena, hymn unijny, a potem wylosowano kolejność prezentacji i głosowania. Nasz kraj otrzymał numer 13! Jakby dotychczas mało było nieszczęść, to jeszcze to! Przeklęty numer 13. Wszyscy wiedzą, że trzynastka i czarny kot wróżą nieszczęście. Wprawdzie kota jeszcze nie było, a może nawet nie będzie, jeśli nadal jest gdzieś tutaj ten bury kundel, ale numer 13… Straszne! Wszystko przeciwko nam. Zniknięcie Ani, jej siostry i Jarka, ta głupia piosenka, beznadziejny stan naszych głosów, zgnieciony kapelusz ciała pedagogicznego, węsząca dziennikarka z “Wyborczej”, ta trzynastka… Brak czarnego kota nic tutaj nie zmienia.

Pierwszy ma wystąpić chór ze Szkocji, a ostatni z Izraela. Już na telebimie w krótkiej migawce zobaczyliśmy chłopców w spódniczkach i podkolanówkach, którzy mówili o rocznych przygotowaniach do konkursu, a zaraz potem w murach starego zamczyska Culzean na krawędzi nadmorskiego klifu rozbrzmiewał gregoriański chorał. Przepiękny. Do tego niesamowite otoczenie, średniowieczne stroje. Absolutny, super superowy przepych. To robiło wrażenie, nie ma dwóch zdań. Nasze ciało pedagogiczne westchnęło tak głośno, że reżyser transmisji przez głośniki skomentował to westchnienie, aż się pani dyrektor cała zrobiła czerwona, jak rzodkiewka. Może w końcu dotarło do szanownego ciała, że taki konkurs, to poważna sprawa? Że sala gimnastyczna, z całym szacunkiem dla pana od wuefu, to absolutna kicha? A ten tydzień szarpaniny, wymuszania na nas nie wiadomo czego, to zwyczajna ślepota. No, i teraz czeka wszystkich obciach. A najwięcej nas, Bogu ducha winnych muzycznych beztalenci. Reżyser przez głośniki poinformował, że prezentacji naszego chóru dokona pani dyrektor szkoły… Że już tydzień temu były nagrania w telewizyjnym studio… I że to trochę szkoda, bo wszystkie prezentacje z innych państw prawdopodobnie dokonane będą przez samą młodzież, a nie przez ich wychowawców. 

‘No, ale nic już nie można z tym zrobić. Za późno!’ — reżyser nie umiał ukryć rozczarowania. 

Wszystkim nam zaczęły zaciskać się szczęki i dłonie. A więc to tak, potajemnie ciało pedagogiczne zrobiło sobie autoreklamę! Naszym kosztem! Ania i Jarek mają szczęście, że nie muszą znosić tego wszystkiego. Nastroje w naszej klasie były coraz podlejsze.

Im dłużej trwał konkurs, tym bardziej stawało się jasne, że wszystko, ale to dosłownie wszystko było z nami nie tak. Chóry z innych krajów miały dopracowany każdy szczegół. Ich członkowie byli w strojach z epoki, a otoczenie, w którym występowali, to albo piękne wnętrza zamków, albo jeszcze piękniejsze pałaców. Wszyscy śpiewali stare pieśni, średniowieczne i renesansowe, głównie po łacinie. A my co mamy zaśpiewać? ‘Biedroneczki są w kropeczki’? A może już lepiej ‘Wlazł kotek na płotek’? Żeby wszystko od razu było jasne. Zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że wypadniemy poniżej krytyki. Nawet, gdy będziemy nie wiem jak się starać, nic to nie pomoże. Chyba, że jakiś cud…

I wtedy, ku zaskoczeniu samego reżysera transmisji, na telebimie pojawiły się Aga i Ania, na dodatek z psem, zupełnie podobnym do tego burego kundla z garderoby! Zamiast ciała pedagogicznego dwie urocze siostrzyczki, autorki ostatniej, niezłej księżycowej draki. ‘O kurcze, ten pies, patrzcie na tego psa!’ — cisnęło się nam wszystkim na usta, ale nikt nie odważył się tego głośno powiedzieć. Rodzice Agi i Ani aż wstali z wrażenia, razem z Abą i Alkiem. Pani dyrektor chwyciła się za serce i z jękiem rozpaczy opadła bezładnie na fotel. A cała klasa, chcąc nie chcąc, wyszła na scenę. Błysnęły reflektory. Reżyser zarządził ciszę. Zaraz będziemy śpiewać. Na żywo. Serca zaczęły walić nam tak, jakby chciały roztrzaskać całą szkołę. 

Tymczasem Aga z Ania obwieściły całemu światu, że nasz chór nie zaśpiewa Biedroneczek, bo taką piosenkę to mogą sobie zaśpiewać jakieś tam przedszkolaki, ale nie my. I że nie będzie strojów, bo je pies zasikał. I że zaśpiewamy w sali gimnastycznej w naszej szkole, bo nasza szkoła jest najbiedniejszą na świecie, na nic nie ma pieniędzy, ale sala gimnastyczna też może być, bo jest w dechę, tak jak nasza klasa, jest the best. I że nie zaśpiewamy starej pieśni, bo nie, i już. I że w tej sytuacji najlepsza dla takich bezforsiastych chórzystów jak my jest piosenka Tewji Mleczarza z Anatewki, ze ‘Skrzypka na dachu’… 

Słysząc te słowa pan dyrygent rzucił ze złością swa pałeczkę dyrygenta i demonstracyjnie usiadł na podłodze. Tego jeszcze nie było! Międzynarodowy koncert, a tutaj, proszę, pies zasikał uniformy, dyrygent siedzi na podłodze, a pani dyrektor nadal bezwładnie zwisa z poręczy fotela. Za to pan minister edukacji podniósł się energicznie i próbował oświadczyć, że wycofuje nasz zespół z konkursu, ale słowa uwięzły mu w gardle, a właściwie zamiast słów zawył jedynie z bólu, capnięty boleśnie w pewne intymne miejsce przez wyrosłego nagle spod ziemi burego kundla.

‘Co tutaj robi ten pies!?’ — krzyknął reżyser transmisji, gdy po chwili bury kundel znalazł się na środku sceny, a za nim wybiegły przed kamery dwie siostrzyczki, Aga i Ania, z elektrycznymi skrzypcami w rękach. 

‘Heja, spokooo!’ — krzyknęła Ania, a Aga podniosła z parkietu pałeczkę dyrygenta i włożyła ją kundlowi w pysk. 

No, a wtedy pies stanął na dwóch łapach… Przed symfoniczną orkiestrą. 

‘Ooo Booże, trzy, dwa, jeden, wchodzimy!’ — ledwo zdążył krzyknąć pan reżyser.  

Rozpoczęła się transmisja na żywo. Elektryczne skrzypce w rękach siostrzyczek śmigały, aż w uszach drżało. Wielki kundel machał pyskiem w takt melodii, najwyraźniej dyrygując całą orkiestrą. Wielu muzyków z wrażenia zaniemówiło, ale stopniowo przyłączali się ze swoimi instrumentami, tworząc nowe, bogate brzmienia. Nasza klasa wprost oszalała. Do dzisiaj nie wiadomo, skąd my znaliśmy słowa tej piosenki. I w jaki sposób nagle z naszych gardeł wydobywały się tak czyste, szlachetne dźwięki. I skąd ten taniec, te układy choreograficzne? Ania z Agą prześcigały się w wirtuozerii, cały czas grając, tańcząc, śpiewając. Czy one kiedykolwiek wcześniej to robiły? No, nic nikomu na ten temat nie było wiadomo. A ten bury kundel, czy to jakiś cyrkowiec? Skąd one go wzięły? I jak to możliwe, że ten pies dyryguje, podryguje, stoi na tylnych łapach podpierając się od czasu do czasu własnym ogonem? Tego świat wcześniej ani nie słyszał, ani nie widział. Całkowity odlot! Pierwsza klasa!

‘…Zbudowałbym dom najwyższy na świecie, w samym by sercu miasta stał, a schodów byłoby bez liku w nim, okropnie dużo w górę i ciut ciut w dół…’ — melodia płynęła jak modlitwa. 

Bo nią była. I my to czuliśmy. 

‘Gdybym był bogaczem, ja ba da ba da ba, ja ba da ba da, to byłbym właśnie ja…’

Zbliżał się już koniec czasu antenowego, ale nasza klasa wcale nie chciała przestać, chciała jeszcze tańczyć, śpiewać, grać. Wszyscy oszaleliśmy ze szczęścia. Występ dobiegł jednak końca, chór ukłonił się przepisowo, a orkiestra wstała i biła brawo buremu kundlowi. Pies najwidoczniej nie był jednak łasy na oklaski. Wybiegł szybko przez uchylone drzwi i nikt go więcej nie widział.

Wszyscy wzajem gratulowali sobie sukcesu. A sukces był wielki, bo kolejno od poszczególnych krajów nasza klasa dostawała największą liczbę możliwych punktów i jeśli jeszcze Izrael da nam maksymalną ich ilość, to zwycięstwo murowane! Po chwili wszyscy płakaliśmy jak jakieś małe dzieci. Pierwszy raz w historii Interwizji zespół zgromadził komplet możliwych do zdobycia punktów. W szale radości nikt nie zważał na naszą panią dyrektor, która nadal leżała zemdlona na swoim fotelu. Zaledwie jeden chłopiec zatroszczył się o nią. Podszedł do niej i podsunął pod duży pedagogiczny nos kawałek jakiegoś brudnego materiału. Ciało pedagogiczne ocknęło się natychmiast, jakby dzwonek obwieścił koniec dużej przerwy. 

‘Co się tutaj dzieje!? Jarek? Jarek, co ty tutaj robisz? Marsz do chóru!’ — warknęła pani dyrektor, zupełnie zdezorientowana, trochę spłoszona aplauzem zebranych w sali osób. 

Jarek wybiegł na scenę. Chwycił mikrofon.

‘Mamo, tato, kocham was, nasza klasa jest the best!’ — i rzucił się w ramiona Ani i Agi, drąc się w niebogłosy, jak to zwykle bywa w jego przypadku.

Musiał jednak natychmiast wyrzucić do garderoby ten kawałek materiału, którym ocucił panią dyrektor, bo nasza klasa nie mogła już dłużej wytrzymać. 

[w:] Isaac Jacobovsky, Opowieści z Hurt Sateri. Maszynopis, Edynburg 2007, ss.9–41