Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
Tom 2, W ogrodzie nadziei, Portrety i alegorie
Koń, koń! — jak pajaca go ubrali
patrzcie, patrzcie! skrzą się guzy na uprzęży
i pod gardłem umocowane powrozem
skrzą się brunatnych pajacyków gardła
patrzcie! koniska-ludziska i dziwujcie się na te cuda
cudeńka
na te błyszczące oczy, co są upstrzone insercjami
albo na te dorodne z podbrzusza kaktusy
A co by było nie po waszej myśli
nie po słowach wiernych i czynach publicznych
— doczepcie na doczepkę, nie bójcie się skargi
doczepcie jakąś śmieszność, jakąś mądrość sprzeczną
dorzućcie coś podłego, by się krwią rozlało
to świństwo końskie jak drukarską farbą
Krzyczcie, krzyczcie! zabawiajcie tłumnie
gdyście głupcy lub grajcy nieświadomi
Epikońscy w wysokich butach ciemnej maści
kiedy przyjdą, jęczał będziesz jeden z drugim
żeś ty prosty jak koń
Konina! padlina! jeden z drugim
i prości dwaj jak koń
Koniu galopujący w porannym cieple skóry
wysłuchaj mnie
Koniu orędowniku łanów zbóż i grzyw
bądź mi łaskaw
Rozmowa z tobą nie jest roszczeniem
biorącym przewodnictwo pośród marzeń sennych
od myśli wysuszonych na łące płóciennej
z której twój furman skradnie nieco na lichą siermięgę
by i ciebie w siermiężną odziać metaforę
W nieskończoności twojego kłusu widzę
skromność twych mięśni wznoszących się i wznoszonych
ponad kark drogi rozstajnej
gdy z stępa czas wymijasz, czujnie uchem strzygąc
w mą nikłą przestrzeń dowolności
jakże dowolny jest z tobą czasu ogrom
Nie jest roszczeniem ta rozmowa o wyłączność
w kreowaniu świata
(co mąż Arystoteles czynił nazywając ciało
“Diafragma jest w pobliżu żeber więcej umięśniona
i silniejsza;
służy do oddzielenia okolicy otaczającej żołądek
od części okalającej serce
aby osłonić naczelny organ duszy zmysłowej
przed jakąkolwiek szkodą”)
Nazbyt nieznane jest mi końskie wnętrze
Koniu przeczuwający traw zapomnianych soczystość
wyzywam cię
Nazbyt nieznane jest mi końskie wnętrze
albowiem twoje wizerunki z drewna lub kamienia
wizerunki z metalu czy z żyjącej kości
w wielości swojej jedne i jednakie podobieństwu ciebie
Więc nie jest roszczeniem rozmowa z tobą
o wschodzie Słońca kiedy świt nadchodzi
właściwszy od zachodu
bo wówczas raźniej schylać nozdrza
po zapach ziół przydrożnych
w wędrówce wiecznej pielgrzyma
Ty, kiedy będziesz umęczony kurzem pragnień nieziszczalnych
w drodze
wtul się w samotną kapliczkę, w jej szantung
i krocz w nieskończoność wyobrażeń
aż do zmroku
Gdy nazwą cię pustelnym koniem
zbierz okoliczne głazy, by w ich kręgu wzniecić ogień czerwony
zwiastujący świt
Kiedy wygrzejesz się już do syta
— do swojej wiecznej stajni ruszaj
bo zmierzch bliski jak batem sięgnąć
Rozmowa z tobą bywa roszczeniem:
Koniu, bądź wolny! ruszajmy
Znam dwie końskie pory roku
Pierwsza pora od anioła, co skrzydlaty jest jak wróbel
zmykający przed złym niebem, ciemniejącym i skrzypiącym
gradem chłodnym, oziminą
rżysz ty wówczas między rżyskiem za zajęczym słupkiem szarym
lecz wiatr smyczkiem zagrał szelest
usnął zwierzak w kępie olszyn
ptactwo klucze zrabowało do ciemnego horyzontu
sam zostałeś pośród liści, tak bogaty, jak ubogi
mróz już opadł na kark zgięty
Pierwsza pora od anioła — pora czysta
znojna trudem
Druga pora od szatana, jest kudłata i wesoła
w polu rośnie zboże jare, w sadzie owoc huśta drzewem
z fury jarzyn marchew zjadasz, wronom dajesz uszczknąć niwy
placków z gryki, ze szmat stracha
diabeł stary jest, zleżały — pot mu cieknie po ogonie
nie ma mocy ludzi straszyć, kiedy w nocy śpią przy tobie
wszystkie lasy, wszystkie pola o tej porze śnią w twej furze
nie o truflach i szarańczy, o miękkości śladu w ziemi
Druga pora od szatana — pora widna
nie świetlana
Znam dwie końskie pory życia
tę przed nocą
i bezsenną
Gdy ciebie fakir żebrzący
derwisz, pokutnik ascetyczny
oddający się praktykom kuglarskim
rzemieniem swoim dosiadł i myślą
gdy, grzeszny i niebaczący na symbol podkowy
potomków twoich chce w inkubatorze wychowywać
na małe, potulne, kieszonkowe stwory
Ty wówczas, ty teraz upodabniasz się do wędrowca
szukającego nie spalonej trawy
Jeśli znajdziesz twarz człowieka
pomiędzy mchem
to tylko ze zjeżoną sierścią uniesiesz
chrapy gąbczaste i dwa rzędy zębów
rozewrzesz w pysku
na podobieństwo swojego przerażenia
Lecz przerazisz się jedynie ty sam
a nie zbudujesz z tego ni prawości
ani życia na podobieństwo moje
Żebyś chociaż tratować umiał pancerną podeszwą
kowadło, kuźnię
kowala
Na przykład małżowina
Biegałem nierzadko w kółko by
dociec otworu dźwięku, tego tajnika
rżenia
pamiętasz? ty także z wolna i nieodzownie
udoskonalałeś kierat
potrzebna ci była energia, jej wielkość lecz
i ona nie wyzwoli sterczącego ucha
z gawiedzich pokrzyków wron, kruków
przyjaciół głuchoty na stukot podków
Wiem, wiem — nie ulecę, nie ulecisz choć
doprawiają ci skrzydeł dwakroć więcej ważących
od sterty konopii
i krzyczą uradowani świątobliwi pegaz
A na spiralnych krawędziach
spoczywa sucha zmarszczka rzemiennego bata
by panienki i przemilczani kuglarze w kieracie areny
nie podupadli
Z twojego galopu lub kłusu wprost
w małżowinę uszu
spójrz, jak one ci sterczą
Rzezie czy lubisz?
lub — będąc poddanym, czy zwyciężyłeś w walce
wrogów wroga twego?
Zrywałeś się już nieraz w wigorze kartaczy
do czynów mężnych, nikczemnych zarazem
(tak tratowałeś pielgrzymów poezji)
i nie raz jeszcze wstaniesz z zadem krwawym
na łące, której trawę skryły cielska pogodzonych
byś dla nóg swoich nie zdołał odnaleźć
wsparcia na ziemi
Ból, gdy jest pobojowiska cząstką ostatniej modlitwy
niczym służby polowej psalm o świcie
ból taki, co nie urwie się za chwilę z braku serca
lub z nadmiernego ciężaru żelastwa i złota
w przeciwieństwie do tego, który kona właśnie zaskoczony
zmierzchem śpiewającym
A może ból ten broni cię przed innych bólem wiecznym
Kiedy pytam, czy rzezie lubisz
ty długo milczysz — spienionym pyskiem czoło chłodzisz
powalonego śmiertelnie pielgrzyma
twoja pokora jest boleśnie dumna
Gdy orzesz
twoje płuca wdzierają się w opary
bruzd
zachłystują potęgą wolności
skiby jednej
potem następnej, następnej
umysł niebywale napręża swoją uprząż
a ona zapłakana rosą przyszłego owocu
sieje tak zwaną wolność w czasie i przestrzeni
przemijania ugoru
Skibę wszelkie ptactwo poniewiera
glisty krwawe łowy na ideał bruzdy popełniają
i ty jedyny tylko w to wszystko wstępujesz
zmęczonym posłuszeństwem
A gdybyś miał ochotę biec na przełaj
nie zważając na bezduszność i ograniczoność gleby
i gdyby nikt nigdy nie ustalił
tożsamości twych kopyt
(pytasz: po cóż biec, spieszyć do kogo, do czego
na przełaj dlaczego?
no właśnie)
lub, gdyby nikt nigdy nie dogonił
zapachu twojej skóry
Kiedyś skarżyłeś się u źródła
że nie wiesz, czy orząc użyźniasz
czy też wyjaławiasz
— a biegnąc — czy obraz twojej podobizny w twarzy wody
cię przyciąga, ciebie gna
że nic nie wiesz w sprawie autentyczności
tego jedynego, obok snu
uprawiania
— I niech cię moje milczenie nie potępia
oraczu
Tyle razy widziałem jak
stałeś lśniący w strudze deszczu
i w ciężkim oddechu piorunów
Odgadnąć twoje myśli nie sposób
a jednak
widziałem jak
biegłeś w rydwanie ognia i popiołu
Anaksymandra wiarę wzniecałeś z gromem
na poły koniem byłeś i herosem
bogiem
żadna niejasność chmury, konsystencja wody
nic nie mogło oprzeć się twojej mądrości
Gdy tak stałeś pod gołym niebem opuszczony
dumny nieomal
z tragiczności stania bez woźnicy lub może z deszczu
niszczącego stare filozofie
gdy tak stałeś nie wyjaśniony
na miarę pomysłu
imitacji trojańskiej twojego wnętrza
zdawało mi się chwilę, że biały język nieba
wybiela twoją sierść żywą i kości
(a to liść jedynie zwiędły pomylił kark twój
z jesienną zadumą)
zdawało mi się, że kości sypią się w cień
twojego stania
Patrz! odnalazł się woźnica w deszczu
by batem przypomnieć o roli ruszania;
czy wiesz, koniu, o czym on myśli, twój woźnica?
o rozumianym rydwanie ognia i popiołu
Pamiętasz?
Dawno, dawno — nieopodal dobrego miasta pasł się
nienagannie biały rumak
któregoś wieczoru ludzie przedmieść pytali
na łące cóż za płomień jak piekielny zwiastun
i zaraz szereg gromnic, pochodni, kaganków
i przestrach twarzy palonych pokorą
w rytm klekotek wyruszył pod tak dobre miasto
gdy doszli, ujrzeli konia stojącego w nowiu
we krwi skrzepłej całego, bez skóry, bez łba
Lecz wśród tysięcy wiernych nie było choć jednego
który by z siebie wyrzekł myśmy to przecież
białego rumaka za czystość w nowiu obnażyli
Nazajutrz ze skóry białej konia
garbarze i mnisi narżnęli rzemieni
żeby wieszać zuchwałych, co by tak czyści byli
i niezależni
jak wszyscy spoza szumnie dobrych miast
I jak tu druhu nie być bezradnym
na bielmo dnia i noc pokutną
trzymaj się z dala pamiętnych wieczerzy
Nie wyrzekaj się śladów swoich, nie wyrzekaj
wiatr je zetrze z pamięci biednych i niepamiętliwych
i nie osłaniaj oczu piaskiem sypkim
i nie zanieczyść źródła ciernią słowa
nie jesteś ty refrenem pieśni z Salomona
nie jesteś przecież murem jego i pałacem srebrnym
A nie wyrzekaj się, śladów moich nie wyrzekaj
bo moje wzloty wielkie i nad nie spadki moje
i ze mnie przenajświętsza magia liczby siedem
zza gór i lasów — za eden bajeczny
bo nie dojrzysz, co mógłbyś dojrzeć
— więc nie napinaj szyi na kształt żyrafy płonącej
w tabernaculum ogrodu przyrodniczego
(Lub, gdy Hektor żertwienny ołtarz tobie pozostawił
nie wyrzekaj się trojańskich ciał)
A nie wyrzekaj się śladów braci i sióstr pytających
odpowiedź zmarli znają i nie narodzeni
i nie oczerniaj myśli czarną myślą
ani oddzielaj głowy od serca swą piersią
gdy jesteś w swoim kształcie
lub, kiedy na przedpolu milczysz
Więc nie wyrzekaj się milczenia
ono pomieści w sobie ślad
Jesteś czasami dziecinny, wprost drewniany
gdy tulą twoją pierś bujaną na biegunach
maleńcy powiernicy zabaw
i jesteś wówczas kolorowy
zmieniasz się w smoka
w antylopę
zamieniasz w dywan latający u pustynnych stadnin
iskrzysz podkową złotą
prósząc diabłu nieziemskim ogniem — dziecięco jesteś
w antypodach siebie
A jesteś często nazbyt skory
do gonitw wielkich i odwiecznych
obnażających nikłość instynktu ludzkiego
w typowaniu na ciebie
tu nawet repasaże nie są w stanie
oddalić niebezpieczeństw życiowej przegranej
ten wyścig z tobą o ciebie
przecież bez twojej aprobaty, bez twojej obecności
jak dognać ciebie, w galopie osiąść i wspólnie wyrwać
furtkę boksu? wspólnie wyzwolić przestrzeń wolną?
Bo jesteś także zwykło-szaro-dzienny — więc jaki jesteś
gdy się wyjaśniamy?
W tobie, wiedz
sto pytań bez odpowiedzi
a tych sto w pytaniu
jednym
A kiedy miniesz już czas miniony
i lustro łąki nie pokaże
cienia lub szkicu twej postaci
ani poruszy się wspomnieniem
pod myśli wiatrem świeżym
Ty smutny jesteś
dreszcz cię deszczem rosi
jak południowe stoki połonin padalce
Gdy poznasz już drogi, zdałoby się, znane
a nie odnajdziesz Dedalowej ścieżki
(byś mi nie pomarł z moim w oczach bladych
doświadczeniem)
bo drogowskazy w głąb ziemi wskazują
bezdroża znacząc i trakty cmentarne
— jak gniazdo orła nad kanionem śmierci
znaczy miejsce bezpieczne
trwał będziesz
Ty łeb opuszczasz, suchy grunt roztrząsasz
jakbyś chciał studnię znaleźć — skrytą ugoru
rozpustnicę
Gdy myśl twoja dorówna wszystkim wyrażonym
Ty kręcisz już piruety
pod łukowatą kopułą świata
(a zapożyczony nie obronisz się
przed zarzutem wtórności czy eklektyzmu)
depczesz brutalnie po urwanym
słowie
narażasz się zachwytowi lub
o śmieszność siebie posądzić możesz
Gdy wola twoja będzie w końcu wolna
a wolność tylko marzeniem świadomym
Nie będziesz miał większego
ponad niewiedzę swoją
Tom 2, W ogrodzie nadziei, Szalerek
Przekraczaj przykazania jeśli znaczą zgliszcza
dym pożogi wypala tajemne przestrzenie
kruchtowe nisze napełnia goryczą
rozpacz z gniewem się miesza i oślepia oczy
tajemna przestrzeń zwinięta w rulony
papirus żółknie od hałasu broni
zdumiewa tylko zaduma poety
Poeta czyta ciszę przytyka swe ucho
kładzie przy wietrze nozdrza dla czarownych woni
dłonie poety biegną strunami prostymi
struna przy strunie cieszą ciało graniem
myją przybyszom stopy i karmią żołądki
przyciągają kobiety kuszą czystą duszą
Każdy dźwięk po horyzont przekracza horyzont
twarze kobiet jaśnieją na przekór ciemnościom
głębokie studnie oczu znów wypełnia wilgoć
piersi kwitną w domostwa bezdomnym mężczyznom
Jeszcze tylko poeta do domu nie wraca
chce nakreślić ulice place i fontanny
rozumie, że pomniki miejsca ciemnych schadzek
trybuny lichym kłamstwem rozsadzają mózgi
wie, że nie wystarczy na znaki kolorów
malarzowi co zasnął przy akcie z boginią
Zielone zgliszcza pijane gołębie
rewolucyjny zamęt znów miesza idee
i tylko rzeźbiarz trzyma skamieniałe dłuto
tylko poeta goni dźwięki struną
kobietom w cieniu układa piosenki
Poeci przekraczajcie cielesność swych kobiet
poezjo ześlij im lekkie nagości
Poeci bierzcie cięższe słowa
wasza niewiedza urodzi milczenie
poeci ulicznicy sadźcie wonne zioła
leczcie woskowe twarze i woskowe karki
słowom każcie roztopić co podle zastygłe
Poeci brzuchów kalecy i głusi
strwożeni z trwogi nie patrzą oczami
nie widzą sercem kurczą swe sumienia
drętwe ich dusze a mózgi wytarte
ręce świeżo robione ostre jak naboje
toczą armatnie kule kulawe armaty
poeci prochu poeci służalcy
Poeci igrzysk twardzi pancernie
wodę święconą mieszają z szampanem
często się myją i robią w klozecie
czasami w nocy wiedzą że to koniec
próbują spisać słowa miłowania
a w ten czas późna wiedza spóźniona nauka
prorok fałszywie sensem nazywał burzenie
Przecież wystarczy żyć z życia ulicy
a przecież starczy sadzić wonne zioła
nie zapominać śpiewać pieśni życia
słowa wyrywać dłońmi z rannego podwórka
rzucać do nieba
Poeci słów poeci modlitw
zaświadczcie wiedzą pamięcią wierszem
odkryjcie w rytmie najważniejsze miejsca
i krzyk zamieńcie w miłowanie piękna
Poezjo poddaj się poetom
poezjo prawdy i prostoty
poeci bierzcie wiotkość waszych kobiet
kobiety są jak zapomniane zioła
Poezja nie jest opium
łamiącym ludzką wolność
Poeta niesie srebrny deszcz
w mansardy wykusze sienie
wzbudzając w nich nagłe piękno
zwiastuna doskonałej proporcji
Słowa na stromych dachach
wśród świetlików gąsiorów
rozpalają w kominach
starymi dekretami
Ogień zajmuje domy
odurza blaskiem tłumy
w zaułku kapuś z szują
spisują listę imion
Poeto! Nuć swoją strofę
na wszystkich rogatkach miasta
jej dobro kiedyś rozgrzeje
ten podły świat
Unikaj bękartów wolności
pochlebców i nieuków
oni gotowi są zabić
za metaforę
Wsłuchuj się w szepty kobiet
by w porę wyczuć niepokój
wyprzedzający kolejny atak
pancernych kolumn
Twoje słowo zostanie zniszczone
tłuszcza podepcze je ochoczo
zasiedlając każdy kąt domostwa
Stracone wiersze bez wolności!
przestrzeń utkana z nienawiści
wykreśli takich jak ty na zawsze
a doskonałe zniewolenie
codziennie będzie ci wtłaczać w głowę
slogany z obcego świata
Lecz ty pamiętaj o poezji
bo wiersze mogą wszystko zmienić
wchodząc z muzyką w tajne związki
— a kiedy będzie już po wszystkim
zaproś do domu ulicznicę
pierwszego świadka twej wolności
Słowo za słowem ułóż w pieśni
krągłe jak puklerz jej warkocza
przewyższający zapachem każdą muzę
Używaj wszystkich zmysłów
szukaj dźwięków, smaków i barw
atawizm nie powinien być ci obcy
Bóg ukrył twoje archetypy
w świetle i wodzie
Nie podwijaj wysoko nogawek
gdy brodzisz w rzece życia
doskonałość nie musi być abstrakcją
lilie, które trzymasz w naręczu
nigdy nie umrą przy tobie
Nie czekaj aż przyjdzie wiosna
by mnożyć ludzkie wrażenia
w przybrzeżnym sitowiu
bo wiosna może nie nadejść
nie bacząc na twoje zdziwienie
Pamiętaj o małej rybce
rządzącej całym światem
którą Bóg tak jak ciebie posłał
z misją trzymania w ryzach
szaleństw nieokiełznanej natury
Nie potępiaj wszystkich w czambuł
taka droga nie jest wcale twórcza
tradycja jest kosmosem w twojej głowie
utkanym z wielu Boskich idei
nierozpoznanej prawdy
Odrzucić obłudę i fałsz
sercem i myślą pokaż kanon piękna
rozsadzający prostotą zło
pisz lewą i prawą ręką
w lewą i w prawą stronę kartki
Byłem na twojej ulicy
na próżno wyciągasz swoją szyję
na próżno naginasz karku
milionowy poddany
miliardowo palczasty
na próżno mylisz krok
Poezja bez poetów
tuli się w poły murów
w lśniące warkocze rynien
wrasta żelazną pieśnią
przytula piwniczne okienka
jedyny ratunek przechodnia
Zaraz zielone rzędy wierszy
korzeniami rozedrą powłokę miasta
i tamta brzemienna kobieta
zedrze z siebie szczęk gąsienic
zrzuci z gardła przeznaczenie
by raz jeszcze rodzić bohatera
Poeci bez poezji
pijani urokiem śmierci
rzeźbią symbole i mity
hodują szerokie kobiety
wypełniają je prochem palnym
Pokolenie bez pokolenia
na światłych akademiach
cieszy się miałkim zdrowiem
nosi paradne krawaty
bezpłodne myśli i czyny
Tylko ty na próżno dałeś głowę
jestem teraz na twojej ulicy
widziałem jak ginęła płonąca żyrafa
słyszałem twój ostatni krzyk
muszę tylko przeskoczyć za ten parkan
podzielę się twą myślą — będą składać pieśni
Myślisz myśl, myślisz wiersz
myślisz obraz
leżysz na drodze
pooranej gąsienicami pomarszczonej
(śnisz o kobiecie
gdy tymczasem zajęli już pierwszy dom)
Parę zagubionych dusz
twoich przyjaciół
przyczaiło się w rowie
są blade i bezradne ich kształty
przypominają krzyk
— przestrzeń ogranicza historia
zamordowanego życia
Uważaj! właśnie mija cię elegancki
pan w różowych rękawiczkach
dobrze skrojony biały uniform w różowe
krwinki
uważaj na myśli
które wyrywają się w krainę samych możliwości
uważaj na ręce nie odcięte oczy nie wykłute
na głowę broczącą
Pamiętasz
twój nauczyciel czytywał Platona
odkładał wówczas na katedrę trzcinę
a od greki w całej klasie czuć było
zapach kosmosu
aż pewnego dnia wszedł oficer armii
i nasza klasa zapadła się pod ziemię
Poezja nie jest wymyślaniem słowa
poezja to rozmowa ze ścianami światła
światło szybko jak myśl dobiega krańców
i myśl jak światło jasno rozcina w głąb
bólu
(ta kobieta jest ci niezbędna
widzisz ile zajęli już domów)
Twoja myśl mogłaby nie być umieraniem
musiałbyś iść i powstawać
i zmieścić w sobie całą dynię pestek
trzeba by pomordować szatanów i bogów
zmienić świata prawości i prawdy
i umieranie
Tymczasem twoje zmiażdżone nogi
nie odbiegają od schematu
Nie pisz jak rodzi się wiersz
wtedy jest już za późno na spełnienie
niemoc poety nie istnieje
dzień i noc się podzielą twoim szczęściem
jeśli rozpłatasz swoje serce przed porodem
Pochyl się więc po pył spod twoich stóp
i rozrzuć dłonią garść okruszyn ponad myśli
zaraz siedem wężowych postaci
wyruszy w gibkim tańcu szukać rytmu
a blask twych oczu oślepi wielu śmiałków
Drugą dłonią schwyć ogon młodej płaszczki
by wzburzyć fale w żyłach
idź dołem oceanów idź przed siebie
na końcu drogi są bramy Edenu
skradnij z nich tuzin szlachetnych kamieni
Strzeż się! strzeż przemijania
zechcą próbować zabić cię przed czasem
twój wiersz nie może czekać do narodzin
Historia świata to nauka wysoce doskonała
jej doskonałość nie powinna być przypadkowa
choć dzieje świata wypełnia przypadek
Prawa powszechne pozostały nieznane
zegar zapomniał o ważnej robocie
mechanizm się zamyślił nad naturą czasu
wszechświat także zapomniał wymienić trybiki
lecz Bóg nie zniszczył ułomnego świata
Prawdziwe dzieje świata otacza tajemnica
osłaniana szatami sędziwych kapłanów
którzy nie chcą ujawnić o niej prawdy
Pojęcia wszystkich nauk niewiele pomogą
uczeni umierają w pokorze lub w kłamstwie
bardzo zmęczeni ustalaniem znaczeń
od kiedy filozofię powiązano z czynem
Ludzki czyn nie dosięga myśli; jeśli tak — jest chory
wypełniony robactwem wypełnia nim dusze
czyn dla pożytku czynów jest nim ponad miarę
Tylko jeden poeta i jedna poezja
kładą starannie światło na leżące ciała
wierszy muzyką budzą dla ich zmartwychwstania
fizyczność zamieniając w powabną mistykę
Historia jest tworzeniem wspólnego krwiobiegu
wspólnego serca muzyka i harmonii dźwięków
muzyk na Boga czeka i dźwięku dotyka
By włożyć w twoją duszę żywy czysty mięsień
smukłe piszczały organów rozrywają ciało
lekki Bóg nie omija powiewnej poezji
rozkwitać będzie noc miłego
Bóg tysiąca sposobów poezji dni i nocy
czasem przekracza sumienia i malutkie serca
poezja chroni serca daje je prorokom
Twoim oczom pomaga w oddechu
myśli na niebie zataczają koła
ciężkie owady usiadły na piersiach
bakterie toczą zagubione sensy
Poeta kul nie nosi
Bóg układa wiersze
Czas dotyczy raczej cienia
(Cieśle topory ostrzą
w dzień świętego patrona
stare wiersze smukleją
przy dnach pękatych mis)
Czerń, stanowiąc o tym cieniu
zanurza w studni rozpleciony warkocz
Kosmos twojego chaosu
porządek przyszłego świata
drobne poruszenie powietrznych lotni
wielka gorączka mchów po północnej stronie pni
(Drwale zaczęli plądrować samotnię)
Pustynne brzegi nie są widnokręgiem
nazwanie rzeczy nie jest samą rzeczą
piaski dopędzą światło i oślepią duszę
ciała twardsze od Boga czyścił będziesz w rzece
Starzec wykluwa jagnię na wieczorne
lotnia ścina kapłanom karki po podbrzusza
pnie rozwierają ciała krzykliwym dziewczętom
śmiertelni w korytach rzecznych bawią się wilgocią
(Kobiety wyczekują niecierpliwie końca)
Dobra nadziejo witaj dobre słowo
ból nie wynika z bólu jest katedrą czystą
z lękiem wzlatują żywi nad palety piękna
kują poecie słowa na ciążowe chmury
Pasterze z dolin idą gwałcą złote kuce
brzemienni burzą góry i dławią niziny
ryby lecą do słońca
ptaki na dno wszechświata
(Kobiety drwali wybrały, poezja poetę)
[w:] Isaac Jacobovsky, Grzech. Przywiersze. Warszawa 2013, ss.98–122, 134–155
