Isaac Jacobovsky
[fragment]
Księga trzecia, O głupcu i mędrcu
Dialog XXXIX, O czasie
O czasie
O nauce
O pieczarze
O snach
O czasie
Słowodar
Czas to odległość między tą frazą a tobą coś co się tutaj zaczyna
I nigdy nie kończy gna kosmosy na niebach brzuchate gąbczaste
Po brzegi pełne ciszy krzyk utknął ci w gardle gdy rozwali okowy
Uwolni z uwięzi runie wszystko na głowy jak jutro przed czasem
Otaczasz się iluzją śladami przedśladów sypiesz na nie paciorki
Czy rozjaśnią drogę poznajesz po przebłyskach co jest poznawalne
A co zakryte szpetnie wrogie oświetleniu zrównaniu cienia z rzeczą
Wizji z okiem słowa z prawdą widziałeś galaretę ciętej w pół
Siwizny nie była nawet ciałem nie mogła być duszą szczur moczył
W niej treść pyska wciągany w tors żmii ta pochwycona z lotu
Przez pierze ptaszysko kłębiła walcząc z wiatrem starzec szybko
Skonał skorupa jakaś inna rozlazła zatęchła jedynie szare larwy
Dziarsko dzierżą straże przepołowionej z rozmachem przeszłości
Słowotwór
Schrońmy się w wielkiej czasze przydrożnej pieczary w jedynym
Miejscu świata godnym filozofii nic tu po mnie poecie lecz ty jesteś
Skory uznać świątynię świątyń za cel dla wędrowcy lepszy niż nic
Niż patos z rozmachem fałszywy wdzięczący się do siebie puszący
Jak indor jego przekrwiony koral płowieje w zacieniu podobny
Duszom kłamców ścibanym na rzemyk wieszasz je wzdłuż języka
Folgujesz natrętom sprzeczającym się ze mną o każde marzenie
O potrzebę jednania tego co dzielone w głowach więdnących
Mędrców na łące wśród kwiatów chciałyby krnąbrne dusze ssać
Z ożywczej gleby czarowane nektary lecz takich tu nie ma gdzie są
Lepiej nie wiedzieć dla własnego dobra niewiedza choć posłużka
Klęsk i naiwności niekiedy może stać się ostoją każdego może
Odsłonić zło nęcącej myśli byś mógł mnie przed nią w porę ostrzec
O nauce
Chór Wieszczek
Ważna jest twa opinia ważniejsza nauka tak jak promienie słońca
Jeśli są odbiciem pieczara dławi światło wchłania je porami lejami
Tunelami w których żywa skała płynęła niegdyś wartko podziemną
Prarzeką ważniejsze jest płomienne dotarcie do rzeczy by o nas
Zaświadczyły nękane umysłem tkwiące pośrodku głowy parzące
Smoliste kiedy lawa z gorąca wciąż szkli się i stygnie gdy opary
Wnikają w zarośla i nosy w krzaczaste ciernie berberysów Dany
Hen jej królestwo po skraj horyzontu musimy wejść w głąb siebie
Zdławić pożądanie zamknąć ciało w pułapkach przestrzeni i czasu
Cielesność świata zmysłów stanie się schorzeniem ściskasz mocno
Powieki tańczą barwne plamy łapiesz jedną i drugą znikają gdzieś
W środku pył ze skalnych piszczeli wpada w kąpiel oczu łzy skrzą
Lepią gasną mrok wokół zgniecionych głazów wiedzie do ciemnicy
Słowodar
Wokoło pełno przestróg skalne opowieści myśliwi tropią ludzi chcą
Złowić ich uszy maskują sieci słów powabem ochry ozdobą krwi
I śmierci kolorem wprost z grobów zwierzęta duże małe w poprzek
Rzeki holują się wzajem śpieszone gładzią ściany odbite półcieniem
Zdają się nierealne choć są najprawdziwsze zbliżone do prawzoru
Powagą i nutą linią pod falą grzbietów łukiem nad kłąb brodu
Wstęga szerokich pasów kropiona dla głębi miki tarte na gwiazdy
Błyszczące błękitem źółcie mieszane z czernią zwęgloną żywiczną
Starszą od ludzkiej ręki która ich użyła by pokazać wam prawdę
O świecie sprzed czasu wypełnionym po brzegi przedrajskim
Spojrzeniem nie podchodźcie nazbyt blisko dystans jest zbawienny
Może pomóc zrozumieć po co fikcji ludzie ich cienie chronicznie
Płaskie mimo że pękate ich cielesność pękata mimo że tak płaska
Chór Wieszczek
Gepard dopadł jelenia wygryzł w karku dziurę mullit dawno
Wypłowiał tłuszcz zmieszany z czadem trudno w ciemnościach
Dostrzec gdzie sięga ta scena słychać tylko ćwierkanie podobne
Ptasiemu kot śpiewa nad zdobyczą dźwiękiem tłumi skargę
Rzężenie skrytą siłę fizycznej natury ryk lwa prosto z sawanny
Szelest jaguara zasadził się na zdobycz wyczekał i dopadł lampart
Wskoczył do rzeki pochwycił kajmana walczą na śliskim brzegu gad
Już nie ma siły cofnąć głowy przed ściskiem potrzask miażdżonej
Czaszki dopełnia obraz śmierci kończy polowanie bez niego żadne
Życie nie miałoby sensu czekałoby na ranek głodne zagniewane
Podstępnie rozbrojone z instynktu przetrwania u góry załom ściany
Przybrał kształty ptaka niesie w szponach zad jaźwca orzeł znów
Zwyciężył malarz dał futro z brązu błysk złotych szponów z cytrusa
O pieczarze
Słowodar
Pieczara jest obszerna im dalej od wejścia tym przybywa kolorów
Im ciemniej tym jaskrawiej świecą srebrzone łuski dokoła ludzkie
Cienie ozdoba legowiska długie łupiny węża zrzucone po bokach
Zbyt wąskie dla kolosów za szorstkie zużyte jaki stwór nosi zbroję
Cięższą od rynsztunku żołnierzy wielkiej armii być może Lewiatan
Pożera tu swą zdobycz dziewice i gady niedźwiedź łowi na polach
Zmęczonych wieśniaków tygrys smakuje w mięsie myśliwskiej
Gromady postaci są malutkie próbują się bronić ich dzidy łuki proce
Jak drobne zabawki słonie tratują śmiałków łamią okrążenie bawoły
Wściekle walczą rwą piersi i brzuchy krew tryska w górę do dolnego
Nieba aż się zróżowiło na wzgórzu dym z ogniska śle z wiatrem
Zapachy świeżo palonej kości włosia z gęstej cery miesza ze sobą
Cząstki by nikt nie mógł ich połączyć w świętą dawnię w całość
Chórmistrzyni Chóru Wieszczek
Nie wstydźmy się barw i dźwięków to żywe nektary źródła w których
Refleksy są głębsze od źródeł przyjemność i cierpienie gdzież te
Dwa uczucia współistnieją a odwaga i strach te są najlepsze na
Venatio ryte alegorią karmione z jednej misy potrawą mityczną
Cesarze tu śmiertelni a kolumny lite agora ludzkich uciech Maximus
Wypełnia się tłumnie najpierw psy dzikie kozy bestiarius kalkuluje
Że skoczą w kozie gardła mordercze bastardy że szybko od miecza
Zginą ślednie czworonogi niedźwiedziom przyjdzie długo walczyć
Z chroniącą młode szakalą macicą gladiator rychło zginie jeśli
Nie uderzy zaraz na jednych drugich zwierzęta to czują zdradził go
Zapach potu wzrok utkwiony w ślepia gotowość do ataku walczą
W centrum pola poświeć bliżej nie widać gapie chyba milkną coś
Wstrzymało im oddech głodne lwy ranne słonie wtargnęły do kręgu
Słowotwór
Sztuka rządzenia światem to skrywana umiejętność krzywdzenia
Ludzi i zwierząt tak łatwo zniewolić ich w więzieniach instynktu
Rajach racji wściekłe bestie karczować szczerych spłacić fałszem
Łapówkarzy oszkapić opornych cicho zgładzić mordowanie czy
Nie jest opium władzy śmierć służy każdej sprawie w imieniu agory
Dostojnik zna zasady żołnierz strażnik sędzia lud prosi o igrzyska
Czas wojny podboje oczekuje emocji katharsis i chleba lecz który
Z tłuszczy zdąży okazać się mężnym równym lwom i herosom
Bliski światłym bogom zanim będzie za późno kto sprzeciwi się
Prawu pokona fizyczny strach magowie o tym milczą gwiazdy sny
Zaklęcia wezmę większą pochodnię tę moczoną w łoju bitwa sięga
Sklepienia wszędzie góry trupów ludzie biegną przed siebie jedni
Zagubieni inni przystają by rozkoszować się śmiertelnym pięknem
Chórmistrzyni Chóru Wieszczek
Bajką o trudach życia nie pocieszysz serca jaskinia się ożywia acz
Nie była martwa kopułę zwieńcza otwór wielki na pół nieba drzewa
Tutaj sięgają aliażem korzeni wodospad z czystej bieli płucze dno
Kotliny ukryjmy się czym prędzej bo właśnie odkryliśmy bastion
Behemota strażnicę Lewiatana potwór siedzi na skale ciągnie
Źrenią zorzę strzelają iskry ognia dym uchodzi z nozdrzy żrący żar
Z kotła wrzątku całe ciało ze spiżu dusza jak młyński dolny kamień
Kto go sięgnie najcięższy grot nie zrani topór miecz nie draśnie pod
Cielskiem kloc skorupy nad grzbietem grzebienie sterczą jeden za
Drugim pełne mazi z jadem żelazo dla tej bestii jak plewy brąz dlań
Niby drzewo zbutwiałe nie spłoszy go strzała z łuku kamień z procy
Ziz krąży nad szypotem czego chce ptaszysko zbrojne w gruczoły
Przędne snuje nimi oprzęd coś dostrzegł tuż tuż obok będzie łowić
Słowodar
Początek zmienia się za każdym razem kiedy na niego patrzę
Kolejne perspektywy umieszczam coraz to wyżej wyżej rzeki pełne
Powietrza strumienie z płuc do serca ujawniają potrzebę poznania
Prawdy wytrwałość z jaką jej szukam jest godna lepszej sprawy bo
Nie pozwalasz mi tego samego pytania powtórzyć choć jeden raz
Czy porządek na górze zawsze musi być lepszy od tego na dole
To wciąż twoja jedyna odpowiedź wartka jak błąd w afekcie strach
W chorobie zwierzęcość w duszy powszechne przywary ślepych na
Wizje głuchych a przecież żyć można prosto i godnie nauczać
O świecie bez zakazów bez wstydu i zbrodni rozlanych kałużami
Cieknących ściekami niespiesznie od zarania ludzkości a przecież
Umrzeć można bez słów cerowanych sądzonych po pozorach
Opisanych w annałach cesarskich księg strzeżonych przede mną
O snach
Słowotwór
Tak jak dziwne sny postępują za ustami tak i ja za wami krok w krok
Jakbym próbował uciec przed samym sobą w marzenia o miłości
Waszej podstępnej nagrodzie za bezmyślność gdyby nie chłód czuć
Go na odległość jest czymś więcej niżeli zwykłym zimnem to jawna
Oznaka wrogości odrzucenie za mój nieokiełznany upór za chęć
Przetrwania życia w poczuciu szczęścia czego się nie da powiedzieć
Czy powinno być wciąż powtarzane stado zaciska kręgi są mniejsze
I mniejsze osacza bez jazgotu spokojne o zdobycz atak dopadnie
Grzyw najsłabszych zwierząt nie ominie człowieka zginę bo jestem
Bezsilny gdy dodanie ujmuje gdy odjęcie zdobi gromadzę ile się da
By było z czego tracić zachować życie zrozumieć co znaczą wre
Emocje zła pamięć długo wyczekiwany koniec moich pieśni misji
Świeżego wiatru on niesie słowo z którym nie sposób biernie trwać
Chór Wieszczek
Prawdziwe życie jest tutaj ale wy dwaj jesteście gdzie indziej pozór
Prawdy nie jest jej brakiem jest czymś więcej niż tajemną prawdą Zmieszaniem tego co poznaje z tym co poznawane szukaniem
Łowczych zwierząt w marzeniach łowczego łapaniem w sito wody
Na zeschłym pustkowiu człowiekowi zabrakło mistycznych kreacji
Dzień po dniu przetacza się po nieboskłonie wóz pchany intelektem
I etycznym prawem umykasz w trans epatujesz wizjami uzupełniasz Archaiczne proroctwa o przyszłe tragedie która z dróg pozwala ich
Uniknąć do jej przebycia nie potrzeba nóg przecież nogi niosą tylko
Z jednej ziemi do innej co innego miłość choć pożywka śmiertelna
Trzeba jej więcej czasu a przejdzie przez podbrzusze upuści krwi
A wy przestaniecie się naprzykrzać nakłaniać do rewolty żądać
Od nas i świata niebiańskiej prawdy zamęczać o nieśmiertelność
Słowodar
Otaczam się śladami śladów ludźmi którzy swą wielkość mierzą
Ziemską wadą strachem ze względu na mą krzywdę przykładam
Dłonie do ich skroni chłód upadłych ciał jak metafora efesis klamra
Między światami zła i dobra pomiędzy poetycką jaskinią ludożercy
Mantykora a ideą boskich wzorców stoję między nimi osamotniony
Ścigany przez żywych i martwych świat utożsamiam ze słowami
Mnie ze światem jeśli zginę kto zdecyduje czy beze mnie nadal
Istniejecie ptaki zlatują tu od rana walczą o lepsze miejsce obsiadły
Wszystkie wzgórza polany i lasy stają się nazbyt głośne cierpliwość
Wymaga wyobraźni drapieże z obłych barci zaleśnych ostoi wybrały
Srebro rzeki schodzą rajską wstęgą na opuszczony przez człowieka
Brzeg niziny króluje jednorożec patrzę wzrokiem orła węchem kobry
Skronią lwa silny dostojny światło złotego rogu wypełnia przestrzeń
Edynburg 2020
[w] Isaac Jacobovsky, Jednorożec Wielorożec. Kompozycja dialogiczna. Dialogi I — XXXIX w trzech Księgach. Tom 2, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2022, ss.205–214
