Ojczyzną twórcy jest wszechświat

O Autorze

Autor prac naukowych i literackich. W latach 1974-1989 członek opozycji demokratycznej w Polsce. Zmuszony do wyjazdu z powodu zbyt wielu represji przed 1989 rokiem i po nim.

Przejściowo mieszkał w Szwecji. Od 2007 roku mieszka w Wielkiej Brytanii.

Jednorożec Wielorożec. Kompozycja dialogiczna. Tom 2

Isaac Jacobovsky

[fragment]

Księga trzecia, O głupcu i mędrcu

Dialog XXXIX, O czasie 

O czasie 

O nauce 

O pieczarze 

O snach 

O czasie 

Słowodar 

Czas to odległość między tą frazą a tobą coś co się tutaj zaczyna


I nigdy nie kończy gna kosmosy na niebach brzuchate gąbczaste 

Po brzegi pełne ciszy krzyk utknął ci w gardle gdy rozwali okowy 

Uwolni z uwięzi runie wszystko na głowy jak jutro przed czasem 

Otaczasz się iluzją śladami przedśladów sypiesz na nie paciorki


Czy rozjaśnią drogę poznajesz po przebłyskach co jest poznawalne 

A co zakryte szpetnie wrogie oświetleniu zrównaniu cienia z rzeczą 

Wizji z okiem słowa z prawdą widziałeś galaretę ciętej w pół 

Siwizny nie była nawet ciałem nie mogła być duszą szczur moczył 

W niej treść pyska wciągany w tors żmii ta pochwycona z lotu 

Przez pierze ptaszysko kłębiła walcząc z wiatrem starzec szybko 

Skonał skorupa jakaś inna rozlazła zatęchła jedynie szare larwy 

Dziarsko dzierżą straże przepołowionej z rozmachem przeszłości

Słowotwór 

Schrońmy się w wielkiej czasze przydrożnej pieczary w jedynym 

Miejscu świata godnym filozofii nic tu po mnie poecie lecz ty jesteś 

Skory uznać świątynię świątyń za cel dla wędrowcy lepszy niż nic 

Niż patos z rozmachem fałszywy wdzięczący się do siebie puszący 

Jak indor jego przekrwiony koral płowieje w zacieniu podobny 

Duszom kłamców ścibanym na rzemyk wieszasz je wzdłuż języka 

Folgujesz natrętom sprzeczającym się ze mną o każde marzenie 

O potrzebę jednania tego co dzielone w głowach więdnących 

Mędrców na łące wśród kwiatów chciałyby krnąbrne dusze ssać


Z ożywczej gleby czarowane nektary lecz takich tu nie ma gdzie są 

Lepiej nie wiedzieć dla własnego dobra niewiedza choć posłużka 

Klęsk i naiwności niekiedy może stać się ostoją każdego może 

Odsłonić zło nęcącej myśli byś mógł mnie przed nią w porę ostrzec

O nauce 

Chór Wieszczek 

Ważna jest twa opinia ważniejsza nauka tak jak promienie słońca 

Jeśli są odbiciem pieczara dławi światło wchłania je porami lejami

Tunelami w których żywa skała płynęła niegdyś wartko podziemną 

Prarzeką ważniejsze jest płomienne dotarcie do rzeczy by o nas

Zaświadczyły nękane umysłem tkwiące pośrodku głowy parzące 

Smoliste kiedy lawa z gorąca wciąż szkli się i stygnie gdy opary 

Wnikają w zarośla i nosy w krzaczaste ciernie berberysów Dany 

Hen jej królestwo po skraj horyzontu musimy wejść w głąb siebie 

Zdławić pożądanie zamknąć ciało w pułapkach przestrzeni i czasu

Cielesność świata zmysłów stanie się schorzeniem ściskasz mocno 

Powieki tańczą barwne plamy łapiesz jedną i drugą znikają gdzieś 

W środku pył ze skalnych piszczeli wpada w kąpiel oczu łzy skrzą 

Lepią gasną mrok wokół zgniecionych głazów wiedzie do ciemnicy

Słowodar 

Wokoło pełno przestróg skalne opowieści myśliwi tropią ludzi chcą 

Złowić ich uszy maskują sieci słów powabem ochry ozdobą krwi


I śmierci kolorem wprost z grobów zwierzęta duże małe w poprzek 

Rzeki holują się wzajem śpieszone gładzią ściany odbite półcieniem 

Zdają się nierealne choć są najprawdziwsze zbliżone do prawzoru 

Powagą i nutą linią pod falą grzbietów łukiem nad kłąb brodu 

Wstęga szerokich pasów kropiona dla głębi miki tarte na gwiazdy

Błyszczące błękitem źółcie mieszane z czernią zwęgloną żywiczną 

Starszą od ludzkiej ręki która ich użyła by pokazać wam prawdę 

O świecie sprzed czasu wypełnionym po brzegi przedrajskim 

Spojrzeniem nie podchodźcie nazbyt blisko dystans jest zbawienny 

Może pomóc zrozumieć po co fikcji ludzie ich cienie chronicznie 

Płaskie mimo że pękate ich cielesność pękata mimo że tak płaska

Chór Wieszczek 

Gepard dopadł jelenia wygryzł w karku dziurę mullit dawno 

Wypłowiał tłuszcz zmieszany z czadem trudno w ciemnościach 

Dostrzec gdzie sięga ta scena słychać tylko ćwierkanie podobne 

Ptasiemu kot śpiewa nad zdobyczą dźwiękiem tłumi skargę 

Rzężenie skrytą siłę fizycznej natury ryk lwa prosto z sawanny 

Szelest jaguara zasadził się na zdobycz wyczekał i dopadł lampart 

Wskoczył do rzeki pochwycił kajmana walczą na śliskim brzegu gad 

Już nie ma siły cofnąć głowy przed ściskiem potrzask miażdżonej 

Czaszki dopełnia obraz śmierci kończy polowanie bez niego żadne 

Życie nie miałoby sensu czekałoby na ranek głodne zagniewane 

Podstępnie rozbrojone z instynktu przetrwania u góry załom ściany 

Przybrał kształty ptaka niesie w szponach zad jaźwca orzeł znów 

Zwyciężył malarz dał futro z brązu błysk złotych szponów z cytrusa

O pieczarze 

Słowodar 

Pieczara jest obszerna im dalej od wejścia tym przybywa kolorów


Im ciemniej tym jaskrawiej świecą srebrzone łuski dokoła ludzkie 

Cienie ozdoba legowiska długie łupiny węża zrzucone po bokach 

Zbyt wąskie dla kolosów za szorstkie zużyte jaki stwór nosi zbroję 

Cięższą od rynsztunku żołnierzy wielkiej armii być może Lewiatan 

Pożera tu swą zdobycz dziewice i gady niedźwiedź łowi na polach

Zmęczonych wieśniaków tygrys smakuje w mięsie myśliwskiej 

Gromady postaci są malutkie próbują się bronić ich dzidy łuki proce 

Jak drobne zabawki słonie tratują śmiałków łamią okrążenie bawoły

Wściekle walczą rwą piersi i brzuchy krew tryska w górę do dolnego 

Nieba aż się zróżowiło na wzgórzu dym z ogniska śle z wiatrem 

Zapachy świeżo palonej kości włosia z gęstej cery miesza ze sobą 

Cząstki by nikt nie mógł ich połączyć w świętą dawnię w całość

Chórmistrzyni Chóru Wieszczek 

Nie wstydźmy się barw i dźwięków to żywe nektary źródła w których

Refleksy są głębsze od źródeł przyjemność i cierpienie gdzież te


Dwa uczucia współistnieją a odwaga i strach te są najlepsze na 

Venatio ryte alegorią karmione z jednej misy potrawą mityczną 

Cesarze tu śmiertelni a kolumny lite agora ludzkich uciech Maximus

Wypełnia się tłumnie najpierw psy dzikie kozy bestiarius kalkuluje 

Że skoczą w kozie gardła mordercze bastardy że szybko od miecza 

Zginą ślednie czworonogi niedźwiedziom przyjdzie długo walczyć 

Z chroniącą młode szakalą macicą gladiator rychło zginie jeśli


Nie uderzy zaraz na jednych drugich zwierzęta to czują zdradził go 

Zapach potu wzrok utkwiony w ślepia gotowość do ataku walczą


W centrum pola poświeć bliżej nie widać gapie chyba milkną coś

Wstrzymało im oddech głodne lwy ranne słonie wtargnęły do kręgu

Słowotwór 

Sztuka rządzenia światem to skrywana umiejętność krzywdzenia 

Ludzi i zwierząt tak łatwo zniewolić ich w więzieniach instynktu 

Rajach racji wściekłe bestie karczować szczerych spłacić fałszem

Łapówkarzy oszkapić opornych cicho zgładzić mordowanie czy


Nie jest opium władzy śmierć służy każdej sprawie w imieniu agory

Dostojnik zna zasady żołnierz strażnik sędzia lud prosi o igrzyska 

Czas wojny podboje oczekuje emocji katharsis i chleba lecz który 

Z tłuszczy zdąży okazać się mężnym równym lwom i herosom 

Bliski światłym bogom zanim będzie za późno kto sprzeciwi się 

Prawu pokona fizyczny strach magowie o tym milczą gwiazdy sny 

Zaklęcia wezmę większą pochodnię tę moczoną w łoju bitwa sięga

Sklepienia wszędzie góry trupów ludzie biegną przed siebie jedni 

Zagubieni inni przystają by rozkoszować się śmiertelnym pięknem

Chórmistrzyni Chóru Wieszczek 

Bajką o trudach życia nie pocieszysz serca jaskinia się ożywia acz 

Nie była martwa kopułę zwieńcza otwór wielki na pół nieba drzewa 

Tutaj sięgają aliażem korzeni wodospad z czystej bieli płucze dno 

Kotliny ukryjmy się czym prędzej bo właśnie odkryliśmy bastion 

Behemota strażnicę Lewiatana potwór siedzi na skale ciągnie


Źrenią zorzę strzelają iskry ognia dym uchodzi z nozdrzy żrący żar


Z kotła wrzątku całe ciało ze spiżu dusza jak młyński dolny kamień 

Kto go sięgnie najcięższy grot nie zrani topór miecz nie draśnie pod

Cielskiem kloc skorupy nad grzbietem grzebienie sterczą jeden za 

Drugim pełne mazi z jadem żelazo dla tej bestii jak plewy brąz dlań 

Niby drzewo zbutwiałe nie spłoszy go strzała z łuku kamień z procy 

Ziz krąży nad szypotem czego chce ptaszysko zbrojne w gruczoły 

Przędne snuje nimi oprzęd coś dostrzegł tuż tuż obok będzie łowić

Słowodar 

Początek zmienia się za każdym razem kiedy na niego patrzę 

Kolejne perspektywy umieszczam coraz to wyżej wyżej rzeki pełne

Powietrza strumienie z płuc do serca ujawniają potrzebę poznania 

Prawdy wytrwałość z jaką jej szukam jest godna lepszej sprawy bo 

Nie pozwalasz mi tego samego pytania powtórzyć choć jeden raz 

Czy porządek na górze zawsze musi być lepszy od tego na dole


To wciąż twoja jedyna odpowiedź wartka jak błąd w afekcie strach 

W chorobie zwierzęcość w duszy powszechne przywary ślepych na 

Wizje głuchych a przecież żyć można prosto i godnie nauczać


O świecie bez zakazów bez wstydu i zbrodni rozlanych kałużami

Cieknących ściekami niespiesznie od zarania ludzkości a przecież 

Umrzeć można bez słów cerowanych sądzonych po pozorach 

Opisanych w annałach cesarskich księg strzeżonych przede mną

O snach

Słowotwór 

Tak jak dziwne sny postępują za ustami tak i ja za wami krok w krok

Jakbym próbował uciec przed samym sobą w marzenia o miłości 

Waszej podstępnej nagrodzie za bezmyślność gdyby nie chłód czuć 

Go na odległość jest czymś więcej niżeli zwykłym zimnem to jawna 

Oznaka wrogości odrzucenie za mój nieokiełznany upór za chęć 

Przetrwania życia w poczuciu szczęścia czego się nie da powiedzieć 

Czy powinno być wciąż powtarzane stado zaciska kręgi są mniejsze 

I mniejsze osacza bez jazgotu spokojne o zdobycz atak dopadnie 

Grzyw najsłabszych zwierząt nie ominie człowieka zginę bo jestem

Bezsilny gdy dodanie ujmuje gdy odjęcie zdobi gromadzę ile się da 

By było z czego tracić zachować życie zrozumieć co znaczą wre 

Emocje zła pamięć długo wyczekiwany koniec moich pieśni misji 

Świeżego wiatru on niesie słowo z którym nie sposób biernie trwać

Chór Wieszczek 

Prawdziwe życie jest tutaj ale wy dwaj jesteście gdzie indziej pozór 

Prawdy nie jest jej brakiem jest czymś więcej niż tajemną prawdą Zmieszaniem tego co poznaje z tym co poznawane szukaniem 

Łowczych zwierząt w marzeniach łowczego łapaniem w sito wody 

Na zeschłym pustkowiu człowiekowi zabrakło mistycznych kreacji 

Dzień po dniu przetacza się po nieboskłonie wóz pchany intelektem 

I etycznym prawem umykasz w trans epatujesz wizjami uzupełniasz Archaiczne proroctwa o przyszłe tragedie która z dróg pozwala ich 

Uniknąć do jej przebycia nie potrzeba nóg przecież nogi niosą tylko 

Z jednej ziemi do innej co innego miłość choć pożywka śmiertelna 

Trzeba jej więcej czasu a przejdzie przez podbrzusze upuści krwi 

A wy przestaniecie się naprzykrzać nakłaniać do rewolty żądać 

Od nas i świata niebiańskiej prawdy zamęczać o nieśmiertelność

Słowodar 

Otaczam się śladami śladów ludźmi którzy swą wielkość mierzą 

Ziemską wadą strachem ze względu na mą krzywdę przykładam 

Dłonie do ich skroni chłód upadłych ciał jak metafora efesis klamra 

Między światami zła i dobra pomiędzy poetycką jaskinią ludożercy

Mantykora a ideą boskich wzorców stoję między nimi osamotniony 

Ścigany przez żywych i martwych świat utożsamiam ze słowami 

Mnie ze światem jeśli zginę kto zdecyduje czy beze mnie nadal 

Istniejecie ptaki zlatują tu od rana walczą o lepsze miejsce obsiadły

Wszystkie wzgórza polany i lasy stają się nazbyt głośne cierpliwość

Wymaga wyobraźni drapieże z obłych barci zaleśnych ostoi wybrały 

Srebro rzeki schodzą rajską wstęgą na opuszczony przez człowieka 

Brzeg niziny króluje jednorożec patrzę wzrokiem orła węchem kobry

Skronią lwa silny dostojny światło złotego rogu wypełnia przestrzeń 

                       Edynburg 2020 

[w] Isaac Jacobovsky, Jednorożec Wielorożec. Kompozycja dialogiczna. Dialogi I — XXXIX w trzech Księgach. Tom 2, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2022, ss.205–214