Isaac Jacobovsky
[fragment]
Księga pierwsza, Zliczanie światów
Pieśń I, Poeta w kosmosie ucha
Kwiaty po twojej stronie tworzą
w człowieku czas
1
Słowo czy pomyślałbyś mogłoby być jedno ledwie jedno rzucone
W kosmos ucha wiszące na bezdźwięku czekające w splocie
Potencji na uczucie bez którego kreacja nie miałaby dziś sensu
Miłość do świata jest jak to słowo a uczucie do ciebie jak ludzkie
Zatroskanie o bezpodstawne odrzucenie manipulację na żywym
Ciele duszy zarzut o dysharmonię czyniącą nieuchwytnym owo
Mistyczne tajemne brzmienie praprologu handlują nim od zawsze
Przechowują w sakralnej pozie nie dbają o neutralność pomijają
Szczegóły sznurują najważniejsze przesłanie to skaza bez której
Lęk o losy egzystencji być może nie istniałby pełnia spełniłaby się
Pustką stwory z brzucha niebytu spłoszone czymś wrogim lecą
Prosto do ciebie wpadają w ślad źrenic nimi łowi je ptasznik by
Wszystko ocalić przed stratą duchowości której są symbolem
2
Nie chcę by żywe skały obumarły ich skrzydła ostre dzioby
Szpony przedliryczne kołysanie w twojej głowie ciepło bijące
We mnie z kamiennej piersi spojonej miękką duszą intencje bez
Najmniejszej zadry dobroć zmuszająca cię do zaufania złotym
Gwiazdom bym je wymościł sercem tajemną pieśnią o początkach
Skrzydła wskrzeszają wir z którego czerpię twórczy wigor choć
Ja sam jestem z ziarnek piasku drętwych jak te drobne krzemowe
Przesypujące się bezwładnie w tę i we w tę przez dzienne sita
Zrób coś zatrzymaj proces który wygubi skalne życie wielkie
Stwory zamieni w wypukłości na czubku świata w nieme góry
Przyszłych złodziei widnokręgu w okradzioną z niego dolinę
Prazieleni w dno morza ściśnięte spasłą wodą żeby nie mogły
Ożyć zmieść późniejszych światów wiecznego cmentarzyska
3
Pojutrze kto uwierzy że gwiazdy były ledwie cieniem lirycznym
Światła lecz kiedy myśli je zmieszały wskrzesiły wielkie stwory
Galaktyczne bogate w kształty silne mocą wędrownych pyłków
Spiętych w sieć w organizm z płyt kamiennych mnogich szponów
Dziobów rozległych skrzydeł lotek chroniących sen pisklęcia
Przed intruzem nieznanym złem spod wnętrza tam właśnie gad
Stale podpełzał by porwać z gniazda drobne ptaszę utrwalić
W nas mniemanie o wyższości kusić swobodą poniżania uśpić
Wrodzoną czujność twoje zatroskanie o bezpieczną przystań
I kiedy w końcu krzyk rozłupał przepaść świata rozpanoszył się
Czarny ogień stopił twardy krzemień lawa milionów dusz spłynęła
W niebyt to co było dotychczas tylko cieniem stało się jedynym
Światłem rzadkim porzuconym w nieładzie na bezdrożach
4
Prawo brzmiało bezwzględnie gad zbrojny w wolną wolę użył
Jej jako ideowego manifestu cena za to nie miała precedensu
Część więzionego światła zniknęła na zawsze odebrała poznaniu
Wszelką pewność żywe skały kuliły się z rozpaczy ginęły marnie
Pozbawione świętych przestrzeni boskich struktur witalnych form
Wypełniających puste miejsca niespokojne z ranną duszą planety
Za ciepłe nazbyt chłodne przystanie skrajności krążące wokół
Resztek cienia wyczekujące lepszych światów w których być
Może odnajdą się zrozumieją że światło jest mistyczne duchowe
Niesie w sobie prawdę o niemierzalnym czasie echu słowa
I jeśli gad chciałby zaprzeczyć czemuś co nie ma zaprzeczenia
Musiałby pożreć kosmos cofnąć we mnie cieleśnie unicestwić
Fizycznie i nie tracąc sił siebie samego niezliczoną ilość razy
5
Nie wiem kto z piasku stworzył bicz śmiertelny koślawy warkocz
Zgubnych ranień odprysków zamienionych w płaszcz podłego
Gada pisklę do dzisiaj walczy w jego cielsku kaleczy ciężki
Pancerz wgryza w gęste warstwy rozrywa zakleszczenia aż
Ziemia drży a wiatr podrywa ciepło zderza z chłodem buduje
Wiotkie pyski próbuje zapolować na gadzinę wessać wyrzucić
W górę zmienić ponownie w pył uwolnić więźnia by po latach
Ciemności odzyskać wspanialszy świat wesprzeć ród żywych
Skał oblec w wonne desenie morskich brzegów pierzastość fal
Lecz wiotki bicz sprytnie unika średnich planet żółci słońc i dziur
Kosmicznych bezkarność z jaką kluczy między dobrem a złem
Zachęca inne gady do wytrwałego wznoszenia wielkich zasłon
Przez które człowiek nigdy nie będzie w stanie dojrzeć świtu
6
Poszukiwanie o tym prawdy oddala od ciebie nijakość we mnie
Moje ja wstaje z kolan prostuje się rozciąga od pięt do czoła
Wyjmuję je z siebie układam we wzory i ze wzruszenia płaczę
Co robić by moja krew nie krzepła kości nie rozsypały się w pył
Dusza do reszty nie zmarniała bym nie skonał z miłości żeby żyć
Zachwyt i podziw każdego kto czuje i rozumie miesza się
Bezlitośnie ze strachem przed trwałą ignorancją obu nam bardzo
Potrzeba dystansu dla mnie ty nim jesteś ukwiecony łąkami
Pierwszych pąków czuły zapachem oznaką lotnych cech świeżości
Urągających perspektywie przemijania przyszłego umierania to
W niej przyjdzie nam się odnaleźć określić barwami tylu słońc
Księżyców ablucją zmysłów schwytanych w klamry czasu ciętych
W poprzek i wzdłuż że aż czuję w sobie bunt prowokujący pieśń
7
Otacza nas ocean słowo-dźwięku w którym język jak piana
Morskiej toni unosi się na fali spada z giętkim hukiem rwie na
Strzępy dryfuje przykrywa płody głębin wnika w rodne sieci
Przybrzeżnych kryształków tam dosięga boskości zrównuje ze
Światłem i wtedy słowo-światło wyrzuca z siebie życie zabarwia
Łąki kwiatów naręczem wielości ty jesteś tą wielością grzejesz się
Nią chętnie niekiedy kontestujesz jakbyś był młodzieniaszkiem
Który chce uszami prześwietlić ciemne wnętrze odgrywać rolę
Mistrza pośród zacnych miernot grzebać we łbach tropiąc ich
Zachwyt nad światem szczęście może oznaczać że masz jeszcze
Szansę szczęście może wycisnąć z ciebie łzy szukasz we mnie
Istnienia najpierw niech własne każdy pozna by nie zagłuszyć
Serca odnaleźć w nim diamenty zamienić światłość w słowo
8
Jak mógłbym zliczyć wszystkie dźwięki by złożyć z nich własną
Frazę gdybym ją wypowiedział powstałby tutaj cały wszechświat
Ścisnąłem mocno zęby żeby nie pomyśleć zliczyć cokolwiek
Zmniejszyć zwiększyć obdzielić po równo mógłbym tobie dać
Więcej lecz wtedy czy mnie by wystarczyło trzeba podążać za
Upodobaniem własnego serca nie padać jak młócona słoma nie
Chować gros mistycznych jaj przed losem w brogu przewrotne są
Te pierwsze pąki zalążki przyszłych smaków ich wachlarz wzrośnie
Jutro z łąk zrodzi potrzebę siostrę sprytnego egoizmu w przebraniu
Miłości gdy zacząłem rachować mylić na swoją korzyść robiłem to
Nieświadomie taka jest ludzka natura wytłumacz mi cóż złego
Kryje w sobie zmieniając owoc w liczbę tę łącząc brzękliwie ze
Srebrem złotem żywych ech wcale nie liczę chyba że w niewolę
9
Dźwięki są czyste proste jak jednoton jeśli nie są słowem jeśli nie
Pachną łąką kwiatami i wodą z rzeki płuczącej korzeń chłodzącej
Starodrzew nie wiem czy zwykła fraza mogłaby to wszystko
W sobie zmieścić a teraz podobne słowo jest w tobie czeka na
Misję czas już je wykrzyczeć po co zwlekać bo jeśli cały jesteś
Dźwiękiem on potrafi przybrać ludzką postać wzruszyć się sobą
Samym śmiać autoironicznie lepiej jest płakać z powodu śmiechu
Niż śmiać z powodu płaczu obnażać części mowy przyjąć różne
Pozy stroić w maski stając między życiem i dobrem pomiędzy
Śmiercią i złem lecz żaden z tych zabiegów nie zdoła ukryć jego
Przeznaczenia objęcia troską wszystkiego co istnieje nawet tego
Co nie istnieje i o czym dobrze wiemy że nigdy nie powstanie
W żadnym ze światów na przekór epice liryce jakie to zagadkowe
10
A ja i ty jak istniejemy jeżeli ty istniejesz na nieskończoną ilość
Przypadków ja zaś czy istnieję chociaż na jeden z nich ten zbyt
Krótki by można było dostrzec moją twarz spojrzenie i miłość do
Ciebie wypełniam nią całą przestrzeń to uczucie zabije wielu jeśli
Sprzeciwią się konsekwencjom zawsze staram się imponować
Każdemu twojemu przejawowi bylebyś przystanął w pobliżu nawet
Tuż przy mnie dotknął włosów i dłoni przyjrzał się moim oczom
Nawilżył je nadzieją one są takie kruche popękane leżą w pustym
Korycie pradawnej rzeki obym mógł ci się wówczas spodobać obyś
Miał wtedy kształt człowieka kobiety lub mężczyzny żebym nie
Bał się tego czym jesteś nie umarł śmiertelny wśród wątłych oznak
Niezmienności gdy ginąc jak inni tak naprawdę trwał będę na wiele
Sposobów przeciwko światom na przekór tobie nieśmiertelniku
11
Co jest w tym jednym słowie w lojalnym mu centrum światów na Zbuntowanych peryferiach w zakolach dołach schowkach w nich
Pełno różnych dźwięków skąd się one wzięły po co coś wzbudza
Fale a coś w nich faluje roznosząc wiadomości choć trudno
O biorców do tego trzeba uszu wielkich głodnych czaszek które by
Pomieściły każdy sens znaczenie to czego nie da się powiedzieć
Czy powinno być w kółko powtarzane nieomal czczone za swoją
Jawną niedorzeczność na zewnątrz wciąż nic nie ma być może
Sam jeden poza przyszłą kreacją na niebie niebytu spróbuję cię
Odnaleźć rozpoznać dychotomię wiedzę tajemną mistrzów
O bitwach z wnętrza słowa na śmierć i życie o udawaniu bez niego
Nic nie istnieje o istocie potyczek między tym co u góry a tym co
Jest w dole i chciałoby się wydostać lecz miejsca są już zajęte
12
Kto miał potężną moc by zająć lepszą sferę wznieść nad pustkę
Spojrzenie siłą woli rozkazać światu by powstało duchowe światło
Kto mógł pomyśleć niech stanie się światło i stało się światło
Zdradź mi tę tajemnicę zrób to teraz bo później przyjdą kłamcy
Wypchają głowy fałszem wystrzelą serię słów zuchwałą morderczą
Rozmnożą gadzi lud i nikt nie będzie mógł rozpoznać niepodzielnej
I jednoznacznej prawdy tak koniecznej bym zdołał zrozumieć
Ciebie siebie samego pojąć kto niszczy owoc sięga z samej góry
Depcze korzenie w sercu pokaż plan bo jeśli nie ma dla mnie
Żadnego planu kto doda sił bym wytrwał poskromił żądze stał na
Czatach to wymaga pokory trochę jej mam trzymam zazwyczaj
Pod żebrami oglądam od święta i tęsknię myślę o rozważnym
Prologu trudno z nim coś zrobić nie tylko nam filozofowi i poecie
13
Boję się o nas kwiaty po twojej stronie tworzą w człowieku czas
Coś podzielnego i jednego zarazem niechybnie przyjdzie z tym
Żyć widzę że tobie to nie przeszkadza budujesz zasieki
Rozstawiasz strażnice przed czym chcesz się obronić jeśli tylko
My stoimy na tej łące spójrz przez jej środek mógłby wieść dobry
Trakt możemy go wydeptać uznać nasze prawa do wszystkiego
Co nie dotyczy nagłej śmierci oblegajmy więc spacerujmy wokół
Jerycha miasta nowego świata zamkniętego murami a choć
Potężnymi one runą wystarczy słowo splot dźwięków z gardzieli
Kielicha ludzie gdy będą przeciągle trąbić na baranich rogach
Usłyszą głos niech więc cały lud wzniesie głośny okrzyk bojowy
Wtedy mur miasta rozpadnie się a lud wkroczy do niego każdy
Prosto przed siebie lecz któż na zgliszczach odnajdzie prawdę
Edynburg 2017-2018
[w] Isaac Jacobovsky, Jednorożec Wielorożec. Kompozycja liryczna. Pieśni I — XXXIX w trzech Księgach. Tom 1, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2022, ss.13–20
