Ojczyzną twórcy jest wszechświat

O Autorze

Autor prac naukowych i literackich. W latach 1974-1989 członek opozycji demokratycznej w Polsce. Zmuszony do wyjazdu z powodu zbyt wielu represji przed 1989 rokiem i po nim.

Przejściowo mieszkał w Szwecji. Od 2007 roku mieszka w Wielkiej Brytanii.

Jednorożec Wielorożec. Kompozycja liryczna. Tom 1

Isaac Jacobovsky

[fragment]

Księga pierwsza, Zliczanie światów

Pieśń I, Poeta w kosmosie ucha 

                   Kwiaty po twojej stronie tworzą

                        w człowieku czas

1

Słowo czy pomyślałbyś mogłoby być jedno ledwie jedno rzucone 

W kosmos ucha wiszące na bezdźwięku czekające w splocie 

Potencji na uczucie bez którego kreacja nie miałaby dziś sensu 

Miłość do świata jest jak to słowo a uczucie do ciebie jak ludzkie 

Zatroskanie o bezpodstawne odrzucenie manipulację na żywym 

Ciele duszy zarzut o dysharmonię czyniącą nieuchwytnym owo 

Mistyczne tajemne brzmienie praprologu handlują nim od zawsze 

Przechowują w sakralnej pozie nie dbają o neutralność pomijają 

Szczegóły sznurują najważniejsze przesłanie to skaza bez której


Lęk o losy egzystencji być może nie istniałby pełnia spełniłaby się 

Pustką stwory z brzucha niebytu spłoszone czymś wrogim lecą 

Prosto do ciebie wpadają w ślad źrenic nimi łowi je ptasznik by 

Wszystko ocalić przed stratą duchowości której są symbolem

2 

Nie chcę by żywe skały obumarły ich skrzydła ostre dzioby 

Szpony przedliryczne kołysanie w twojej głowie ciepło bijące 

We mnie z kamiennej piersi spojonej miękką duszą intencje bez 

Najmniejszej zadry dobroć zmuszająca cię do zaufania złotym 

Gwiazdom bym je wymościł sercem tajemną pieśnią o początkach 

Skrzydła wskrzeszają wir z którego czerpię twórczy wigor choć


Ja sam jestem z ziarnek piasku drętwych jak te drobne krzemowe 

Przesypujące się bezwładnie w tę i we w tę przez dzienne sita 

Zrób coś zatrzymaj proces który wygubi skalne życie wielkie 

Stwory zamieni w wypukłości na czubku świata w nieme góry 

Przyszłych złodziei widnokręgu w okradzioną z niego dolinę 

Prazieleni w dno morza ściśnięte spasłą wodą żeby nie mogły 

Ożyć zmieść późniejszych światów wiecznego cmentarzyska

3 

Pojutrze kto uwierzy że gwiazdy były ledwie cieniem lirycznym 

Światła lecz kiedy myśli je zmieszały wskrzesiły wielkie stwory 

Galaktyczne bogate w kształty silne mocą wędrownych pyłków 

Spiętych w sieć w organizm z płyt kamiennych mnogich szponów 

Dziobów rozległych skrzydeł lotek chroniących sen pisklęcia 

Przed intruzem nieznanym złem spod wnętrza tam właśnie gad 

Stale podpełzał by porwać z gniazda drobne ptaszę utrwalić 

W nas mniemanie o wyższości kusić swobodą poniżania uśpić 

Wrodzoną czujność twoje zatroskanie o bezpieczną przystań


I kiedy w końcu krzyk rozłupał przepaść świata rozpanoszył się 

Czarny ogień stopił twardy krzemień lawa milionów dusz spłynęła 

W niebyt to co było dotychczas tylko cieniem stało się jedynym 

Światłem rzadkim porzuconym w nieładzie na bezdrożach

Prawo brzmiało bezwzględnie gad zbrojny w wolną wolę użył 

Jej jako ideowego manifestu cena za to nie miała precedensu 

Część więzionego światła zniknęła na zawsze odebrała poznaniu 

Wszelką pewność żywe skały kuliły się z rozpaczy ginęły marnie 

Pozbawione świętych przestrzeni boskich struktur witalnych form

Wypełniających puste miejsca niespokojne z ranną duszą planety 

Za ciepłe nazbyt chłodne przystanie skrajności krążące wokół 

Resztek cienia wyczekujące lepszych światów w których być 

Może odnajdą się zrozumieją że światło jest mistyczne duchowe 

Niesie w sobie prawdę o niemierzalnym czasie echu słowa 

I jeśli gad chciałby zaprzeczyć czemuś co nie ma zaprzeczenia 

Musiałby pożreć kosmos cofnąć we mnie cieleśnie unicestwić 

Fizycznie i nie tracąc sił siebie samego niezliczoną ilość razy

5 

Nie wiem kto z piasku stworzył bicz śmiertelny koślawy warkocz 

Zgubnych ranień odprysków zamienionych w płaszcz podłego 

Gada pisklę do dzisiaj walczy w jego cielsku kaleczy ciężki 

Pancerz wgryza w gęste warstwy rozrywa zakleszczenia aż 

Ziemia drży a wiatr podrywa ciepło zderza z chłodem buduje 

Wiotkie pyski próbuje zapolować na gadzinę wessać wyrzucić 

W górę zmienić ponownie w pył uwolnić więźnia by po latach 

Ciemności odzyskać wspanialszy świat wesprzeć ród żywych 

Skał oblec w wonne desenie morskich brzegów pierzastość fal 

Lecz wiotki bicz sprytnie unika średnich planet żółci słońc i dziur 

Kosmicznych bezkarność z jaką kluczy między dobrem a złem 

Zachęca inne gady do wytrwałego wznoszenia wielkich zasłon 

Przez które człowiek nigdy nie będzie w stanie dojrzeć świtu

Poszukiwanie o tym prawdy oddala od ciebie nijakość we mnie 

Moje ja wstaje z kolan prostuje się rozciąga od pięt do czoła 

Wyjmuję je z siebie układam we wzory i ze wzruszenia płaczę


Co robić by moja krew nie krzepła kości nie rozsypały się w pył 

Dusza do reszty nie zmarniała bym nie skonał z miłości żeby żyć 

Zachwyt i podziw każdego kto czuje i rozumie miesza się 

Bezlitośnie ze strachem przed trwałą ignorancją obu nam bardzo 

Potrzeba dystansu dla mnie ty nim jesteś ukwiecony łąkami 

Pierwszych pąków czuły zapachem oznaką lotnych cech świeżości 

Urągających perspektywie przemijania przyszłego umierania to 

W niej przyjdzie nam się odnaleźć określić barwami tylu słońc 

Księżyców ablucją zmysłów schwytanych w klamry czasu ciętych 

W poprzek i wzdłuż że aż czuję w sobie bunt prowokujący pieśń

7 

Otacza nas ocean słowo-dźwięku w którym język jak piana 

Morskiej toni unosi się na fali spada z giętkim hukiem rwie na 

Strzępy dryfuje przykrywa płody głębin wnika w rodne sieci 

Przybrzeżnych kryształków tam dosięga boskości zrównuje ze 

Światłem i wtedy słowo-światło wyrzuca z siebie życie zabarwia 

Łąki kwiatów naręczem wielości ty jesteś tą wielością grzejesz się 

Nią chętnie niekiedy kontestujesz jakbyś był młodzieniaszkiem 

Który chce uszami prześwietlić ciemne wnętrze odgrywać rolę 

Mistrza pośród zacnych miernot grzebać we łbach tropiąc ich 

Zachwyt nad światem szczęście może oznaczać że masz jeszcze 

Szansę szczęście może wycisnąć z ciebie łzy szukasz we mnie 

Istnienia najpierw niech własne każdy pozna by nie zagłuszyć 

Serca odnaleźć w nim diamenty zamienić światłość w słowo

 

Jak mógłbym zliczyć wszystkie dźwięki by złożyć z nich własną 

Frazę gdybym ją wypowiedział powstałby tutaj cały wszechświat 

Ścisnąłem mocno zęby żeby nie pomyśleć zliczyć cokolwiek 

Zmniejszyć zwiększyć obdzielić po równo mógłbym tobie dać 

Więcej lecz wtedy czy mnie by wystarczyło trzeba podążać za 

Upodobaniem własnego serca nie padać jak młócona słoma nie 

Chować gros mistycznych jaj przed losem w brogu przewrotne są 

Te pierwsze pąki zalążki przyszłych smaków ich wachlarz wzrośnie 

Jutro z łąk zrodzi potrzebę siostrę sprytnego egoizmu w przebraniu 

Miłości gdy zacząłem rachować mylić na swoją korzyść robiłem to

Nieświadomie taka jest ludzka natura wytłumacz mi cóż złego 

Kryje w sobie zmieniając owoc w liczbę tę łącząc brzękliwie ze 

Srebrem złotem żywych ech wcale nie liczę chyba że w niewolę

 

9 

Dźwięki są czyste proste jak jednoton jeśli nie są słowem jeśli nie 

Pachną łąką kwiatami i wodą z rzeki płuczącej korzeń chłodzącej 

Starodrzew nie wiem czy zwykła fraza mogłaby to wszystko


W sobie zmieścić a teraz podobne słowo jest w tobie czeka na 

Misję czas już je wykrzyczeć po co zwlekać bo jeśli cały jesteś 

Dźwiękiem on potrafi przybrać ludzką postać wzruszyć się sobą 

Samym śmiać autoironicznie lepiej jest płakać z powodu śmiechu 

Niż śmiać z powodu płaczu obnażać części mowy przyjąć różne 

Pozy stroić w maski stając między życiem i dobrem pomiędzy 

Śmiercią i złem lecz żaden z tych zabiegów nie zdoła ukryć jego 

Przeznaczenia objęcia troską wszystkiego co istnieje nawet tego 

Co nie istnieje i o czym dobrze wiemy że nigdy nie powstanie 

W żadnym ze światów na przekór epice liryce jakie to zagadkowe

10 

A ja i ty jak istniejemy jeżeli ty istniejesz na nieskończoną ilość 

Przypadków ja zaś czy istnieję chociaż na jeden z nich ten zbyt 

Krótki by można było dostrzec moją twarz spojrzenie i miłość do 

Ciebie wypełniam nią całą przestrzeń to uczucie zabije wielu jeśli 

Sprzeciwią się konsekwencjom zawsze staram się imponować 

Każdemu twojemu przejawowi bylebyś przystanął w pobliżu nawet 

Tuż przy mnie dotknął włosów i dłoni przyjrzał się moim oczom 

Nawilżył je nadzieją one są takie kruche popękane leżą w pustym 

Korycie pradawnej rzeki obym mógł ci się wówczas spodobać obyś

Miał wtedy kształt człowieka kobiety lub mężczyzny żebym nie

Bał się tego czym jesteś nie umarł śmiertelny wśród wątłych oznak

Niezmienności gdy ginąc jak inni tak naprawdę trwał będę na wiele 

Sposobów przeciwko światom na przekór tobie nieśmiertelniku

11 

Co jest w tym jednym słowie w lojalnym mu centrum światów na Zbuntowanych peryferiach w zakolach dołach schowkach w nich 

Pełno różnych dźwięków skąd się one wzięły po co coś wzbudza 

Fale a coś w nich faluje roznosząc wiadomości choć trudno 

O biorców do tego trzeba uszu wielkich głodnych czaszek które by 

Pomieściły każdy sens znaczenie to czego nie da się powiedzieć 

Czy powinno być w kółko powtarzane nieomal czczone za swoją 

Jawną niedorzeczność na zewnątrz wciąż nic nie ma być może 

Sam jeden poza przyszłą kreacją na niebie niebytu spróbuję cię 

Odnaleźć rozpoznać dychotomię wiedzę tajemną mistrzów 

O bitwach z wnętrza słowa na śmierć i życie o udawaniu bez niego 

Nic nie istnieje o istocie potyczek między tym co u góry a tym co 

Jest w dole i chciałoby się wydostać lecz miejsca są już zajęte

12 

Kto miał potężną moc by zająć lepszą sferę wznieść nad pustkę 

Spojrzenie siłą woli rozkazać światu by powstało duchowe światło 

Kto mógł pomyśleć niech stanie się światło i stało się światło 

Zdradź mi tę tajemnicę zrób to teraz bo później przyjdą kłamcy 

Wypchają głowy fałszem wystrzelą serię słów zuchwałą morderczą 

Rozmnożą gadzi lud i nikt nie będzie mógł rozpoznać niepodzielnej 

I jednoznacznej prawdy tak koniecznej bym zdołał zrozumieć 

Ciebie siebie samego pojąć kto niszczy owoc sięga z samej góry 

Depcze korzenie w sercu pokaż plan bo jeśli nie ma dla mnie 

Żadnego planu kto doda sił bym wytrwał poskromił żądze stał na 

Czatach to wymaga pokory trochę jej mam trzymam zazwyczaj 

Pod żebrami oglądam od święta i tęsknię myślę o rozważnym 

Prologu trudno z nim coś zrobić nie tylko nam filozofowi i poecie

13 

Boję się o nas kwiaty po twojej stronie tworzą w człowieku czas 

Coś podzielnego i jednego zarazem niechybnie przyjdzie z tym 

Żyć widzę że tobie to nie przeszkadza budujesz zasieki 

Rozstawiasz strażnice przed czym chcesz się obronić jeśli tylko 

My stoimy na tej łące spójrz przez jej środek mógłby wieść dobry 

Trakt możemy go wydeptać uznać nasze prawa do wszystkiego 

Co nie dotyczy nagłej śmierci oblegajmy więc spacerujmy wokół 

Jerycha miasta nowego świata zamkniętego murami a choć 

Potężnymi one runą wystarczy słowo splot dźwięków z gardzieli 

Kielicha ludzie gdy będą przeciągle trąbić na baranich rogach 

Usłyszą głos niech więc cały lud wzniesie głośny okrzyk bojowy 

Wtedy mur miasta rozpadnie się a lud wkroczy do niego każdy 

Prosto przed siebie lecz któż na zgliszczach odnajdzie prawdę

                       Edynburg 2017-2018

 

[w] Isaac Jacobovsky, Jednorożec Wielorożec. Kompozycja liryczna. Pieśni I — XXXIX w trzech Księgach. Tom 1, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2022, ss.13–20