Ojczyzną twórcy jest wszechświat

O Autorze

Autor prac naukowych i literackich. W latach 1974-1989 członek opozycji demokratycznej w Polsce. Zmuszony do wyjazdu z powodu zbyt wielu represji przed 1989 rokiem i po nim.

Przejściowo mieszkał w Szwecji. Od 2007 roku mieszka w Wielkiej Brytanii.

Jednorożec Wielorożec. Kompozycja liryczna, Tom 2

Isaac Jacobovsky

[fragmenty]

Księga druga, Ludzkie bóstwa. Boscy ludzie

Pieśń XX, Splot języków

                   Rozwieszone na wzgórzach

                   worki łapały wiatr by ustał

1 

Uwielbiasz polowania a ja nie mogę znieść widoku krwi odległa 

Śmierć nawet taka liryczna kaleczy ręce ciąży głowie ta niechętnie 

Przystaje na refleksję prawa moralne butwieją w zgodzie z naturą 

Gdyby chociaż były czytelną mieszaniną twych symboli czerni-zła 

Bieli-dobra czerwień do niczego tu nie pasuje ludzie są od zawsze 

Skazani na ciąg kolorów jedynym ratunkiem jest zatarcie śladów 

Ślepota obaj to wiemy ucieczka w nierzeczywistość choć na chwilę 

Pozwala zachować zdrowy rozum jeżeli chodzi o mnie byłem już 

Chłopcem i dziewczyną i rośliną ptakiem niemą rybą rzucającą się 

W rzece cóż z tego że nadal pokutuję czy różnorodność wcieleń

Metempsychoza pomogą zrozumieć związki wody z ogniem ziemi 

Z powietrzem choć człowiek nauczył się pomijać prawdę któż na 

Świecie z właściwą tobie przekorą potrafi to dobrze wykorzystać

Narracja wymazuje zbrodnię me struny głosowe rwane dygotem 

Krtani dłonie trącane gestem wzrok topiony w dali chcesz rykiem 

Przywołam byka z leśnej chmary ramieniem sięgnę rybę z dna 

Zatoki spojrzeniem omotam bekasa w kępkim bagnie nie odwracaj 

Wzroku w stronę nieba czy zaprzeczysz przez skłonność ludzi do 

Rzezi drażni nas obcość dobrego człowieka spotkałem w drodze 

Starca nad przełęczą w miejscu pełnym spojrzeń kobiet i mężczyzn 

Ich wielowzroczych nerwów martwych przez grzech zaniechania 

Widziałem jednorożca choć nie był czworonogiem orła choć nie był 

Ptakiem rybę ale i ona wcale nie była sobą ja też byłem kimś innym 

Spojrzałem w dół przepaści tętniła życiem bogactwem wędzonych 

Lin kozich skór przepiórczych pęków chłonąłem całym sobą śpiew 

Pieśniarza fantazję jak realność wymykającą się leniwym zmysłom

3 

Dostrzegł to ów starzec z Agrygentu pogromca sycylijskiej febry

Tak ten sam przez lata uwielbiały go tłumy by wygnać na starość


I za co za piękno języka nieskazitelną wymowę za trafną analogię 

Uderzającą puentę nie powstydziłby się jej żaden mówca życie jest 

Bękartem przypadku żołdackim gwałtem na ziemi oranej ludzką 

Kością wiatr zaczął strzępić górską mgłę starzec zsunął ze stóp 

Spiżowe buty podał mi dzban z metopą pokrytą śniedzią mchu to 

Twój wszechświat szepnął do ucha reszta choć użyteczna będzie

Na zawsze zakryta potem wydłubał sobie oczy sfrunął w mistyczną 

Przepaść co przemilczałem przed sobą to ukryłem i przed nim wir


Z północnego zakola wzmógł się nasrożył chłonął gwałtowniej biel 

Mgły ludzie rzezali osły tysiące obdarli ze skóry kobiety szyły z nich

Worki rozwieszały na szczytach na pagórkach łapały wiatr by ustał

4 

Pode mną długo jeszcze wirowały głowy bez szyi bez tułowia oczy 

Bez twarzy źrenice bez oczu nieco wyżej wszystko co kiedykolwiek 

Pobłądziło straciło szansę na istnienie w życiodajnej przepaści czy 

Dla mnie znalazłoby się tam miejsce nie jestem naiwny nawet jeśli 

Obrazy ich koloryt ulotność tła za dnia zwodzą człowieka nie mam 

Kompleksu Polikratesa lękam się jednak ktoś mógłby stać tuż obok 

I nieszczęście gotowe każda swobodna myśl jest dobra by ważyć 

O twoim losie wygnanie byłoby łaską nie licz na szczęście chyba że 

Byłbyś jednym z bogów uczepionych pieśni włóczęgów i kapłanów 

Taki może śmiać się a będą płakać może płakać zacisną pięści lecz 

Dla mnie ich bezsilność trwa krótko czy jest coś co śmiertelnikowi 

Zapewni wolność wprawne ręce obejmą jego myśli chwycą jak kiść 

Winną przed tłoczeniem by zbadać soczystość klarowność lepkość

A jeśli rzeczywistość nie podda się łatwo jeżeli strumień myśli nie 

Wytrzyma próby co było gładkie zamieni w zbyt szorstkie co świeże 

I przedwczesne stanie się spóźnione wykrwawi winorośle na śmierć 

Będziesz kompanem Peryklesa oskarżonym zaocznie winnym jak 

On skazanym za stawianie astronomii przed bojaźnią krzyczałeś 

Wolność jest odtrąceniem od tego co złe życie jest skłonnością do 

Tego co dobre cóż za naiwność w kosmosie nie ma takich słońc

Poza wszechświatem nic nie może istnieć zwłaszcza ty buntownik 

Hochsztapler ludzie nie uwierzą ci na słowo nie pomoże kwiecista 

Mowa bieganie od drzewa do drzewa marnujesz tym wyobraźnię 

One choć stare długowieczność czerpią z przewagi miejsca raz 

Światy łączą raz dzielą na mnogość rzeczy chcą żeby pamiętać 

Obraz ich pni gdy w pieśniach oddalamy się od siebie zwaśnieni

6 

Jak pytać o znaczenie świata pierwszeństwo tego co na dole przed 

Boskim niebem cóż po tym że góra oznacza zysk jeżeli realnie nie 

Istnieje za to tamta przepaść wciąż huczy w mojej głowie zapach 

Skórzanych worków ich rozrywany na wietrze trzepot obraz znad 

Cienia pomiędzy wysokim słońcem niską mgłą płócien otacza mnie 

Na nim tęczowa gloria wir zbliżył się do drogi chce porwać kłak 

Ziaren w których ukryły się ziemskie żywioły znać nikłą szansę by 

Z prochu wody powietrza i ognia mogła zrodzić się krew człowieka 

Czerwona jak przypowieść o złu które samo się wydarza o dobru 

Które może pochodzić z twoich rąk nieprzypadkowo wszystko tkwi 

We wszystkim w żywych oczach sposobie w jaki kołysze się ludzka 

Sylwetka gdy w zamyśleniu przechodzi hen na drugą stronę kresu 

I ja tak chcę zamknę oczy pobędę chwilkę dotknę złotych włosów

Rozkroję gałki oczne mój język ułożę w spirali krętej głowy byś i ty 

Mógł się w końcu wypowiedzieć to najważniejsze słowo tkwi gdzieś 

W nieświadomości obiecaj że kiedyś zabierzesz mnie ze sobą na 

Drugą stronę a potem pozwolisz wrócić ptaki potrafią tak robić 

Mógłbym się od nich nauczyć opłacić złotem prowiantem rozpustą 

Lubię miarę chciałbym i ja wspiąć się aż do gwiazd choć wytykają 

Mnie palcami najwidoczniej rozbawione nienaturalnym położeniem 

Człowieka nie ma się z czego cieszyć one też są w dziwnej sytuacji 

Plamy wciśnięte w kaftan ognia pędzące na oślep ryzykują tym co 

W sercu jest rozciągłe podobne do strun niebiańskiej liry jej dźwięki 

Biegną ponad życie poza rzezie bezbronnych poza zgony władców 

Spójrz wszystkie wyjątkowe w swym rodzaju śmierć wiecznie taka 

Sama spełniana fałszem czernią dołów ziemskimi sługami bogów

8 

Kochać rozumność a o bogach mówić że istnieją miałeś pamiętać 

Tę sentencję czyż życie warte umierania gdy śmierć bez życia nie 

Istnieje wie o tym każda z tamtych gwiazd ukrywa w sobie wielki 

Świat ten sam który i ja noszę w dziurach głowy jak to możliwe by 

Także w nich był wszechświat z boskim kosmosem mną i tobą lecz Człowiekowi po co taki świat jeżeli nigdy nikt nie dotrze na drugą 

Stronę nie powie czy są tam księżyce na niebie zatoki przy ujściu 

Rzeki drogi na których co chwilę przystajemy motyle wypatrujące 

Kwiecistej łąki zwinne pszczoły troszczące się o suty pąk byłaby 

To rajska sielanka bez pala z wbitym nań bluźniercą bez ciążącego 

Na nas obu hańbiącego wyroku niewiele zostało czasu resztę życia 

Chcę przeżyć wyjątkowo mógłbym przestać uciekać byleby się bali 

Byleby miłowali i wciąż bali bo nijakość gubi za sobą ślad-nie-ślad

9 

Znowu mijają nas płaczki mają nagie torsy bezwstydnie obnażyły 

Pustkę po mlecznych piersiach ciętych rwanych palonych wokoło 

Leżą resztki śniade sutki soczyste stożki sterczą miłośnie czekają

Na pieszczoty zapodział się gdzieś amator spóźnionej cielesności 

Piękna dartego żywcem rzuconego na pożarcie hienom ćwiczonym 

Do walki w pierwszym starciu psom zajadłym bezpańskim lichej 

Zwierzynie trawiącej i wydalającej fizyczność dobro kobiet utraciło 

Wszelki powab a nadal żąda czułości jakby nie stało się nic złego 

Musiałby kto wargami dotknąć blizn przytulać do wspomnień witać 

Chłodny kikut ślad ściętej dłoni pożądliwie zapuszczać w czernię 

Oczodołów razem z nimi błądzić w niemym niebie tam wszystkie 

Żywioły zespolone siłą destrukcji tworzą łunę pożar przetacza się 

W człowieku buzuje oświetla pieśni grajka nieregularną kulą ognia

10 

Dopilnuj by nic złego się nie stało łucznicy gdy wezmą je na cel 

Będzie za późno owady odlecą spiesznie w krainę ważek gryzonie 

W szczurze nory lisy w mdły pomarańcz zostanę sama na sam


Z namiastką zdarzeń epizodem bez wyraźnej twarzy bez przesłania 

Dla wiernych bez miłości skąd miałbym zdobyć srebro nic nie mam 

By przekupić strzelców ratować ludzkie życie ot drętwą przemową 

Cóż wartą dla żołnierza pod koniec wędrówki na boga patrz przed 

Czym pierzcha zwierzęca miernota wieloróg ściga życie dla niego 

Nic nie ujdzie należnej uwadze wyskoczył był na płaczki badają się 

Strony człowiecza nie ma żadnych szans potwór rozpostarł szczęki 

Rzucił splot języków zhaczył ciała kolce z trującym jadem wspiął 

W ogonach zlizał ślady na piersiach spod blizn sok nienawiści tak 

Trafił wprost na miłość teraz będziemy płacić wstydem nie srebrem

 

11 

Te które są brzemienne nie dadzą bogom duszy reszta je straci na 

Rzecz mitycznych potęg z kobiecych prochów wstaną widma żniwo 

Dla wyobraźni stwory zza krwi i kości szponiaste drapieżne nurzane 

W żywej lawie pierzone skrzydlate zdolne wypatrzeć w pustym 

Dzbanie kres istnienia wydobyć kamyk po kamyku każdy z niejasną 

Wizją o ludzkiej przyszłości siejąc tym zamęt w domostwach 

I sądach miasto nie zdoła sprostać wątpliwościom iście prawniczym 

Sztuczkom krasomówstwa kłótniom agorze ona chociaż kompletnie 

Wyzuta z sumienia wciąż jest nauczycielką zwłaszcza w wielkiej 

Biedzie gdy dary godne bogów procesje z modłami święte hymny 

Nadziei sczezną porzucone czyż nie poetom przyjdzie oddać głowy 

Po co tylu zabiega o czas wywyższenia nikłą wartość pozoru ma 

Fakt że życiem odstają od śmiertelnych poznali tylko cudzą śmierć

12 

Winnym jest rapsod Kleomenes on głośno ględził o demonach 

Dla niego padłe duchy ludzkości lekarze mistrzowie świętych epik 

Prorocy śmiertelnych w nim żyją jak książęta godziwi zaszczytów 

By odrodzić się w pełni zastąpić nam bogów poeta swoją pieśnią 

Zasiał w rynku trwogę czy teraz również on miałby być poczwarą 

Cielesnym kęsem mięsa przekąską sturoga ostrzeżmy go czym 

Prędzej nie gódźmy by zginął pomóż mu pojmać brankę złoży ją


W ofierze pełno jest wokół bogów każdy wściekle głodny wygląda 

Z gniewem co dla niego los wytrwale gotuje rękoma człowieka


Lecz krwi nie godzi się rozlać ona rodzi miłość rozrzuca koloryty 

Zapach plastrów miodu jej lepkość jak pot z czoła jej smak jak lotna 

Woń jej wnętrze środek duszy jeśliby ją utracić czym miałbyś się 

Podzielić ślepi bogowie wiedzą że nie krew gdy leję na ołtarz wino

13 

Znów jestem podatny na zwątpienie to jeszcze nie depresja ledwie 

Nerwowy stan przed klęską wstydliwą rezygnacją pokrętną zgodą 

Na posłuszeństwo wobec śmierci gdzież nagle zapodziała się moja 

Odporność na człecze malkontenctwo patrzę w sam środek świata 

Zło obejmuje swą istotą półnagich ludzi chciałbym ich bronić przed 

Potworem lecz jedynie ten kto zna najdalszą przyszłość mógłby im 

Pomóc ty to zrób lub spraw bym posiadł ósmy zmysł a wówczas 

Wyjawię całe dzieje wyłuszczę przed sędziami prawdę na temat 

Końca sądów bo choć są ludźmi wszystko co ludzkie jest im obce 

Wspierają wieloroga bałwochwalstwo i młodzieńców dzięki nim są 

W stanie wzbudzić w sobie wiór orgazmu przerwij to nie odkładaj 

Rozwiąż trybunały bez nich potwór nie zdoła tknąć ludzkiej natury 

Prawda o tym rozbrzmiewać będzie w pieśniach wypływać z serca

 

                     Edynburg 2017-2018 

[w] Isaac Jacobovsky, Jednorożec Wielorożec. Kompozycja liryczna. Pieśni I — XXXIX w trzech Księgach. Tom 1, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2022, ss.13–20]

Księga trzecia, Warkocze słów

Pieśń XXVII, Moc spoza naczynia

                      Ojczyzną poety jest 

                      cały wszechświat 

1 

Między głupcem a mędrcem panoszy się pustka scena z jałowych 

Dysput kpin i uzurpacji chcą jeszcze jednej szansy na zrozumienie 

Odmienności tak jawi się odwieczny spór najniższych instynktów


Z boską naturą świat emocji mieszanych w gardle słońca ładzonych 

Księżycem obmawianych bezwstydnie przez grajków i kłamców 

Włóczęgów żądnych zemsty za podły dar losu kamień przydrożny 

Pył z twojego sandała są warte więcej niż przestrzeń cała nieba aż 

Po złote gwiazdy to inna pustka niezwyczajna widać ją po cieniach 

Drobnych nieregularnych wczepionych w tło życia pełno w nim 

Chorych życzeń zła i przekleństw hańby po której trupy tracą głowy 

Chuci dla której zmarli nadal grzeszą martwe deszcze czym roszą 

Tym zmawiają koniec martwicą trują ziarna pleśnią sieją pola plon 

Będzie z nich obfity pełen tego co bezszelestnie w człowieku faluje

 

2 

Niegdyś obaj mogliśmy czerpać z dwu przestrzeni w jednej z nich 

Sadziłeś dźwięki pieliłeś rozumne słowa pielęgnowałeś zarys łąki 

Na której w nieodległej przyszłości miały wzrastać cyprysy lecz to 

Co dźwięczne rodziło dysonans co klarowne strzępiło się kruszyło

Po muśnięciu mętniało rozpadało a co zmienione w pustkę 

Niespodziewanie potężniało do granic kosmosu pękając na końcu

W szwach twe ratunkowe próby zmieniały cały ten świat w korowód Przepastnych dziur ukrywających niechlubne dzieje poznawczych 

Luk naiwnych hipotez fałszywych tez bibliotek Polikratesa Pizystrata 

Pełnych bzdurnych idei fundamentu dla nekropolii świątyń i pałaców 

Historia czy mi wybaczy jeśli cię nie nakłonię do szukania prawdy


O drodze która nie wiedzie przez pustkowia omija czarną bezdeń 

Pułapkę psotników szydzących z niedoskonałej kondycji człowieka

 

3 

Słoje drogi obrosły jej przesłanie czy ty też to zauważyłeś warstwa 

Przykryła warstwę goleń zmiażdżył swą piszczel ślad stracił znaki 

Szczególne zniknęło prawo do swoistości brakuje świadectwa 

Istnienia przepadła lekkość z jaką stopa odcisnęła felc śpiesząc na 

Pewną śmierć dusza jako pierwsza rozminęła się z rzeczywistością 

Leży na samym spodzie słyszę jej biadolenie na niewygodę korzeń 

Przydrożnej szczapy przyrósł do dna perfidnie rozpycha się na boki 

Wzbrzusza wierzchnie lico ile jest w tym nadziei dla zapomnianego 

Piechura gdzieniegdzie resztki kości proszą o złożenie w sensowną 

Całość zrobiłbym to gdyby nie emocje one nie pozwalają trzeźwiej 

Spojrzeć w przeszłość mnożą się z tego dziwolągi tęgie straszydła 

I potwory wyciosane na potrzeby poezji tyrtejskiej śpiewacy zgarną 

Srebro wtórując krzykom wieloluda o unikalnym przesłaniu miłości

4 

Liście skrywają mankament duktu pęcznieją wzdłużają swe blaszki 

Błyszczą w ciemnościach jak świetlik zdobiący miliony możliwości 

Krajobraz układają w figury dwuścienne głowa mi zaraz pęknie od 

Nadmiaru geometria choć to nie bogowie czaruje kosztem tradycji 

Homeryckiej bezsilności człowieka liściostan splata atrium wypełnia 

Tył oka czaszka jest dlań za ciasna wystaje językiem plącze mi 

Nogi chce by ruszyły inną drogą lecz którą tą nieistniejącą miałbym 

Od podstaw ją stworzyć żeby po niej stąpać czy to nie zuchwałość 

Istne szaleństwo a ja zaufałem wierzyłem w sprawcze moce liście 

Przywleką w końcu zgubę czepiają się byle czego ciążą prawom 

A kontestować ich nie wolno jeżeli w głąb i w poprzek bogowie coś 

Tu zmierzyli tak oznaczyli naturę zależności pieśniarza od tego co 

Święte czy i w ich głowach liście pęcznieją wzdłużając swe blaszki

 

5 

Zawróćmy pójdźmy do Pireusu pełno tam martwych dzieci one są 

Najlepszymi posłańcami pomogą spętać całe zło ocalić nas przed 

Fałszywymi zarzutami złóżmy w magicznym sarkofagu laleczkę


Z ołowiu zwiążmy jej giętkie ręce wytnijmy język czegoś takiego nie 

Przeżył nawet Mnesimachos twój rozum niech dosięgnie tam gdzie 

Na niego czekają podziemne demony wystarczy zwinięta w rulon 

Blaszka użyjmy tajnych inskrypcji wygubmy skarżycieli ogłupmy 

Pulchne gęby szpetnej rady ośmieszmy jej mowy przygwóźdźmy 

Posądzenia zakopmy z trupami wyrwijmy ręce nogi kupionych na 

Świadków zeznania tych którzy donosami o braku dzielności chcą 

Nas dopaść w sądzie to sami tchórze wierszokleci łatwe prostytutki 

Niech nie zyskają na tym nic a nic ani kłamstwem ani najszczerszą 

Prawdą i niech zostanie po nich śmietnik pełen świeżutkich kości

6 

Nie raz już przewracałem się bez jawnych przeszkód moja głowa 

Dyndała na niteczce każdy taki upadek ratował mi życie wstawałem 

Szedłem ufny w łaski zbożnych bogów dobrzy ludzie zgorszeni 

Żywotnością skrywali w sobie złość studzili krwawy zapęd dusili wre 

Uczucia z nieustanną nadzieją w sercu pokrzykiwali cierpliwości to 

Jest zapewne ten ostatni raz pytające spojrzenia zbywali władczym 

Gestem z niesmakiem składali epitafium i tak tracili czas pragnąc 

W dojrzałych słowach osiągnąć cnotę nienawiść zapanowała nad 

Człowiekiem nie z powodu podłości lecz z chęci doskonalenia się


A mnie przypadł w udziale spory ochłap strachu obdzielić by nim 

Można pełną sieć mięczaków ciągniętych z dna zatoki przez łodzie 

Rybackie choć żaden z nich nie skrywa perły najwyżej żal w miłości 

Że ona podtrzymuje swym ciężarem siermięż sieci miast ją zerwać

7 

Jeżeli nie użyjesz klątwy przyjdzie czas ginąć lub chylić czoło karku 

Bo człowiek czy zdoła uciec zawracając nie rezygnujmy zbyt łatwo 

W pobliżu jest studnia najgłębsza jaką znam aż do serca dna ziemi 

Królestwa bóstw i lęków musisz wymienić tam co najważniejsze na 

Mniej ważne własną śmierć na wieczne życie będziemy mieli nową 

Perspektywę bogate dźwięki pełne barwy bezlik drobniutkich chwil Otwierających się zamykających mrugających porozumiewawczo 

Do próżnych ludzi każda z nich chętnie wciąga człowieka w wir 

Zdarzeń i z jej tylko znanego powodu wypycha jak coś zbędnego 

Z nich wiele rywalizuje o ciebie choć nie jesteś kimś cennym a jeśli 

Któraś cię przecenia ciągnie za nogę skręca stopę przewracasz się 

W końcu zawstydzony na prostej drodze a to nie była twoja wina 

Kiedy dosięgną cię pościgiem rozniosą w pył zapomnij o litości 

8 

Podważasz wartość uczuć przecież świat nie może bez nich trwać 

Dłużej niż chwilkę nawet z nimi kiwa się jakby stał na jednej nodze 

Siwieje od tego głowa ty jesteś winnym ty żądasz od głupiego cnót 

Prawości ty budzisz w nim fizyczność namacalną przyjemność ty 

Bez umiaru dajesz ludziom szczęście i gdyby tylko splot materii 

Z duchowością nie wtłaczał w człowieka destrukcji obnażającej 

Umowność wierzeń lichy kunszt dogmatów czyż mądrość nie 

Królowałaby nawet wśród moich uczniów dzikiej zwierzyny dzieci 

I kobiet władcy polują do skutku tropią wonne ślady wkopują się 

Głęboko w cielsko traktu którym od zawsze uciekałem chcieliby 

Bogom i pospólstwu ofiarować me życie czy godzi się poświęcać 

Refleksję filozofa by pomóc głupcom dla mędrca ojczyzną jest cały Wszechświat to co rzucone zaschłe to co zwilżone kroplą jego łzy

9 

Zwyczaje doryckie jakże są odmienne od tych wschodnich jońskich Bezgrzeszni walczą o bogów handlują mojrami któż by się podjął 

Trudu zmiany przyzwyczajeń człowiek przesiąka wiatrem pachnie 

Budowlami zanurza bose stopy w alabastrze łagodzi chłód klepiska

I spod złotej mgły dobywa skraj świętości kto dorówna proporcjom 

Symetriom kolorom zapewne tylko ty mógłbyś pięknu sprostać tego 

Jednego nie sposób podważyć zadziwienie czy daje ludziom prawo 

Do zrozumienia zatrzymuje intruza przy pytaniu ono już na samym 

Początku skrywa akty wiary tuszuje uprzedzenia rzuca milionookie 

Sieci łowi krągłość głowy każesz mi szukać tego jednego jedynego 

Toposu po czym poznać który z nich ważniejszy i który anagram 

Zadziwiasz mnie frustrujesz już niedługo dzień dorówna nocom aż 

Razem znikną zostaniesz sam ze sobą bez słońc bez księżyców

10 

Do tego właśnie tęsknisz i jeśli porzucisz mnie bezmyślnie pędzony Przeczuciem klęski zostawisz zaszczutego osaczonego cielesnym

Złem triumfującym w każdym oddechu co wówczas pocznę sądzisz


Że odejdę bez słowa poddam się tej chwili zniosę ból może będzie

Za ostry a może tępy tłum nie udaje wzburzenia plądruje własną 

Niecierpliwość roznosi blask pożaru swąd pogorzeliska nadzieję na 

Lepszy świat czas bez posągów rzucanych wprost do stóp ulotnych 

Wieści czy po rewolcie ocaliliby tamtego nieszczęśnika włóczęgę 

Wyklętego za prawdomówność gdyby nie szybki koniec na ostrym 

Palu gdyby nie umieranie musiałby im jedynie oddać pokłon przyjąć 

Nową religię obyczaje stroje uznać nieludzkie prawo przybrać pozór 

Wolności w królestwie ławic z głębin martwych kluczy na niebach


I zgubnych rzeczy przystańmy choć na moment dokąd tak pędzisz

11 

Cóż mamy za wyjątkiem siebie prócz snów które tak nieostrożnie Niszczycielsko depczemy ból przetacza się szybciej niż otoczaki


W rwącym nurcie przystajesz na brzegu rzeki brodzisz po kostki 

Sandały ci rozmiękną od wilgoci rzemyki wchłoną rdzę zakrzepłej 

Krwi ile jeszcze rebelii musi się w nią wtopić żeby co nie przemija 

Warte było życia między twoim a moim rozciąga się przepaść 

Królestwo zapomnienia pod skorupą lawa napiera z całej siły unosi 

Nad krawędź nocą czekam w marzeniach na jasne wskazówki lecz 

Przebiegli bogowie wiecznie milczą samotni jest we mnie więcej niż 

Krzepkich wspomnień z nich chciałbym przerzucić kładkę aż za 

Rubież ty też odważnie popatrz na mą przepaść tam nie ma rzeczy 

Określonych zasuwy bram trakty donikąd mieszanka rosy z łzami 

Jej moc tkwi poza naczyniem którym byłeś dlań przez całe życie

12 

Głupim jest tylko ten kto o tym nie wie stoi taki w świątyni wielkiego 

Zeusa czeka na jawny cud szaleństwa by być mędrszym od siwych 

Światłych mędrców nie jest hańbą tu wchodzić skazą jest nie umieć 

Stąd wyjść bo zbłądzi kto chce odnaleźć rozkosze rozumu podnietę 

Dla swych zmysłów i słodkie spełnienie nie dostrzeże szkieletów 

Wsłuchanych w śpiew syren miękki wosk stopił się w ludzkim uchu 

Jeden w dwójnasób mądry że wie i że nie wie drudzy czego nie 

Wiedzą tego po dwa razy chcieliby łowić na agorze polować przy 

Błoniach a są łowczą zwierzyną bogów na rozstajach gołąb drży 

Przed jastrzębiem wróbel przed krogulcem wróblarz musi unikać 

Szponów gołębiarza góra skarży się wiatrom że wokół doliny będą 

Wkrótce szczytami kosztem jej upadku opór nie będzie pamiętany 

Tak jak moja cielesność jak moja duchowość tak jak przeznaczenie

13 

A więc o mojej śmierci zadecyduje los i o wolności nie ten kto mnie 

Zniewolił przy nim wzburzony tłum zwykle żąda by niebyt był równie 

Realny jak istnienie zaś ja już tylko trupem rozłożonym na środku 

Agory miażdżonym podeszwami piechurów sam szewski filozof 

Simon uszył im buty i on sam dla wolności słowa odmówił gościnie 

Peryklesa jawna niekonsekwencja winne zabobony wszędobylskie 

Gnieżdżące się nawet w odbycie w przełyku Menedemosa biedak 

Aż zasłabł w biesiadnej gospodzie nad misą serc ofiarowanych 

Ziemskim bogom w człowieku dopóty nie ma poezji dopóki pieśń 

Nie wyrwie z niego duszy na święte oddanie bez tego triumfują źli 

Nad dobrym żółwie nad orłem ani nie zaczną ani nie przestaną 

Jedynie dobiją życie na uczty chodzą z poduszkami dla tych którzy 

Mogliby słuchać najlepszym daniem jest słowo lecz oni nie jedzą

 

                       Edynburg 2018-2019

 

[w] Isaac Jacobovsky, Jednorożec Wielorożec. Kompozycja liryczna. Pieśni I — XXXIX w trzech Księgach. Tom 2, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2022, ss.71–78