Ojczyzną twórcy jest wszechświat

O Autorze

Autor prac naukowych i literackich. W latach 1974-1989 członek opozycji demokratycznej w Polsce. Zmuszony do wyjazdu z powodu zbyt wielu represji przed 1989 rokiem i po nim.

Przejściowo mieszkał w Szwecji. Od 2007 roku mieszka w Wielkiej Brytanii.

Jednorożec Wielorożec. Kompozycja dialogiczczna. Tom 1

Isaac Jacobovsky


[fragmenty]

Księga pierwsza, O słowie ono mogłoby być jedno
Dialog XIII, O światłości i sercu ze spiżu

O światłości i sercu ze spiżu
O sprawcy nieszczęść

O szukaniu wolności

O polowaniu na człowieka

O światłości i sercu ze spiżu

Chórmistrz Chóru Starców
Światłość jeśli ma serce ono jest ze spiżu trzymającego ogień

Z wodą w pięści zbrojnej w światach nieznanych mrocznej głębi to
Serce jest w twej głowie w twojej dłoni w skałach wulkan zanim
Wyrzyga łowi z łąki kwiaty szuka ptactwa by w oczach zważyć lęgi

Gniazda ocenić nowe szczyty czy wzejdą wysoko a doliny z troską
Należną ścielić będą zieleń chronić ludzi po jarach lub porzucać

W biedzie ciemność chce wziąć w niewolę słońca twych kosmosów

Księżyce twoich planet wnętrza kręte i długie ciała skąposzczetów

Rozciągnięte w przestrzeni galaktycznej rzucone pod twój sandał

Pełzające do nosa do uszu po sam czubek czaszki pod wilcze łyko
Nieba życie nie chce się poddać u góry na dole człowiek czepia się
Rzeczy nie wartych zachodu lepszy bezczynny dystans i trwanie
Czy ciągła pogoń za tym co nieuchwytne choć jest wszędzie wokół

Słowotwór
Mrok chciałby przykryć wszystko stratą wypełnić niespełnieniem Powstrzymywany siłą słońca ciepłem ziemi odgraża się bezsilny
Śni o potędze choć jest metaforą grasz nią jak krążkiem rzucasz
Płasko w lustro odbija się i skacze odrywa od powierzchni buduje
Okręgi one toczą się toczą przesuwają granicę lekceważąc prawa
Natury codzienność zechce stawić opór lecz mrok dosięga dalej
Unosi gładko aż trafia w koniec w kres bezwładu znika po drugiej
Stronie razem z tobą tak zwyczajnie prozaicznie jak buntownik we
Krwi mędrzec w błahych domysłach hochsztapler po krachu czy

Ludzie żyją po to by zaspokoić twą ciekawość śmiejesz się tylko
Wtedy gdy przedstawiam me liryczne plany człowiek ach słowo
Brzmi tak dumnie ambicja by poznać prawdę zeżre nas do reszty
Nic to że wciąż błądzimy ludzki geniusz nie pozwoli nam zgłupieć

O sprawcy nieszczęść

Chór Starców
Zatrzymaj czas bo to właśnie on jest sprawcą nieszczęść gna nie
Patrząc za siebie a tam same trupy kiedy pod koniec dnia wraca do
Dobrych starych miejsc niszczy cię melancholia wyrzuty sumienia
Choć nie byłeś aż tak winnym by kłuć własne oczy odcinać ręce
Stopy drzeć z żywej twarzy skórę ludzie cierpią za coś co z samej
Konieczności jest możliwe lecz dobrze wiesz że nie jest namacalne
Zaledwie prawdopodobne tkwi w splątanych myślach ukorzenia las
Zmysłów ściółka sięga pniaków wiele z nich powalonych próchnieje
Na skrajach oddzielając nas od drzew matecznika źródlanej wyspy
Platonii samotnej zawieszonej w nieskończonej potencji jeśli coś
Chcesz zrozumieć musisz ufać rzece jej woda dar złudzenia jej

Nurt błąd podejścia jesteś na polowaniu wiosłopław skrzydłodzioby
Pocieszy twą duszę gdyby nie wschód platanów sądziłbyś że chybi

Chórmistrz Chóru Starców
Co znaczy tajemnica gdy w sercu nic nie ma sam chciałbym mieć
W nim duszę a ona jest w brzuchu burczy żałośnie wzdyma szuka
Dróg do światła niekiedy protestuje goszcząc niestrawności we śnie
Rozsadza głowę przyzywa koszmary przez nie pocę się wzbraniam
Choć są miarą życia w świt wkracza jawa i dusza ucieka chowa się
W obu nerkach sypie w obie piasek przeciska przez przeponę płuca
Ledwo dyszą słowa są dlań za ciężkie jest ich tu za dużo żądają
Szybkiej artykulacji zwłaszcza te zaniedbane w życiu używam ich
Raz lub nigdy mądry zrozumie głupi powie co wie nie zważając na
Moje myśli one choć trzeźwe czują się jak towar wystawiony obok
Na handel pełno tego na stole blat gnie się od ofert stragan sprasza
Kupców lecz cena bulwersuje jest nijaka ludzie wolą okazje upusty
By zaoszczędzić lecz ja idee rozdaję za darmo nie są na sprzedaż

Chór Starców
Niechże ptaki opuszczą twą głowę byś stał się wolnym rozłupałeś
Dwie czaszki nic w nich nie było jak znaleźć sens jeżeli wolność nie
Ma już znaczenia co najwyżej bezmyślni dławią się nią uzurpują
Stan wniebowzięcia nie podarują dwóm szczęściarzom Henochowi

Eliaszowi dożycia do nieśmiertelności chcą upolować jednorożca
Wejść w jego skórę tańczyć do rana czy nadal chcesz szukać istoty
Rzeczy musiałbyś niezależność omotać bezwzględnie ośmieszyć
Skazać na wieczne zgryzoty ale nie chciej tak żyć uwierz w prawdę
Przynieś jej przesłanie nie ułudę nie kpinę zwiążemy cię z celem
Mistycznym bez którego nie byłbyś człowiekiem prawda nie płynie
Z wolności gdy zmierza prosto do nas dostrzeż ją nie unikaj dziki
Zwierz to czuje jakby posiadł twą wiedzę żył myślą szedł stopą po
Nieznanym stworzonym z pereł z bluszczu które budują widnokrąg

O szukaniu wolności

Słowodar
Szukaj wolności spróbuj nią oddychać i odświętnie i na co dzień

Nie śmiej się tego właśnie pragną ludzie nogi ich wtedy niosą

Z ciepłym wiatrem usta drżą muskając wilgoć zamknij oczy by
Wszedł w ciebie cały wszechświat wielkie gwiazdy pył z bezdroży
Tłumy niemej gawiedzi statystów twojej dominacji władza którą da
Ci wolność wykroczy poza ziemską bez niej jesteś nie odebraną
Przesyłką prokreacja zrobiła swoje i drepczesz w kółko stawiasz
Pytanie za pytaniem prowokacyjne lecz one nie dbają o odpowiedź
Mimo tego próbujesz dostrzec prawdę poznać regułę według której
Mógłbyś ogarnąć odległą przyszłość a wtedy wiatr ustaje nagle jak
Przed burzą krople deszczu z hukiem dziurawią czaszkę odsłaniają
Twoją trwałą ułomność zaraz po nawałnicy włażą do środka owady
Ochoczo składają w głowie jaja pająki przędą kunsztowne sieci

Słowotwór
Zniewolenie rozprzestrzenia się jak pyłki kwietne pełno ich wiosną
A wszystkie liczą na spełnienie ile zdoła zakwitnąć ucieszyć oczy
Węch wprawić w stan zadziwienia dopasowaniem do preferencji
Tak trudno osiągalnym nazbyt wysublimowanym myślę że jeden
Pyłek to aż nadto lecz ty wciąż żądasz by nic nie stało się daremne
Trwało przez wieki rodziło nie zrodzone zmieniało w doskonałe
Choć raz czy dotknąłeś swej skóry jest kwiatem z zorzy oczy tkwią
W środku źródła kobieta i mężczyzna przeglądają się w nim jak ty
Sam światy pomieszczą każde życie małe i większe według miary
Bez miary człowiek też mógłby mieć w nim swoje godne miejsce
Nie jest jednak uważny słucha śpiewu ptaków o świcie kiedy ciepło
Unosi się z łąki sięga po broń przeciwko obcym i bliskim przeciwko
Sobie samemu gotowy walczyć aż do zmroku na śmierć i życie

Słowodar

Dzień kurczy swoje cielsko w końcu znika by wypocząć nabrać sił
Do zastąpienia przyszłości ta narzuca się wrzeszczy skandalizuje
Prostytuuje za niską opłatą nie ufam jej nie przepłacę jeżeli nie ma
Na to rady świat zmienia się a najszybciej to co właśnie nadchodzi
Wyłączność zniewalania i cud wolności różnorodność w bogactwie
I mnogość gąb do wykarmienia jak zapanować nad tym złączyć ze
Sobą różnice poddać biegowi czasu opuszki palców wyczują jego
Linearność cykliczność zamkniętą w stelażu rozłożystej spirali nie
Słuchaj co mówią o nim władcy o jego wydumanej jednorodności
Gwiazdy głowią się bezskutecznie jak czas usidlić a cóż dopiero
Człowiek z niepoważną naturą słabym przeczuciem klęski trwałym
Rozkojarzeniem z powodu ciągłych rozstrojów żołądka lunarnych
Peregrynacji i wciąż zawiedzionych nadziei na fizyczną penetrację

Słowotwór
Miłość czasem pozwala zapomnieć o lęku nie wrzeszcz więc nie
Utyskuj że nic zupełnie nic z twojego otoczenia nie jest jej warte
Pomyśl o dojrzałej kobiecie o mężczyźnie i żółtodziobie oni czyż

Nie uskrzydlą twoich ramion nie wzmocnią kręgów szyi nie wskażą
Drogi w nich szukaj prawdy cokolwiek miałaby wyrażać bo jej serce
Jest jak ciało kobiety a jej treść jak dusza mężczyzny ten mezalians
Nada ci niecodzienny kształt ciało młodzieńca przyspieszy twój
Puls rozhuśta w żyłach szybki obieg i mózg będzie musiał wystąpić
W roli wielu aktorów nawet nieubłagany czas odda się fascynacji
Wysublimowanego uporządkowania namiętności odsłoni biegłość
Fizycznej ekspresji czy zapanowałeś nad emocjami natura czaruje
Ludzkie zmysły lecz nie wolno ci łamać prawa mężczyzna obcujący
Ze zwierzęciem musi ponieść śmierć winne zwierzę musi być zabite

Słowodar
Strzec się by móc w końcu dotrzeć do sedna miłości stanąć twarzą
W twarz chociażby z sobą z tobą próbowałem tyle razy lecz ludzie
Darli z siebie szaty przeklinali matkę i ojca i dzień moich narodzin
Wygrażali końcem świata do dzisiaj nie wiem przed czym bronili się
Tak zajadle przed kim świadczyli o swojej niewinności nawiedzając
Mój dom posłanie miejsce przy stole gorącą strawę w palenisku
Sądzisz że wkrótce nie będzie trzeba uciekać hen hen w nieznane
Na obczyznę wiatr jednak zdradza cię często roznosi słowa szczera
Myśl przenika góry morza i tłum znowu szykuje drągi jakbyś wciąż
Był dla nich dziką bestią przedmiotem sakralnego pożądania chcą
Cię złożyć w ofierze to akt boskiego humanizmu jeśli i ja potknę się
Me serce zastąpią szakalim dłonie szponem jaszczura duszę jadem
Skorpiona czy będąc łowną zwierzyną można odnaleźć prawdę

O polowaniu na człowieka

Chórmistrz Chóru Starców
Na kogóż nie polowano wołając w dzień zguby człowieczeństwo
Miłość bliźniego sprawiedliwość stawały się pustymi frazesami
Sztuczką kuglarską przeznaczoną dla gapiów ku pokrzepieniu serc
Zdrowa rozrywka musi uwzględniać zwierzęcość to dlatego poetę
Jako pierwszego chcą uśmiercić od świtu szykują truciznę moczą

W niej ostrze źrenic sypią do soli i chleba nie oszczędzą ni źródła

Ni studni wypełniają rytuał byś nie zdołał rozkrzewić słów bo już
Jedno wystarczy żeby ponad czernią sięgnąć duszy ptaki dziobami
Rozrzucą ją po niebie aż za pustkowia i gdyby nie kanon akantów

W zastoiskowych błotach ich płuca korzenne ich zioła z róż-fioletu
Ornamenty korynckie straciłbym wiarę w sens istnienia w mistyczne
Związki ludzi z ziemią wierzę w twą misję i zwłaszcza ty mi tego nie
Odbieraj nawet jeśli byłbyś ledwie złudzeniem błędem śmiertelnika

Słowodar
Wiesz dobrze jak to jest bo sam pragnąłeś misji zwiodła cię pasja
Przekraczania w której ja miałem być poręcznym tworzywem a ty
Czystą destrukcją negującą prawa fizyczne ciał normy społeczne
Dusz miłość ludzi i kiedy zaludniały się place Samarii wzbogacały
Tym obce narody a kiedy wystrzeliły w niebo mury Judy nadszedł
Czas burzenia jakże nierządne stało się to miasto dawniej wierne
Pełne sprawiedliwości gdy prawość w nim mieszkała teraz są tam
Mordercy Jerozolimie sławą przyszło płacić w chaldejskiej niewoli
Za brak duszy milczeniem wdzięczyć za to co los oszczędził gruz
Na kamieniu nie pozostał place domostwa zwierząt ostoja robactwa
W jej bramach mdły wieloludź w proch ściera moje szczątki wokoło
Stosy trupów miedziane korpusy srebro złoto diamenty wszystko
Zrabowane w ciszy czekają na pieśni żeby w nich zamieszkać

Słowotwór
W pieśniach gnieździ się lęk wciąż pulsuje nie znosi ani ciebie ani
Świata chciałby zdjąć z ludzi skórę zmiażdżyć żebra oszczędzi
Jedynie mózg serce wątrobę byś poczuł i ten rodzaj bólu niech
Piasek sypie się przeze ciebie jak przez dziurawe niebo królewska
Tęcza pisklęta wkraczają w nią niezgrabnie by wrócić lotem orła
Jastrzębia sokoła łania żeruje w zagajniku skubie młode pędy jej
Cielę ozdobi wkrótce roże jednorożca strzykwa chce chronić larwy
Przed drapieżcą z odbytu rzuca jad nić tkaną z jej własnych płuc

Mógłbyś i ty odnaleźć się z nicości zniewolić słabość pójść prosto
Przed siebie a jeśli światli barbarzyńcy nadal są skorzy do zagłady
Zatrzymać się przed nimi silnym wzniosłoskrzydłym ta droga czyż
Nie wiedzie przez władzę moralną czyż ludzki świat nie potrzebuje
Ciągłej naprawy może właśnie to jest lirycznym akcentem prawdy

                       Edynburg 2020

[w] Isaac Jacobovsky, Jednorożec Wielorożec. Kompozycja dialogiczna. Dialogi I — XXXIX w trzech Księgach. Tom 1, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2022, ss.133–142

Księga druga, O zarzucie złej woli
Dialog XIX, O braku akceptacji
O braku akceptacji

O nieliczeniu się ze śmiercią
O wojnie przeciw cyprysom
O bliskiej otchłani

O braku akceptacji

Chórmistrz Chóru Kapłanów
Kto zrozumie cię jeżeli samego siebie nie potrafisz zaakceptować
Można przemilczeć bezimienne masy ciał pustych snujących się po
Agorach alejach i świątyniach niezliczone wydmuszki ludzi mędrzec
Co innego wyróżnia się wśród tłumu stanowczą postawą donośnym
Głosem wzrokiem nie znoszącym sprzeciwu odmawia akceptacji
Wieloluda sam zechce decydować o swym losie złote zmysły odda
Ptactwu księżycom srebrnej głowy ich wścibskim oczom skrętnym
Językom jego pominąć nie sposób on też chciałby poznać naturę
Świata mnogość kolorów praprzyczynę czegoś skrytego w sercach
Dla dobra człowieka on zrozumie skąd pochodzi złudzenie barw
O ile biedak nie śpi nie rozmyśla nie zapomniał o źródlanej zorzy

Nie opuścił na zawsze bliskich zdławił popęd do chłopców zwierząt
Domowych trupów na polach bitew chwycił kij który byłbyś połknął

Słowodar
Niech i ja oprę się trochę na nim by całym sobą zasłużyć na nowe Doświadczenie płodne myśli doznanie tego co drażni z siłą jaką
Nie pogardziłby orzeł porywający cielę z mlecznozielnej łąki przez
Jej rzęsiste dno przeprawia się odwieczna rzeka wchodzisz w nią
Bez jasnego celu trącasz stopą diamenty niepoznanego początku

Zamysł wytrawnego szlifierza sprzed źródła aż hen poza ujście
Czy mi się nie zdaje że to się wydaje bo się ciągle zdaje że się nie
Wydaje tak jakbyś penetrował własne oczodoły oko woal wulkanu
Gdy zaciskam powieki szukam cię po omacku ty zrywasz szybko
Maskę lecz ona odrasta staje się coraz dojrzalsza tak widzą nawet
Zwierzęta podbiegają do ciebie podfruwają płyną tutaj by wniknąć
Stać się jednością znów jesteś sobą lecz zawsze inaczej to z tej
Przyczyny tęsknię za czymś co nigdy nie przychodzi i nie odchodzi

O nieliczeniu się ze śmiercią

Chór Kapłanów
Nie liczysz się ze śmiercią myślisz ona w żaden sposób nie istnieje
Jeśli nawet to czyż nie za każdym razem w zupełnie innym sensie
Jednego życia mało by je przeżyć stare ciało pieszczone słońcem
Huśtane wiatrem rzuca w naszą stronę ziarnka światła nie chcemy
Ci przeszkadzać drzewa kwitną co chwilę rodzą bez potrzebyciężar
Plonów uderza do głowy obfitość jest oznaką powodzenia niedobór
Tak jak nadmiar przynosi klęskę wciąż trwasz wciąż nie umarłeś
Uśmiercano cię zbyt wiele razy odgadnij w końcu cel dla którego
Snujesz się śniąc na jawie jakbyś był lunatykiem psem wyjącym do
Gwiazd nie sypiasz dniem i nocą dwie cząstki nieba tkwią w tobie
Czujesz ich walkę o miejsce we wnętrzu piszczeli w nerkach torsu
Gronach zwieszonych u podbrzusza w chrząstkach ruchliwej szyi
Ciekawskiej rozwijającej się z kłębuszka głowy łakomej na widoki

Słowotwór
Miłość usidla co popadnie wpada w nią cały wszechświat nawet
Dobro i zło choć słychać że nic takiego nie ma a może jednak jest
Stworzono je przeciw ludziom by mieli do siebie żal rozważali za

I przeciw wsłuchiwali w skargi filozofa jego łzy dźwięczą odbijają się
O próg naszych cnót od wykształconego głupca bardziej żałosny
Jest tylko niedouczony mędrzec gdyby nie wola bogów człowiek

Nie walczyłby z naturą nie niszczył krwiobiegu nie gardził ziemskim
Trwaniem zatrzymam tę machinę spojrzę bogom w oczy wszystko

W nich bierze swój początek nic nie zostaje takie samo rzeka jak

Krew w żywotnych lędźwiach płucze czas ułożę się w poprzek nurtu
Niech obejmie biodra siwe włosy ludzkie wodorosty splotami spłyną
W łaty mórz nurzane w wodzie są siecią łowną pióropuszem mojej
Ławicy wnętrzem podziemnej ryby kąpiącej się przed spełnieniem

Chór Kapłanów

Będziemy falą szumem mórz jeśli otworzysz ucho muszli usłyszysz
Słowa pieśni nasze wyznanie zmieni plusk zatoki w ognistą pościel
Ułożysz się w niej do snu by rankiem zrozumieć że gorąco wypływa
Wprost z twojego kształtu że jest zdolne stworzyć świat wszystko co
Poznałeś co było ci tak bliskie a w nas liryczne odszukasz miarę
Życia ujarzmisz żywioł chłód i żar nie mów o tym nikomu bo dobro
Poznajemy po milczeniu zło po rozmiarach języka ich gorszymi
Świadkami są uszy zbrodniarzy pierwsi dopadną małża wyłupią mu Galaktyczne oczy dwieście zwierciadeł spali mozaikę kryształów
Wpadniemy wszyscy w czarną nicość kto wezwie wróża na ratunek
Jeśli nawet my postradaliśmy pamięć jutra ty zmierzasz w inną
Stronę niż władcy i armie w poprzek pustego czasu i przestrzeni
Czerp z pustki jak ze źródła żeby nie zniknął nam na zawsze świat

O wojnie przeciw cyprysom

Słowodar
Ogłoszą wojnę bogów przeciwko dwóm cyprysom na tym wzgórzu
Królować będzie grabież bestialstwo i mord siepacze skrócą rozum Szlachetność rozwagę przetoczą fiolet stóp aż po kolana wówczas

Czy będzie ważne kto z nas pierwszy padnie zaklęcia nie pomogą
Rada mędrca głupiec stworzony jest by głupieć śpiewak by wydrzeć

Wniebogłosy w tanecznym chórze trzeba tego uniknąć świadomie
Spokornieć nisko pochylić głowę mamioną pozorem pokusą wielu
Nagród groźbami cyników wspartych miriadą bóstw czy wydasz im
Otwartą walkę nie zadław mojej duszy twoja choćby zginęła nigdy
Nie umrze pochodzi znad przepaści i jest nieśmiertelna powiedz do
Końca świata ile jeszcze razy słońca wzejdą zza gór schowają za

Wodą płodna podniebna ryba wypełni ją ikrą zrodzi korowód gwiazd
Księżyce lśniące na niebie srebrzyście spryskiwane nocną bryzą

Słowotwór
Muszę przemyśleć szum wiatru furkot gałązek wyraźnie słyszę jak
Plotkują mielą o wszystkim i o niczym mówią o tobie wciąż tylko

O tobie o mnie ani słowa miałbym i ja połknąć podróżny drąg by im Zaimponować każdy rączy kij symbol wędrówki pozwala iść daleko
Skrajem gęstych brzegów do kresu świata oddalić się od żywych
Przybliżyć do zmarłych a chociaż żadnego z nich nie widać pełno

Ich dokoła nieśmiertelni śmiertelni i śmiertelni nieśmiertelni ci żyją
Śmiercią tamtych tamci obumierają życiem tych większość nie daje
Rady słońce po słońcu raz za razem sprzedają za płomyk nadziei
Tylko nieliczni nie przeminą zapewne pochodzą z twoich myśli więc
I z moich z niczyich powiedz skąd mamy pewność że granit tworzą

Grudki bazalt lita gładź lawę zwinność padalca a to co w tobie jest
Wrzątkiem kominów sierścią oceanów we mnie zmienia się w słowo

Chórmistrz Chóru Kapłanów
Tajemnica niekiedy otwiera się oświeca nas swoją prostotą naturą
Metafory w niej ptaki cyprysów mogą co chcą śpiewać łowczy musi
Uważać by ich nie połajać ptaki innego drzewa niech czuwają żeby
Nemroda nie obrazić on może pleść co zechce ptasznicy są tuż tuż
A walka jest ojcem wszystkiego wodzem i królem jednych uzna za
Bóstwo drugich za człowieka tych oznaczy niewolą tamtych wolną
Wolą nie brzydzi się używać miodu płytkich łodzi lać do nich mleko
Wiązać do ruf ludzi cumować po moczary żwawa chmara insektów
Zagnieździ się w ciałach zamieni w żerowisko hojnie złoży larwy na
Nic zda się twa skarga usilne błaganie prychanie między hurmę
Nieświeżym oddechem cmokanie i syczenie wierzganie nozdrzami
Gdy owad chce doświadczyć kręgów twego sakrum poznać kopułę
Czaszki z entuzjazmem dla zwykłego śmiertelnika nieosiągalnym

Słowotwór
Z głowy sypie się coś co swą barwą przywodzi na myśl tęczę istotę
Modlitwy nie wiem jak to rozumieć kolor zazwyczaj ma odcień żółci Wyciekającej z rany brzucha czerwieni ludzkiej krwi ma brzmienie
Krtani tnącej oddech kształt poprzecznej szczeliny u nasady szyi
W dotyku pogrobowy w smaku słodki w słońcu lotny niesiony przez
Ziemski wiatr w kosmiczny wymiar cieszący się przestrzenią nad
Ptakami bezmiarem zatoki brzeżną drogą fantazjami powietrza
Wciąż świeże tak łatwe w kosztowaniu bez racji się kurczy wdławia
Piersi i dusi czyliż zawsze jest w zmowie z skrytym wierzycielem
Tym który od narodzin czeka na należność w częściach najpierw
Niewielkich aż po ostateczną wówczas tylko ty masz prawo łamać
Prawa by ochronić przed mrokiem brzeg choćby był biały jak piach
W podrożnym łęku nie pozna kiedy przyjdę dowie że już odszedłem

Słowodar
Gwiazdy też rozsypują modlitwę kołyszą się na czubkach dwóch
Starych drzew wielkich siłaczy od zawsze otwartych na żywioły na Zapewnienie misteriom orfickim błogiego cienia ten tylko z pozoru
Nieziemski fakt wypełnia ludzką historię zakreśla szanse wędrowca
Jak kamień z wprawnej dłoni jeśli rzucę z rozmachem łukiem poleci
Hen za chaszcze postrąca z koron ptasie gniazda by w końcu trafić

W pierś łucznika wyprę się winy odważnie zełgam mu prosto w oczy
Bo i niewinny całej prawdy nie powie a cóż dopiero drobny sprawca

Nieszczęść i szczęść czas nabrać sił leśnia skrywa jeżyny z między
Ściółki rozciął ją warkot lotek czerwony jeleń skoczył w złote liście
Strzały trafiły w próżnię jedna druga spiżowe gradobicie znad żółci
Płaskich słońc trzecia dopadła ziemskie zwierzę przeszyła wzdłuż

I wszerz bo kogo lepszy los nie wzmoże tego ostudzi zimny pot

O bliskiej otchłani

Chór Kapłanów
Jeleń nim zdąży poznać własną słabość wiatr zwieje serce w bliską
Otchłań nikt nie rozwiąże supła jego śmierci bo może ginie wskutek
Błędu wszystko przez upór drepczesz stale w kółko pytasz o rzeczy
Błahe na równi z ważnymi słowa żywią mech polan trą o korę sosen
Szyszki sypią dar losu na ciało zwierzyny wsparte bokiem o drzewo
Chyli się zuboża drętwy kark rano prężny kruszeje rozpada oddech
Trafia na ściółkę wprost na płytki korzeń życzliwe życiu sęki zrosty
Skryte grafy one wiedzą najwięcej o złym umieraniu nie ma w nim
Żadnych reguł precyzji logiki nie ma lekkiej poezji sama proza życia
Stara przestrzeń bez miejsca dla imienia zmarłych świeże doły dla
Grajka włóczęgi bluźniercy za sens pieśni i wierszy łucznik zmierzył
Cię wzrokiem przypisał do zbrodni twój kamień strzaskał tarczę
Złamał łuk i strzały ocalała ledwie garstka tych słów przeciwko sile

Chórmistrz Chóru Kapłanów
Homer szybciej by dostrzegł co za wzrokiem skryte choć nieżywe

Od ręki zyskałoby życie wyturlałby z dna głowy wrzucił w potok
Liter kto mógłby go zastąpić w niewdzięcznej robocie Hezjod prosto
Z agonu wrósł w spiżowy trójnóg tak usnął niebożątko sążny kamień
W wodę już go śpiewak nie zbudzi tłem szlachetnej prawdy w niej
Nie ma żadnej fikcji urojeń zmyślenia pozostało wrażenie lecz czy
Warte troski ilu ciągle zabiega o najlepsze imię a będą wspominani
Wyłącznie przez wrogów źli ludzie nie wybaczą że o nich wiedziano
Kim byli w rzeczy samej i co ich skusiło spójrz w połach leśnej
Sierści kwitną złote kwiaty przybrały strój poroża kobierzec jelenia
Wokoło rajska tęcza rój pszczół stawił straże ochrania tym ostępy
Przed żądlim natrętem zgiełkiem dzikusa-osy i siłą szerszenia ile
Bym dał za ciszę pomogłaby odszukać prawdę poezją tyrtejską

Słowodar
Łucznicy zedrą skórę osuszą na wietrze gorącem zbarwią ścięgna
Zwijane na szpule łeb włożą do mrowiska od szyi po roże aż zalśni
Czystą bielą królewskim symbolem czerwony jeleń triumfu pożywi

Pospólstwo historia da co zawsze na przyziemne stoły skórę i puste
Kości zwierzęce domysły nostalgię i tęsknotę dla dusz zbędny

Balast jedynie gniew i bunt potrafią walczyć przeciw śmierci jeżeli

Są prorocze nie służą destrukcji jedynie pieśń gdy harfą wskrzesza
Martwych gdy śpiewak na podstawie faktów bada słuszne słowa nie
Na podstawie słów naturę rzeczy bo czy poznał kto rzeczy które
Łakną zgłosek przystają do ich kroju które chwalą bogów oni chcą
Mieć rację zawsze i wszędzie zbezcześcili tym świat tkwią w ustach
Agory gardłach kłótni gdy ludzie mi nie wierzą wkładają ich w uszy
Me pieśni duszą w brzuchach lęki w ciężarniach serc położniach zła

                      Edynburg 2020

[w] Isaac Jacobovsky, Jednorożec Wielorożec. Kompozycja dialogiczna. Dialogi I — XXXIX w trzech Księgach. Tom 1, Wyd. EcruStone, Edynburg — Warszawa 2022, ss.133-141, 195-204