Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
Sonety szwedzkie. Tom 1, Zaproś wroga na ucztę
Wierzyłeś, że po tobie przestaną mordować
Że ocalisz od śmierci swój Naród Żydowski
I będą twoi bracia mieli inne troski
Niż wieczne przykazanie, by się dobrze schować
Marzyłeś, że po tobie z kolan się podniosą
Że z największą radością będą ofiarować
Sprawiedliwość i miłość, i pokój hodować
W każdym miejscu na ziemi, i dzielić się rosą
Prosiłeś, by po tobie odrzucić nienawiść
Lecz ściągnąłeś na Naród obraz śmierci z kosą
Zarzut o bogobójstwo i getto za fosą
Ciał twoich braci stosy, grabieże i zawiść
Chmury ponad Golgotą. Nie masz już siły iść
Mielą skrzydła wiatraka, miażdżą owoców kiść
Nasze gaje oliwne! Bezpieczne, wilgotne!
To w nich był rajski ogród i drzewo mądrości
I ludzie tak szczęśliwi, że dzisiaj to złości
Boże! Czy już jest koniec tego, co istotne?
Wiozą wszystkich w nieznane, brakuje nam wody
Są tu dzieci z rodzeństwem i dzieci samotne
Niektóre bardzo smutne, inne nadal psotne
Próbują się wydostać. Strażnik nie da zgody
Ktoś obluzował deskę w bydlęcym wagonie
Znowu można oddychać – choć to nie ogrody
W raju ludzie zaznali prawdziwej swobody
Nie kucali na słomie, która właśnie tonie
W cuchnącym, ciemnym kale. Gdzie nasz Bóg? Na tronie?
Mijamy jakąś bramę. W końcu na peronie!
Czy spotkamy rodziców na pustym peronie?
Jesteśmy jeszcze małe i bardzo zmęczone
Coś krzyczą po niemiecku. Ich psy są spocone
Piana cieknie im z pysków, wrzask rozrywa skronie
Jest lekarz! Czy pomoże? Nie widzi, nie słyszy
Wyciągamy do Ciebie, Boże, nasze dłonie!
Nie płacz, zaraz coś zjemy, bądź silny, Aronie
Lecz najpierw ciepły prysznic. Wykąpmy się w ciszy
Łaźnia ma być za rogiem, jeszcze ze dwa kroki
Nareszcie odżyjemy, dbają o przybyszy
Choć nie będzie nam wolno odmawiać kadyszy
Czemu to my cierpimy przez Boskie wyroki?
Gdzie woda? Brak powietrza! Huczą gdzieś potoki
Ach! Słuchaj Izraelu, Haszem jest Elokim!
Ciała bezbronnych dzieci. Ich nagie korpusy
Zatrzymały się nagle w komorze gazowej
Bez kąpieli, posiłku, po dawce morowej
Nazistowskiej kultury. Będą jak cytrusy
Obierane ze skóry, pejsów i warkoczy
Rozciągane na stołach, jak świeże obrusy
Cięte nożem wzdłuż brzuchów. To Rzeszy zakusy
Wydobycia bogactwa z żołądków i kroczy
Gotowe do spalenia – piece już je palą
Kości będą proszkować, rozrzucać wśród zboczy
Nad Wisłą i na polach, aż po kres roztoczy
Z popiołem po kremacji. I razem z ich wiarą
W świat, który Bóg utworzył nieznaną im miarą
Lud karząc nagrodami, a miłując karą
Sonety szwedzkie. Tom 2, Niech już wojna się
skończy
Wojna cię potrzebuje. Wciąż krąży wokoło
Nie zwlekaj z zapewnieniem, że jesteś gotowy
Mordować matki z dziećmi. Strzelec wyborowy
Potrafi łatwą śmiercią bawić się wesoło
Cynizm niech będzie bogiem. To jest sposób nowy
Na uśpienie sumienia. Zresztą – po co ono?
By przed nim trupy ludzi nocami ważono
Przyprawiając żołnierzy o ostry ból głowy?
Skorzystaj z tej religii, choćby cię uczono
Że musisz żyć moralnie, jeśli chcesz być sobą
Bo inaczej zwariujesz zniszczony chorobą
Przez którą najwytrwalszych hańbą naznaczono
Wojna! Czyż nie jest ona ludzkości ozdobą
Gdy wiatr historii szarpie jej suknię morową?
Poniżenie – narzędzie zbrodni doskonałej
Użyte urzędowo zmienia piękne kraje
Odbiera wszędzie wolność, a w zamian udaje
Że to jedyna droga dla ludzkości całej
Przemoc oswaja wszystkich tym, co zwykle daje
Zagładę rozpoczyna zatarcie nazwiska
Każdej ofiary mordu. Inni patrzą z bliska
Na zamianę człowieka w liczbowe rozstaje
Zdzierają z ludzi skórę i ślą im wyzwiska
Robią z nich niewolników bez domów, bez rodzin
Pozbawiają historii. Za niewiele godzin
Doprowadzą pojmanych na rant torowiska
Poczują obrzydzenie. Dojdzie do narodzin
Nowego nadczłowieka. Świat chętnie się zgodzi
Śmierć dba o dobro wspólne. Ma w tym pomagierów
Morderców i płatnerzy naszej wyobraźni
Sposobiących człowieka do kolejnej kaźni
Nagradzanej iluzją błyszczących orderów
Czasem trafia się geniusz. On już w krwawej łaźni
Odnajduje nagrodę za nieludzkie czyny
I nigdy nie dostrzega w sobie samym winy
Wyzuty z człowieczeństwa. Bez ludzkiej bojaźni
Trafia do polityki. Świat dzielą godziny
Od nowej, wielkiej wojny. Z naszej krwi i kości
Pójdą ginąć miliony dla świetnej przyszłości
Wkrótce na wspólnych grobach zakwitną omżyny
Śmierć obnaża ułudę – której właściwości
Pozwalają zrozumieć naturę godności
Wojna zamienia ludzi w pospolite hieny
Głodne, nienasycone, wiecznie niespokojne
O swą kolejną zdobycz. A trupy są hojne
Żywią i ubierają nie podając ceny
Zmierzchy na polach bitew niby krowy dojne
Mlekiem, miodem płynące do samego świtu
Jeśli będziesz miał szczęście – szarfy z aksamitu
Obuwie i rynsztunek, sprzączki, klamry strojne
Ucieszą twoje oczy świeżością błękitu
Wstającego ze słońcem ponad polem bitwy
Resztę zrobią za ciebie sępy i rybitwy
Niech i one doznają szczypty dobrobytu
Gdy najdą cię skrupuły, użyj słynnej brzytwy
Filozof to zrozumie. On z podobnej sitwy
Nie przejmujesz się zbrodnią, nie twoje to męki
Odległe. Nawet bliższe. Cóż one obchodzą
Niewinnego człowieka. Dzieci ci się rodzą
I one są ważniejsze, niż obce udręki
Jesteś nazbyt wrażliwy – więzy krwi dowodzą
Świetnego pochodzenia, ostoi powagi
Stosownego dystansu do spraw dalszej wagi
Odsunięcia problemów, jeśli żartom szkodzą
Historia wnet zapomni Holocaust, gułagi
Niech spokoju nie mącą trupów doły, góry
Terror zawsze zwycięża tam, gdzie lud ponury
Choć oponenci wrzeszczą, że twój król jest nagi
Że te zbrodnie są sercem społecznej struktury
Rodzą się na salonach wśród ludzi kultury
Wyślą po ciebie armię z sąsiedniego kraju
Z misją krzewienia daru dozgonnej miłości
Wczepią białe proporce na znak otwartości
W kolumny wojsk pancernych, byś czuł się, jak w raju
Zamiast chleba i wody dla ludu, gdy pości
Przywiozą broń. Haubice, rakiety i miny
Będą porywać dzieci i gwałcić dziewczyny
Rozstrzelają, jeżeli nie powstrzymasz złości
Ich pokojowa akcja, chociaż bez przyczyny
Po twojej stronie sceny – nie spotka sprzeciwu
Wielkich światowych mocarstw. Prócz rzewnego gniewu
Zachęty do ustępstwa i z poległych drwiny
Wojna zastąpi życie. Śmierć wymaga zewu
Teatr z piekielną sztuką na doczesnym brzegu
Możesz chodzić po linie dla uciechy gapiów
Oni lubią wybryki i wszelkie dziwadła
Cyrkowy dreszcz emocji, gdy tancerka spadła
Lecz ty – czy kark połamiesz na zgubę satrapów?
Każesz ruszać do walki, trzymasz wciąż za gardła
Zapobiegasz zamieszkom tam, gdzie nie ma chleba
Wody pitnej, nadziei… Człowiek to nie gleba
Którą można karczować przy pomocy radła
Ty jesteś źródłem wojny. To twoja potrzeba
Stań zatem sam do bitwy, nie narażaj ludzi
Na pewne wykrwawienie. Żołnierz się nie łudzi
Że masz chore ambicje. Chcesz trafić do nieba
W aureoli zwycięzcy. Kto będzie się trudził
By zrozumieć poległych? I kto żywych zbudzi?
Szczęśliwy, kto nie żyje – bo nie czuje bólu
Kiedy śmierć jest jak włosa wyciągnięcie z mleka
Lub muśnięcie raz wiatrem, po którym z człowieka
Pozostają ordery z podobizną królów
A tobie każą cierpieć. Długa droga czeka
Słuchaczy słusznej skargi, błagań o dobicie
Skrócenie widowiska. Straszne jest to wycie
Przejmujące do kości i wartkie jak rzeka
Obcięli ręce, nogi. Nadziali na szczycie
Odbytem na szpic pniaka, byś straszył swych braci
Jak strach na wróble ptactwo. Wokół stoją kaci
Zachwyceni swym dziełem. Jakże piękne życie!
Mógłbyś może pomyśleć, że krzywdzą wariaci
Lecz oni to elita, wojenni magnaci
Bardziej jest ciało miękkie od człowieczej duszy
Możesz je strugać nożem i krajać w plasterki
Miażdżyć komory serca, tłuc przez plecy nerki
Lub zrywać z głowy skórę, by się skalp wysuszył
Dobrze jest mieć przy sobie wódkę i klamerki
Pić musisz bez umiaru, gdy na mdłości zbiera
Język, uszy i jądra – też świetne trofea
Jeśli nimi upiększyć okoliczne skwerki
Pomyśl jednak, czy warto, gdy złość ci doskwiera
Wyżywać się na trupie? Odpowiedz, dlaczego
Okrucieństwo jest lekiem na bierność zmarłego?
Czy pochówek ofiary wolność ci odbiera?
Nie rób martwemu krzywdy. Nie rób mu nic złego
Szanuj nieżywe ciało, jak siebie samego
Co jeszcze można zrobić? Jak zgładzić człowieka
By wciąż był zarzynany wymyślną torturą
Łagodzoną, wzmacnianą, raz dołem, raz górą
Z bólem tak nieskończonym, jak mityczna rzeka?
Cięcie na pół przez krocze wydaje się bzdurą
Denat zginie spłoszony. Stracona okazja
Celebrowania mocy. Gdzie nasze gimnazja
Programy nauczania? Pachnie dyktaturą
Słabeuszy, mazgajów! Prawdziwa inwazja
Szlachetnych lekkoduchów… Czas już uczyć w szkołach
Że dziś dla humanistów czeka miejsce w dołach
Jeśli wciąż ich pociąga tak grzeszna fantazja!
Niech nikt nie prawi dzieciom o Bogu, aniołach
Wyłapiemy je wszystkie. Spalimy w stodołach
Nie stój z boku, gdy wojna pieśniami zbudzona
Raźnym krokiem wyrusza na podbój zaświatów
Uciekaj, gdzie pieprz rośnie! Nie słuchaj psubratów
Bo wojna nie przebiera. Każdy żołnierz kona
W złą godzinę unikaj paradnych krawatów
Byś nie zagubił w tłumie trzeźwości oceny
I nie złożył przysięgi u wezgłowia sceny
Na której politycy zmieniają się w katów
Gardź apelami z gazet, bo piszą je hieny
Gażę mają od szpalty. Prasa żyje z kłamstwa
Sprzedaży nekrologów, cynizmu i draństwa
Dziennikarz strzela pierwszy – jest duszą gangreny
Nie daj się nigdy uwieść zachętom cesarstwa
Do poświęcenia życia za rządowe łgarstwa
Niech miłosierdzie wrzuci twe ciało do jamy
Byś nie rozkładał członków śmierdzącą gangreną
Nie straszył tych, co żywi, tak drastyczną sceną
Perspektywą pomoru. Zamknąć muszą bramy
Bo tacy jak ty, ranni, znęceni przeceną
Resztek jadła i picia – wleką tu zarazy
Każdy, kto wraca z wojny chowa liczne skazy
Precz stąd! Żeż się nie dławią poetycką weną
Musisz być wdzięczny ludziom. Choć pełni odrazy
Żywego cię spychają na sam dół urwiska
Moralnie to decyzja aż zanadto śliska
Czekać ich będą częste sumienia wymazy
A ty? Pogódź się z losem. Teraz widzisz z bliska
Czym są zwykle dla ofiar wojenne igrzyska
Porzucony, wciąż żywy, mamiony nadzieją
Na szczęśliwy ratunek pobożnych grabarzy
Jeśli Bóg ich tu pośle, a los to przydarzy
Widzisz, jak oczy ptaków do żeru się śmieją
Krąży ich coraz więcej. Lecą wprost z cmentarzy
Ty nie możesz się ruszyć, jakbyś był już w niebie
Muszą czuć, że tu jesteś, bo robisz pod siebie
No i ten przykry zapach z krwawiących bandaży
Nadal słuchasz i patrzysz – na własnym pogrzebie
Bez trumny i konduktu, w zniszczonym mundurze
Będzie cię chować wojna. Wyda cię naturze
Ptasich pazurów, dziobów, poświętników w glebie
Grabarze tu nie dotrą. Za to sztuki duże
Wron pospolitych są już na twej gładkiej skórze
Zapach strachu, spocony, nie przebiera w środkach
Skraca każdy życiorys do kartki papieru
Morduje w dzień i w nocy. Przeżywa niewielu
W schowkach pod domostwami, w norach i opłotkach
Głód stawia sens istnienia na karnym apelu
Schwytani nie dożyją godnej odpowiedzi
Na temat ich zagłady wśród śmiechu gawiedzi
Prześwietnej roli głupców i zza kulis kleru
Zło nieźle sobie radzi z tym, co w ludziach siedzi
Używa propagandy i dobrego prawa
By zebrać od naiwnych pochwały i brawa
Stawia na podium terror, gdy o szczęściu bredzi
Życie szybko przegrywa. Nazbyt jest kulawa
Nasza zdolność oceny, czy prawda jest krwawa
Ile ludzkiego życia leży na klepisku!
Ciała pełne miłości trafione kulami
Czerwień wycieka z sitek pomiędzy warstwami
Stos trupów ledwo dyszy – zgrzyta piaskiem w pysku
Ptaki z trwogi uciekły. Są już za lasami
Są za górami, w bajkach o świecie bez wojny
W którym nie ma przemocy, a władca jest hojny
Obdarza nas gościną, wolnością, darami
Kto poznał to królestwo? A kto niespokojny
Drżący na myśl o wstydzie, bólu i konaniu
Tak mocno obecnymi w ostatnim przesłaniu
Gdy do naszego domu załomocze zbrojny?
Zatrzymaj się, gdzie pędzisz! Czy w nowym wydaniu
Bajki uwzględnią prawdę o tym śmierciobraniu?
Rozmowa ze zmarłymi to cichy monolog
W którym partie dialogu zmieniają wciąż barwę
Jak kokon, kiedy goszcząc w swoim wnętrzu larwę
Strzeże jej przed przestrzenią. Dopieszcza tym prolog
Oni leżą w nieładzie. Wypełniają wyrwę
Którą rozumna ziemia rozwarła szeroko
Obejmując poległych serdecznie, głęboko
Bez wskazywania palcem na tchórza i kurwę
Mów z każdym, bez różnicy. Nie są zbyt daleko
Pełno ich wokół ciebie. Wdrap się na wzniesienie
Zrób to przed epilogiem. Gdy znajdziesz złocienie
Nie czekaj z głośną skargą – milczek tu kaleką
Mów do samego nieba! Krzycz na zatracenie
Nawet, gdybyś się miotał sam jeden na scenie
Jak żyć wśród hien cmentarnych, rzeźników, morderców
Dla których życie ludzkie zawsze jest w żałobie
Warte nie więcej, niźli denat ma na sobie
Ekstra ceniąc obuwie i pętle wisielców
Jak wyjść bez szwanku z rzezi? Jak ocalić głowie
Nie odbierając życia nikomu w potrzebie
Na miejscu krwawej łaźni, gdzie rannych się grzebie
Prawie martwych za życia, jeszcze żywych w grobie
Jak zachować szacunek do samego siebie
Obcując z upiorami, kiedy jaźń kaleka
Podobna jest do zwierza, szakala, gdy szczeka
Rozszarpując padlinę na ziemi i w niebie
Niech już wojna się skończy. Wszak rodzina czeka
Na powrót wszystkich bliskich. Na powrót człowieka
[w:] Isaac Jacobovsky, Kosmos i Hipokryzja. Sonety szwedzkie. Warszawa 2014, ss. 86, 96–98, 158–203
