Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
Tom 1, Część XI, Szem
Lamentacja 101
Przeklęty jestem w mieście i przeklęty w polu
Mój kosz i moja dzieża wypełnione smutkiem
Domy me pochylone jakby je Bóg rujnował
Stajnie zmurszałe a koryta puste
Bydło rozsadza mi głowę stęchlizną
Owce rażone ogniem na pastwiskach
Przeklęty byłem gdy tutaj przyszedłem
Złorzeczycie mi teraz kiedy stąd odchodzę
Stracony owoc mej ojczyzny
Potomstwo jej matczynego łona
Widzę w oddali nieznane hordy
Słowa ich pieśni zadławią nam serca
Już gasną nasze paleniska
Nieboskłon traci miliony swych gwiazd
Nie słuchaliśmy słowa Boga
Schwyconym nagle w ostre szpony orła
Tułaczka otworzyła szeroko wrota
Wprost na światowy targ wędrowców
Nas obcych kupcy nie zechcą przeklętych
Ze strachu przed nieznanym rytem
Przeklęty jestem na tym Bożym targu
Że nie umiem udźwignąć winy mej sam jeden
Lamentacja 102
Przeklęty jestem szybko wyniszczany
Zbyt wiele plag chce dzisiaj pożreć
Me stopy dłonie oczy powonienie
Słucham tej lekcji w morzu niepowodzeń
Wygubiony już jestem wycięty w pień
Przeklęty po uda ścięte uwiędłe podbrzusze
Burze rozlały zamęt za złe czyny
Ścigany za nie będę aż wyginę
Odpada skóra z piersi mych i ramion
Wrzody zwilżają ciało wrzącą cieczą
Która z wolna wypełnia moją krtań
Poruszam się jak ślepiec po krawędzi życia
Otępiały rażony codziennym szaleństwem
Z którego nie będę się już mógł wyleczyć
Bo nie słuchałem słowa Boga
Nie szczęściły się żadne moje drogi
Rabowany byłem przez wszystkie lata
Kąsali obcy serce trawione gorączką
Osaczały mnie zewsząd sępy i robactwo
Zniszczony całkiem wsłuchany w swą zgubę
Przeklęty na tym targu czekam kupca
Bezsilny nie obdarzę mych bliskich wolnością
Lamentacja 103
Przeklęty jestem w rękach wroga
Schwytany na jednej z siedmiu dróg
Uciec nie zdołam z tak krwawej niewoli
Idąc przed siebie po omacku
Tyle radości czerpałem z wiedzy
Kładłem ją co dnia w uszy dzieci
Teraz one wydane moim wrogom
Bezsilność i tęsknota krwawią we mnie
Nie są już żywi w obcej udręce
Przeklęci zmuszani służyć w nagości i nędzy
Z głodu pragnienia uleci z nich dusza
Której żałobna pieśń do mnie przypłynie
Zwinięta w kształty hańby
Kutego żelazem jarzma na mej szyi
Nie posłuchały słowa Boga
Wzorcowe są cierpienia moich bliskich
Nazbyt potężne nieznośne bez końca
Wsłuchuję się w rozmowy lecz to obcy język
Nieznane dłonie bębnią głuche rytmy
Ćma głośno syczy w źródle światła
Przeklęty targ na którym stoję
I dom w którym nikt z bliskich nie zamieszka
Lamentacja 104
Przeklęty jestem wyklęte domostwa
Rozgrabione zburzone martwe
Winnice zaorane sady ścięte
Przeklęty lud który to uczynił
Szarańcza wchłaniająca moje ziarno
Robactwo miażdżące żywe grona
Świerszcze ustępujące miejsca gąsienicom
Okrutny świat spełniany w bólu
Rozdzierany krzykiem moich bliskich
Gnanych we wszystkie strony
Przez hardy naród bez litości
Bez cienia nadziei dla starych i młodych
Zmuszanych służyć fałszywym cielcom
Wypełnionym krwią naszych bohaterów
Nie zdążyli wysłuchać słowa Boga
Odwieczne osłupienie z drwiny przypowieści
Wkładanych w usta pstrych prześmiewców
Zarżnięte moje tłuste stada
Bóg mi odebrał plony pełne czyste
Dom z cegły naznaczonej czułym sercem
Nie wiem gdzie jestem i co to za ludzie
Przeklęty na końcach bezdroży
Lamentacja 105
Przeklęte oczy które to widziały
Nos dławiony zbyt tłustą wonią
Mogiła skrywająca miliony gwiazd
Zgasło niebo nade mną oślepłem stracony
I teraz przyszło mi żyć po omacku
Wrzody od moich stóp do czubka głowy
Podkreślają granicę duszy
Wyznaczoną przekleństwem obfitości
Bo nie służyłem Bogu z radością
Hojnością serca
Pozostał spokój którego nie zaznam
Zranione stopy strudzone marszem
Struchlałe myśli lęk i ból
Przeklęty brak nadziei że przeżyją bliscy
Nie rozumiałem słowa Boga
Tęsknię zbyt często za minionym rankiem
Wymykającym się nocą ślepocie
Bóg odsyła mnie dzisiaj do niewoli
Drogą której żaden statek nie pokona
Z powodu nadmiernego ciężaru mych grzechów
Przeklęte to ludzkie targowisko
Na którym po omacku szukam Boga
Lamentacja 106
Przeklęte miedziane niebo
Żelazem skuta ojcowizna
Deszczem tej ziemi proch i kurz
Porzucone przez Boga nad mą głową
By wszystko zniszczyć
Przeklęty mój exodus
W nieznane strony utkane grobami
Miejsca spełnione radością bogów
Strojonych w szatę oprawców
Przylgnęły do mnie straszliwe zarazy
Nie obce moim ojcom dziadom
Potworny ciężar ich niszczącej siły
Skorpion wypełniający wspólną przestrzeń
Pustyni pełnej śmierci
Kto umiał słuchać słowa Boga?
Do czego służy wielka słabość
Że wywyższyła wokół wrogów
Staczając gwiazdy z firmamentu
W nikczemną zgubę wyniszczenie
Zagładę opłaconą mą przyszłością
Przeklęte wszystko co mnie jeszcze czeka
Jeśli Bóg zechce pamiętać
Lamentacja 107
Przeklęte miasta w całej naszej ziemi
Bóg dał je dla rozkwitu a one we łzach
Oblegane przez wroga poddane upadłe
W udręce pamięci co każe cierpieć
Zdobyte siłą naszego konania
Cierpieniem zbolałych matek
Które rzuciły swoje człowieczeństwo
Na szalę podwójnej śmierci
Przeklęte oblężenie bez bliskiego końca
Głód zmieniający nas w zwierzęta
Na ulicach po których Bóg nie chodzi
I jedna mała kromka chleba
Do ostatniego dnia
Jedzona przez nas w ukryciu i nędzy
Nikt nie pamiętał słowa Boga
Gdy rozpadały się czaszki mędrców
Tak blisko była Jego Chwała
Przeklęte wiecznie matczyne boleści
Nie dostrzegliśmy że to nie łożyska
Wychodzące spomiędzy jej odciętych nóg
Osaczeni jesteśmy w miastach
W których zwierzęcość pożarła nam serca
Lamentacja 108
Przeklęte ptactwo nieba
Bezpańskie zdziczałe zwierzęta
Zamieniające me ciało w żerowisko
Źli ludzie patrzą z przyzwoleniem
Bóg chciał bym został pokonany
Wróg z tego skwapliwie skorzystał
Zajmując bramy łoża paleniska
Porywając potomstwo mojej krwi
W nieznaną przestrzeń
Przeklęte królestwa ziemi
Oślepione rażone skalą
Garściami czerpią z naszej straty
Fałszywi nie dostrzegli końca świata
Zaduszonego śmiercią sprawiedliwych
Gdzież mi odnaleźć słowo Boga?
Święte najświętsze członki nagich ciał
Wyrwane z korpusów jeszcze żywych
Przeklęte ostatnie cząstki tchu
W czasie oczyszczającej z doczesnego życia
Łaźni ofiar
Jeżeli teraz stajesz przy mnie Boże
Kimże ja jestem że do mnie przyszedłeś
Lamentacja 109
Przeklęte mury naszych miast
Bóg nie był stróżem domostw
Zostały myśli słowa czyny
Ufundowane na chlebach smutku
Skostniałych zgrzebnych karkach
Jesteśmy zagubieni
Przeklęte grzechy grabieże gwałty
Zuchwałość zwodzenie i fałsz
Dopuściliśmy się bezmyślności
Odstępstw przekory i bluźnierstwa
Nasza wola w proch zamieniona
Odcięci zostaliśmy własnym złem
Pozostało nam tylko to
Wyznanie
Czas już odnaleźć słowo Boga
Jakże przeklęty przemija jeżeli spóźniony
Jeśli Bóg nie widzi naszych łez
Iskrzących w nowym nieboskłonie
Byliśmy strzałami niegdyś w rękach Boga
Szczęśliwie dobywani z pnia kołczanu
A teraz zniewolony na tym bożym targu
Ślepy w oblicze Boga nie śmiałbym spojrzeć
Lamentacja 110
Widzę dwa ptaki czyste jak niebo
Pasmo szkarłatnej wełny muskane wiatrem
Nurzaną w źródlanej wodzie gałąź cedru
Półkrzew hryzopu przybrany w barwy chmur
W ptaku trzepoczą się resztki życia
Jego źródlanej krwi dotykam siedem razy
Krew na mej dłoni uchu stopie
Zawładnęła czynem słowem wolą
Drugi ptak odlatuje w świat polany
By zaświadczyć o mym oczyszczeniu
Kapłan chwyta dwa ptaki czyste jak ma dusza
Źródlana krew obmywa dom mój siedem razy
W ptaku trzepocze się odwieczny ryt
Żywy już odlatuje nad czystym siedliskiem
Wypełniło się słowo Boga
Widzę dwa kozły czyste jak niebo
Zaraz krew dotykać będzie Chwały
W koźle wierzgają resztki życia
Drugim wygnanym na pustynię
Szem rzuca nasze winy w krainę skorpionów
Słyszę śpiewane trzykrotnie Imię Boga
Pochylony u wrót świątynnego dziedzińca
Tom 2, Część XXV, Amram
Lamentacja 241
Przeklęte serce nie dość rozumne
By umiało osądzić trafnie czasy
Zachować całe dobro kosztem zła
Nie zostawiać nic obok na później
Samo coś się nie dzieje a bez nas
Zmienia w najgorsze nie próżnuje
Urabiane dzień po dniu w tysiąclecia
Przeklęte niszczy język uczenie obcina
Co trudniejsze dla mowy
I trefne w sumieniach
Nie będzie ani moje ani twoje
Rozetną to bezgłośnie tak zubożą
Byśmy nie mogli nawet przyśnić treści
Którymi ojcowizna karmiła swe wdzięki
Nie dostrzegaliśmy zagrożenia
Przeklęta ma płochliwość brak oceny
Jaką miarą nam przyjdzie mierzyć
Wciąż nowe drogi starym słowom
Zagubionym jak my poniżonym
Bez prawa do imienia wiatr je wchłonie
Rozwiesi między niże jakby w myślach
Coraz to więcej ich leży tam na stosie
Lamentacja 242
Przeklęta ma porażka za sukcesy
Nie umiałem z umiarem krzesać dobra
Zamieniać gorzkie kruszce w smak anioła
Rozhuśtałem emocje wzmogłem zazdrość
Z każdej strony już tylko noc nic więcej
Światło porozumiało się z ciemnością
Za plecami mej duszy za kurtyną z łez
Lewiatan mógł to widzieć z widnokręgu
Wypatrując mych oczu trawiąc obraz
Który jeszcze umykał wciąż odległy
Zwierz paszczę miał wczepioną w sieć niuansów
Przeklęty to mechanizm bez hamulców
Obliczony na czas niepewny kruchy
Prawideł kalkulacji nie mogłem zrozumieć
Bo nie wierzyłem w zło absolutne
Przeklęta jest natura która je zrodziła
Chce władać mą pamięcią rządzić wyobraźnią
Bym nie podniósł się więcej porzucił nadzieję
Wschody słońca i miłość szum deszczu ślad liścia
Popatrz na to z tej strony przy tobie trwa życie
Jak myślisz czy na długo starczy nieba
Słońc źrenic zapatrzenia w to co już odchodzi
Lamentacja 243
Przeklęte me szałasy ze szmat na śmietnisku
Wzniesione bez projektów rysunków detali
Dobrego smaku z nutką dekadencji
Gdzież obiecana skóra z Lewiatana
Nad baldachim spiżowy pod nim cień i relaks
Podczas wyczekiwania na mięso koszerne
Halachicznie odmienionego potwora
Gdzie uczta przyrzeczona z dawien dawna
Kosztem samicy trafionej przez Boga
W obronie własnej dla naszej wygody
Przeklęty stwór po chwili ożył
Nikt nie mógł wiedzieć co się stanie
Puste naczynia spadły z hukiem
W ramiona kobiet lecz wierzyć nie chciały
Ociągały się z ucieczką
Przeklęta bierność urosła w epikę
Lecz słowa nie wykarmią choćby jednej duszy
Może jutro pojutrze gdy kto z nas doczeka
Bo dzisiaj pochwyceni nie mamy żywności
Świat wcale nie odrzucił barbarzyństwa
Zwijając mroczne sensy wieczorów poranków
W coraz to brutalniejsze rasowe bajania
Lamentacja 244
Przeklęci chorzy głoszą pomazańca
Straszne jak lwa ma podniebienie
Pożre nim wszystkich naszych wrogów
Za poniżenie krzywdy zbrodnie
Nie bali się ich czynić a teraz są w strachu
Mimo ciężkiej pokuty licznych postów
Lecz pomazaniec chce darować winy
W imię miłości żywych pokory martwych
Zgładzone już miliony niby milczą
Ja jednak co dzień słyszę krzyk niewinnych
Wprost z komory gazowej z mojej piersi
Przeklęci zwariowali czy Masziach tu przyjdzie
Za późno na cokolwiek lepiej precz do diaska
Uciekać jak najdalej od miejsc krwawej kaźni
Nie zdążyli ocaleć
Przeklęty kto wciąż żywy jeśli nie wykrzyczy
Nawet gdyby nie było ludzi co chcą słuchać
Wystarczy choćby zdanie bo będzie jak Mosze
Który spisał początek i milczał zawzięcie
Utrudzony obrazem z wnętrza łaźni
Nie przystąpił do sporu z Bogiem o naturę
Świata bez Boga w samym jego centrum
Lamentacja 245
Przeklęty człowiek pełen wiary
Że jest podobny równy Bogu
Zdolny ukrócić naszą miłość
Uparcie żąda stąd korzyści
Od nas przez wieki i na wieki
Czy to jest właśnie to wybranie
Z którego mamy czerpać chwałę
Trwając przed Bogiem jak nas stworzył
Pełni obawy o odpowiedź
Co Bóg ma nam do przekazania
Przeklęci jeśli nie słyszymy
Choć mówi głośno zrozumiale
Stoi przed każdym aniołami
Lekkimi ponad komin pieców
Nie zdawałem sobie sprawy
Jak wielu sprawiedliwych dziś odeszło
Trzydziestu pięciu zabrakło jednego
Zaledwie jeden zrywa gdzieś odzienie
Szukając łaski przebaczenia
Trwa dzielnie w sztormie zawierusze
W brunatnym deszczu pośród ognia
Przeklęta jego kruchość wobec śmierci
Lamentacja 246
Przeklęta ciemność kto ją dziś rozproszy
Miłość zamarła ze strachu przed skalą
Nią jutro przyjdzie zmierzyć cenę
Spłaconą w mroku podłym ludziom
Gdzie jesteś Bóg cię pyta ajeka człowieku
Przeklęty bo do dzisiaj Mu nie odpowiadasz
Ciepło duchowe zginęło w milionach
Myśli ludzi spłowiały rzeka je porwała
W nurtach rozbłysną czasem tak przekornie
Jak za życia gdy w sporach zrzucali sandały
Boso biegli nad brzegi płoszyć złote rybki
Karczmarze muzykanci gonili za nimi
Z wódką i ogórkami za grajkami młodzież
Ostatni sprawiedliwy był wtedy wyrostkiem
Kto przeżył?
Ja nie wiem tego modlę się o życie
Bym mógł zrozumieć podwójne złożenie
Z jakiego sprawiedliwi czerpią światło ducha
Choć nikim jestem pragnę tej energii
Przeklęta moja pycha więc opowiem innym
Sam mogę trwać w zaciszu jeśli się ostanę
Cały w świętym kadyszu czekając na Boga
Lamentacja 247
Przeklęte me wrażenie że jakby wstyd było Bogu
Masziach wciąż nie przychodzi z nieziemską idyllą
Przybytek rozkradziony zrównany z ziemią
Zamiast niego na placach budowlach cmentarzach
Tłumy z tablic zdrapują To Imię
Wokół nie ma już królów tak dawno wymarli
Że lasy zapomniały szumieć pstre legendy
Wyrosłe pośród mogił ojcowskiej krainy
Spełnione mordem na adeptach Pisma
Jedynie prorok czasem rzeknie słówko
O Bogu gdyby zechciał błogosławić
Lud cały za modlitwę ryt gorącą wiarę
Przeklęte kalkulacje bo sens tego świata
Wymaga poświęcenia tysięcy pokoleń
Nikt nie pamiętał liczb
Przeklęte ich rozmiary kto mógłby móc zliczyć
Jak piasek na niebiosach jak gwiazdy na brzegu
Rachmistrze spiszą imię każdego wędrowca
Niech praca będzie dla nich nakazem od Boga
Prorocy już niebawem znów przekażą Słowo
Może sam Bóg powtórzy treść Przymierza
Stąpam we krwi po łące czy krew to daremna
Lamentacja 248
Przeklęta apokalipsa jak bunt parochetu
By oliwkowe cheruby wzniosły się znad skrzyni
Odleciały w nieznane za wędrowcem
Któremu nie wolno będzie nigdy spocząć
To za to drzewo cyprysowe w konstrukcji drzwi
I za te belki cedrowe w wysokim stropie
Deski ubrane w złoto na ścianach posadzce
Splądrowane przepadło kto uniesie stratę
Przeklęte takie objawienie jeżeli bez Boga
Ze świata ludzi wzniosłe pełnią ofiar
Milionów dusz by było siebie warte
Zostanie po nas wątły ślad na niebie
Czarny od sadzy wędzonej na wietrze
Bez praw do rajskiej obfitości
Gdzież mi odnaleźć choć nadzieję?
Przeklęta ona ilekroć jest blisko
Jak chytre zwierzę przed matactwem
Góruje przebiegłością żąda zapewnienia
Że głodne serca pełne są szczerości
Kształt naszych twarzy modlitw nie zaszkodzi
Nietykalności bezpiecznej przeprawie
A wieże straży tak blisko tuż obok
Lamentacja 249
Przeklęta moja rozpacz zmieszana z radością
Oskarżyciel człowieka nie jest równy Bogu
Wywodzi się z niebytu nie ma w nim natury
Substancja jest mu obca króluje w uczuciach
I trafi do nicości sam jeden go zrzucę
Ze skały niewzruszonej z traktu i pomnika
Wolny prawem do życia od łaski po kary
Księgą wojen bez względu na kolor pożogi
Przeklęta ma żarliwość gdy duchowy zapał
Nie zostanie dziś wsparty przez skrzydła aniołów
Cherubów z toni morskiej nad nieba pokłady
Ponad głowy mych ojców niebieskie niziny
Bogate świętym ptactwem zorzą łąk
Życiodajnym nektarem rajskich drzew
Czas już upomnieć się o Masziacha
Jakże przeklęty gdy mylił się prorok
Jeśli Bóg nie rozmyśla Przymierza
Zło jak perz się rozrosło przenika strukturę
Choć rwę jego korzenie wzmacnia swoją siłę
Już niczego co ważne nie naprawię
Bez pomocy żołnierzy nieziemskich
Wciąż trudno mi zaufać planom Boga
Lamentacja 250
Widzę rozłożyste skrzydła cherubów
Tuż pod nimi wodzowie śmiertelnej armady
Żaglami tną burzowe chmury
Gąsienice ich zbrodni miażdżą macierz
Burzą miasta dławią boskie studnie
Nikt nie jest zostawiony lepszemu losowi
Widzę mrowie aniołów w złotych zbrojach
O których nie mógł wiedzieć żaden człowiek
Wrogie hordy tracą na znaczeniu
Ludzie dźwigają ciężar taki sam jak przedtem
Stawiają nim Przybytek drzwi przedsionek nawę
Bez żelaznych narzędzi z narżniętych kamieni
Naniesionych tu rzeką niebieską od cicit
Żywą sercem mistyki nurtami podźwięków
Wypełniło się słowo Boga
Widzę Masziacha z Gogiem i Magogiem
Prowadzi ich na Synaj osądza zabija
Ciemność chowa się w ptakach odlatuje
Ludzie robią co mogą wierszem nad rozumem
Amram oplata dłońmi śmierć
Słyszę śpiewane trzykrotnie Imię Boga
Pochylony u wrót świątynnego dziedzińca
[w:] Isaac Jacobovsky, Lamentacje. W poszukiwaniu człowieka. Warszawa 2015, ss. 131–141, 301–311
