Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
Zamiast motta
Cóż że poeta, gdy go nie znają
Cóż wiersze jego, gdy nie czytają
Pogrzeb grabarza
Na cześć zmarłego grabarza
grabarze pili z lichtarza
pili z buta umarlaka
tak dobrana była paka
Dół mu wykopali wielki
w dół włożyli pół butelki
wcześniej też musieli wypić
żeby się roboty chwycić
Od proboszcza mszalnym jedzie
kumpla w trumnie niosą w przedzie
słonko skryte za chmureczką
nagle kumpel wali w deczko
Kondukt śmieje się pijany
że umarlak ruszył w tany
strasznie tym grabarzy wzruszył
biedaczysko! tak go suszy
Już kolego, już, cichutko!
w dole jest butelka z wódką
ale musisz pić z umiarem
za co chłopie masz tą karę?
Nieboszczyk
Że zawsze był czupurny
buchnął gwoździe do trumny
Więc go dniami stroili
smacznie karmili, poili
Makijaż poprawiali
mankiety świeże dawali
Gacie, spodnie i teczkę
marynareczkę, chusteczkę
Krawacik w czarne kropy
cieplutkie getry na stopy
Buty codziennie lśniące
pachnidła pięknie kojące
Gdy resztki dopijali
w zęby cygaro wsadzali
Tak go stroili, grzali
do dzisiaj nie pochowali
Święta krowa
W Samoklęskach na zakręcie
krowa miała wielkie wzdęcie
bo napiła się zacieru
gotowego na zjazd kleru
Proboszcz biegnie przez wieś całą
wymachuje wielką pałą
zaraz będzie wieś spowiadał
szukał winnych, drążył, badał
Do geesu wpada blady
piją w środku wiejskie dziady
pod ogórki konserwowe
bo to jest podobno zdrowe
Proboszcz prosto do bufetu
a tam Zocha od kotletów
poznać po proboszcza minie
że się skupi na dziewczynie
Ona zna jego zachcianki
nuci sobie kołysanki
w zlewie to i owo myje
dziadów wszystkich w mordę bije
A gdy lokal pusty cały
w drzwiach przekręca kluczyk mały
i powabne swe tonaże
wyspowiadać księdzu każe
Proboszcz pały nie odkłada
wszystkie grzechy Zochy bada
kiedy ona z wielką skruchą
muska usta twardą gruchą
Wreszcie proboszcz bardziej męski
odetchnęły Samoklęski
chcą mieć chłopa za amboną
chociaż wszyscy w biedzie toną
Pełna będzie jutro taca
żeby proboszcz zwalczył kaca
i nastawił zacier nowy
byle z dala od tej krowy
Święta często ma to wzdęcie
straszy wtedy na zakręcie
w Samoklęskach przez tę krowę
biedy więcej o połowę
Na plebanii
W całkiem małej wsi Biadaczka
psuła się kościelna taczka
bo na taczce wśród zarośli
robił ksiądz to co dorośli
Wiejski głupek się radował
taczkę ciągle reperował
a ksiądz już na nic nie zważał
i co tydzień rzecz powtarzał
‘Ale co on z taczką robi
może jaki cud sposobi
pewnie szuka w ziemni złota
abo z diabłem w taczce lota?’
Głupek bardzo był ciekawy
los uśmiechnął się łaskawy
jeśli złoto… księdza złupi
i plebanię sobie kupi
Zmierzchem skrada się pod krzaki
mija stare dwa czworaki
a za nimi pod wierzbiną
ksiądz na taczce jest z dziewczyną
Taczka jęczy pełna gnoju
dziewka pozbawiona stroju
odmawia liczne pacierze
gdy ksiądz ją duchowo bierze
Potem myje się dokładnie
zgarnia z tacy całkiem ładnie
i odjeżdża pięknym Porsche
diablisko nawet niezgorsze
Dla głuptaka morał taki
by nie chował się za krzaki
gdy w gnoju obca dziewucha
z jego wsi księżulka dmucha
Zgarnia w mig niedzielną tacę!
głupek łapie się za glacę
znów zniszczona księdza taczka
w całkiem małej wsi Biadaczka
Zdrowe chucie na lekcji religii
W szkolnej klasie podczas lekcji
byłeś świadkiem swej erekcji
kiedy weszła praktykantka
Naiwnie myślałeś: randka
tylko to cię zaspokoi
długi sex z nią cię ukoi
Lecz ona dostrzec nie chciała
gdy nogawka twa zadrżała
spełniona ejakulacją
Marzyłeś, by ją kolacją
przy świecach podjąć wieczorem
w szlafroczku z sexi kolorem
I kochać choćby sto razy
gdy chętnie ci się obnaży
zrzucając z gracją odzienie
Jeśli spełni twe życzenie
bo w miłości jesteś spoko
wieszając na takiej oko
Lecz to przecież zakonnica
swą cnotą klasę zaszczyca
chcesz zniszczyć jej święte śluby?
Chcesz sprowadzić się do zguby
to dziewczyna spowiednika
tylko kler jej łono tyka
Widzisz? Spojrzeć ani myśli
może ci się w nocy przyśni
wprawdzie pościel będzie lepka
Za to twoja wiara krzepka
nie ryzykuj swym uczuciem
bo to tylko zdrowe chucie
Ballada ku przestrodze
Wieczór poety jest uroczy
wartko się muza w górę toczy
dosięga szczytów samych nieba
ale poecie więcej trzeba
Psy wiesza zatem na przyjaźni
dzisiaj nie widać, że się błaźni
dopiero jutro późną nocą
dłonie jak nigdy mu się spocą
Warknie na dziwkę w legowisku
przejedzie wzrokiem po swym pysku
wściekle rozbije lustro głową
czując na skórze woń niezdrową
Wypije więcej niż przetrawi
niepewny swojej nowej sławy
a gdy czas przyjdzie pisać dalej
warknie do dziwki: Nalej! Nalej!
Dziwka, gdy fakty wszystkie pozna
olśnienia bladym świtem dozna:
poety ona jest sumieniem
i zawsze będzie jego cieniem
Wspinać się można na szczyt góry
lecz często są to tylko chmury
ważniejsze w życiu twe przyjaźnie
zawsze ważniejsza prawda, błaźnie
Przeciw klientelizmowi
Twórcę spotkałem w barze
coś tam w kąciku maże
wciąga ukradkiem prochy
by skryć wstydliwe szlochy
Cóż! W edynburskim barze
przyszło mu pić w nadmiarze
biedząc się nad kulturą
co jest Koryntu córą
Brzęknie moneta licha
dziwka już na nią czyha
sprzeda twórcę u dworu
hetera bez honoru
Płacz jednak nie pomoże
gdy łajdacy przy dworze
na edynburskim szlaku
prawią o dobrym smaku
Żerują na twórczości:
impotent bez miłości
i oddział epigonów
płaszczących się u tronu
Ważniejsza dla nich forsa
twórca niech się nie dąsa
nie jest dworu klientem
będzie niemym akcentem…
Twórca postawił setę
pijemy pod tapetę
za to co do odkrycia
za piękne dzieło życia
Dykteryjka
Na placu w centrum świata mijały się poetyckie pochody. Ludzie w jednym z nich krzyczeli ‘Nie chcemy żyć! Precz z życiem!’ Tymczasem ludzie w drugim pochodzie krzyczeli ‘Nie chcemy umierać! Precz ze śmiercią!’ Nagle z nieodległej trybuny powitalnej rozległ się dziwny głos ‘Nie chcę żyć i nie chcę umierać!’ Poeci zamilkli, drapali się po głowach, w końcu rozeszli się w znanych tylko sobie kierunkach. Następnego dnia na tym samym placu w centrum świata ponownie mijały się dwa poetyckie pochody. Ludzie w jednym z nich krzyczeli ‘Nie chcemy żyć! Precz z życiem!’ Tymczasem ludzie w drugim pochodzie krzyczeli ‘Nie chcemy umierać! Precz ze śmiercią!’ Nagle z nieodległej trybuny powitalnej rozległ się dziwny głos ‘Chcę umierać i chcę żyć!’ Poeci zamilkli, drapali się po głowach, w końcu rozeszli się, każdy w swoją stronę. Trzeciego dnia na placu w centrum świata spotkały się tylko te dwa dziwne głosy. Za to trybuny powitalne uginały się od poetek i poetów z obu wcześniejszych pochodów. Ludzie usilnie wsłuchiwali się w każdy szept. Chcieliby bardzo dołączyć do pochodu na placu, ale nikt nie wiedział, o co chodzi tym dwóm dziwnym głosom. Poetki i poeci stoją tam do dzisiaj, czekając na jakieś wyjaśnienie. Dla zabicia czasu rozdają sobie medale, pieniądze i komplementy.
Przymiarka
Gdy poeta się poecie
zwierzy nocą że w sekrecie
spotykała się poetka
z dzianym gościem w knajpie Edka
wnet pożali się poeta
że ją kochał lecz to nie ta
miłość co on na nią czeka
bo pokochać chce człowieka
gdy poeta dla kochanki
składa czułe rymowanki
na serwetce z jeleniami
wolność wnoszą butelkami
piją dziś poeci dłużej
ciemną nocą jęczą w chórze
postękują nad swym trudnym
losem w gruncie rzeczy nudnym
wtem do Edka knajpy żony
wchodzą każda z innej strony
aż poetom dech zatkało
mało dzisiaj brakowało
by do Nobla sie przymierzyć
a tu lepiej by im nie żyć
żony krzyczą, szarpią, płaczą
przez to Nobla nie zobaczą
Pularda prospołeczna
Twórców mamy pod dostatkiem
idą wnuczek, wnuczka z dziadkiem
do pracowni, do mansardy
namalować dwie pulardy
Dzisiaj właśnie ustalili
że ze sztuki będą żyli
w drobiu zawsze była gratka
wsłuchują się wnuczki w dziadka
dzieła trafią na salony
zamówienia z każdej strony
posypią się jak monety
choć pulardy, to są bzdety
dziadek schyla się po pena
historyczna to wycena
– Taniej będzie dać miernocie
nawet mu zapłacić krocie
Niźli wypchnąć go za bramę
bo podniesie głośny lament
zbierze takich całą masę
proklamuje nazizm z czasem
Tak zrobił austriacki malarz
któremu zbrakło na melanż
chciał namalować pulardę
napotkał krzywdzącą wzgardę
Dziadek jasno prawi racje
prospołeczne kalkulacje
lepiej wesprzeć wnuczka, wnuczkę
bo jak nie… powtórzą sztuczkę
Kontrabanda
Raz stójkowy z Hrubieszowa
na granicy zwąchał towar
forsa, spiryt i kobiety
chudy osioł na kotlety
Zawiadomił prędko posła
że poseł dostanie osła
doda nawet swoją żonę
w zamian za posła ochronę
Poseł chłop z dziada pradziada
odmówić mu nie wypada
chociaż osioł nie pasował
na mężatkę się szykował
Nie był biegły w polityce
wolał duże wiejskie cyce
nie raz woził wódę z dziwką
z Ukrainy pod przykrywką
Immunitet miał poselski
i charakter polski, sielski
kradł i łupił co się rusza
prawdziwie słowiańska dusza
Aż przyszła rzecz ze stójkowym
żądał, by był honorowy
i dotrzymał słowa zaraz
chyba, że chce mieć ambaras
Lecz od dawna miał ból głowy
przedsiębiorczy pan stójkowy
bo trunki były skażone
a kobiety zarażone
Posła to nie obchodziło
i zrobiło się niemiło
mężatki szukał tymczasem
cóż, kierował się kutasem
Szukał w stójkowej chałupie
grzebał chochlą w jego zupie
społeczności stracił wsparcie
przez tak jawne z portek parcie
Gdy stójkowy uznał posła
mógł mu oddać tylko osła
stracił żonę, stracił zdrowie
przez interes z posłem w zmowie
Poseł też nie ma dziś wiele
miejsce w ławie w kościele
już nie biega za spódnicą
woli miłość z kim? z oślicą
Bo nie każdy osioł osłem
i nie dziw, że woli z posłem
swawolić chytra oślica
sejm marzy się jej, stolica!
Na wybory pójdzie wkrótce
postawi wszystkim po wódce
niech miasteczko ma swą klasę
i wciąż z kontrabandy kasę
Scenka melancholijna
Dlaczego Pani kładzie tutaj
melancholijną wiązkę ciętych róż?
zamknięta za mną brama kuta
przede mną wieczność: mrok i niemy kurz
Cóż, była Pani moją żoną
kochałem dziwki, rozboje i śpiew
wciąż zabiegany za mamoną
żyłem zbyt szybko, polała się krew
Lecz ginąc byłem bardzo dumny
po śmierci oczy otwieram i – ach!
hańba przybija gwóźdź do trumny
ojcem mych dzieci nie jeden jest gach!
A lista Pani miłosnych cnót
to jedno kłamstwo, w które wierzyłem
na koncie forsa, w sercu dla mnie chłód
rogaczem byłem, idiotą byłem!
Dlaczego Pani przyszła tutaj
z melancholijną wiązką ciętych róż?
haniebna za mną brama kuta
wieczna pogarda w mrocznym świecie dusz
Cenzor i wolność
Przy KUL-u w Ruchu kiosku
jadłaś śledzie po żydowsku
popijałaś zimną kawą
sztachając się mocną trawą
Tego dnia twój cenzor z troski
kontrolował w mieście kioski
w sercu zarządzenie nosił
i o pewną książkę prosił
Chciał wycofać ją z obrotu
narobiła mu kłopotu
nie zrozumiał jej przed drukiem
wnet ze stołka zleci z hukiem
Jeśli szybko jej nie cofnie
lecz jej nie ma w kiosku oknie
przyniósł więc dwie czekolady
i poprosił, by spod lady
Choć egzemplarz jeden dostał
żeby w pracy jeszcze został
bo cenzura wprost dla niego
zniszczyć może nią każdego
Tylko teraz głupio wyszło
stać mu przed okienkiem przyszło
wdychać zapach twoich śledzi
i to coś, co w trawie siedzi
Nie dziw się, że cenzor krzyczy
widzi siebie już na pryczy
jeśli schowasz tą pozycję
on zasili opozycję
A wprawiony w swej robocie
znów zarabiał będzie krocie
służąc podle czasom nowym
i ideom postępowym
Nie masz na to dobrej rady
prawda zniknie też spod lady
będzie wolność i marycha
…jeśli ktoś rozsądnie wdycha
Lublin – Edynburg 1996 – 2008
[w] Isaac Jacobovsky, Moje słówka. Maszynopis, ss. 9 i nast. (data powstania Dykteryjki bliżej nieznana; okres licealny)
