Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
Rozdział pierwszy
Tajemnica starego dworu
Dawno, dawno temu, za wielkim lasem, za małą rzeczką, przy kamiennym obelisku powstał wysoki dom z białymi kominami. Dom jest dzisiaj tak stary, że najstarsi ludzie nie pamiętają jego początków. Wiadomo tylko, że jako pierwsze budowę rozpoczęły jeszcze leśne skrzaty. Prawdopodobnie to właśnie one ułożyły potężne głazy i zamieszkały w najstarszej części domu.
Potem przybyły w te strony dwa waleczne ludy. Byli to Waregowie ze wschodu i Wikingowie z zachodu. Skrzaty przyjęły ich z tutejszą gościnnością. I tak już zostało do dzisiaj. Wśród leśnych zwierząt i ukwieconych łąk waleczni Skandynawowie zapragnęli spokojnego życia. Porzucili tarcze, topory i ciężkie miecze. Tylko nadlatujące każdej wiosny ptaki przypominały im powroty z dalekich rzecznych i morskich wypraw. Przybysze zostali tutaj na zawsze, a ich potomkowie nadal dbają o ojczystą ziemię i sprawiedliwe prawo.
Z czasem powstał piękny dwór, dom gościnny, latem dający chłód, zimą ciepły od rozgrzanych pieców i kominków. Miejsce, w którym został zbudowany znane było jako Hult Säteri. Z jednej strony zabudowania dworu wsparła ściana lasu. Przestrzeń z drugiej strony otoczyły orne pola i odległe sąsiednie domostwa.
Dzisiaj do Hult Säteri prowadzi jedna droga… Ależ nie! Nie! Tak naprawdę do Hult Säteri prowadzą dwie drogi. Drugą zna tylko niewielu ludzi. Jest ona bardzo tajemnicza i czasami trochę straszna, gdyż dzieją się tam różne dziwne rzeczy. Tą drugą drogą chodzą stare krasnale i równie stare domowe psoty. Ludzie przychodzą tutaj rzadko, bo mają inną drogę do domu.
Ostatnio do Hult Säteri sprowadzili się nowi lokatorzy: Mela i Ronny. Ledwo się zadomowili, a już kończą w całym domu wielki remont. Gorączka prac budowlanych przyciąga uwagę mieszkańców całej okolicy. Sąsiadów ciekawi, co też dzieje się w starym dworze? Dlatego lubią tutaj przychodzić, a nawet chętnie pomagają Ronny’emu w codziennych pracach. Mela przygotowuje w tym czasie fikę i zaprasza wszystkich do stołu. Teraz jest tutaj bardzo ogromna nowoczesna kuchnia, a Mela gotuje najlepsze jedzenie na świecie!
Niewiele osób wie o tym, że nieopodal dworu w dziuplach starych drzew nadal mieszkają prastare krasnale. Są to chyba najpracowitsi mieszkańcy Hult Säteri, bo od świtu do późnego zmierzchu, a czasem i przez całą noc bardzo ciężko pracują.
Co innego domowe psoty! One nigdy nie pracują. Mieszkają na strychu szopy, pod schodami małego domku, za kaflowymi piecami i w starych zamkach drzwi. Krasnale i ludzie mają z nimi sporo kłopotów, gdyż psoty psocą, psocą … i psocą. Czasami stare krasnale zapraszają do siebie leśne duszki, piękne i delikatne, dla ludzi zupełnie niewidoczne.
Mela i Ronny nic by nie wiedzieli o innych mieszkańcach Hult Säteri, gdyby nie dzieci polnej myszy, które Ronny uratował od niechybnej, strasznej śmierci.
A było to tak. Podczas remontu dworu Ronny od czasu do czasu
przygotowywał dużą stertę drewnianych odpadów, by spalić ją w bardzo nowoczesnym czerwonym piecu w kotłowni. Wrzucał drewno do pieca, a wiatr unosił biały dym nad lasy i łąki. Jesienią remont kończył się i Ronny powiedział Patersonowi, młodemu stolarzowi, żeby zgromadził na pobliskiej polanie odpady drewna do spalenia. Zaczęły się przygotowania. Paterson wsiadł do traktora i żelaznym spychaczem zaczął spiętrzać stos. Hałas był tak straszny, że zwierzęta zamieszkujące polanę uciekły do pobliskiego lasu. Prawie wszystkie. Z wyjątkiem dziesięciu małych myszek, które w ziemnym zagłębieniu ukrytym w trawie czekały na swoją
mamę. Zamiast uciekać maleństwa piszczały tylko cichutko, nawołując dorosłych. Tragedia była tuż, tuż…
Katastrofie zapobiegły dwa prastare krasnale. Bezbronne myszki dostrzegł młodszy z nich, Daniel. Był to potężny skrzat, żyjący już prawie dwa tysiące lat. Jego wielkie ramiona, silny kark i ogromna głowa królowały nad okolicą. W gęstej czuprynie uwijały się kolorowe ptaki, na wietrze trzepotały kokardy srebrnych nici, migotały leśne świetliki. Niejeden człowiek pomylił tą gęstwinę z leśnym wysokim krzakiem.
Krasnal pobiegł na łąkę i czarami próbował zatrzymać strasznego
mechanicznego smoka. Lecz traktor nie zatrzymał się wcale. A z daleka szedł już w tym kierunku Ronny. Może chciał na polanie rozpalić wielkie ognisko? Co stanie się wtedy z małymi myszkami?
Daniel był przerażony. Wtem tuż przy niewielkim dzwonie na dachu szopy dostrzegł swojego kuzyna Berserkera, znacznie starszego od niego i bardziej doświadczonego. Berserker miał ponad dziesięć tysięcy lat i radził sobie wiele razy z trudniejszymi kłopotami. Skrzat ten nie był zbyt duży, miał wielkie niebieskie oczy, zupełnie łysą głowę, długi zadarty nos i wielką odwagę.
Stary krasnal nie wahał się zbyt długo. Nad całą okolicą rozległy się głośniejsze niż zwykle dźwięki bijącego dzwonu.
‘Alarm! Pożar! Przybywajcie wszyscy na ratunek!’ — zdawał się krzyczeć dzwon. Ronny zatrzymał się w pół drogi. Był zdumiony. Rozglądał się niespokojnie. Wypatrywał. Ale nigdzie nie było widać ani ognia, ani dymu. Nie widział żadnego pożaru. Stolarz Paterson zatrzymał traktor i pobiegł do dworu sprawdzić, czy może tam coś się pali. Ronny nadal wsłuchiwał się w głos dzwonu. Co się stało? Czy ktoś robi sobie głupie żarty? Ruszył szybko w kierunku szopy. Ku jego zdumieniu dzwon poruszał się sam. Pogoda była bezwietrzna, więc to nie wiatr nim kołysał. Nikt nie pociągał za długi sznur, a jednak na całą okolicę rozchodził się głośny dźwięk.
Ronny modlił się cichutko. To, co działo się z jego dzwonem zaprzeczało znanym mu prawom fizyki. Do kieszeni spodni schował pudełko z zapałkami. Kolejny raz bardzo wolno i uważnie rozejrzał się wokół siebie. Nadal nie dostrzegł żadnego pożaru…. Usiadł więc na kamiennym progu szopy. Zamyślił się. Nie próbował zatrzymać dzwonu. Widział, jak z odległych domostw nadbiegają z pomocą ludzie.
Tymczasem zaalarmowana Mela i wystraszony Paterson wybiegli z domu przed klomb. Już z daleka dawali Ronny’emu znaki, że w domu nie ma pożaru. Ronny odetchnął z ulgą. Tyle pracy, tyle marzeń, ten piękny stary dwór – to wszystko nie może spłonąć! Przecież w całym domu założył instalację przeciwpożarową. Na każdym suficie są czujniki dymu. Mela biegła do niego z pytającym spojrzeniem. Za nią podążał młody stolarz. Co Ronny miałby im powiedzieć?
W tym samym czasie Danielowi udało się odnaleźć mamę małych myszek. Siedziała cichutko w dziurze starej deski w zniszczonej ścianie szopy. Cała drżała ze strachu. Chciała malutkim myszkom zanieść dziesięć ziarenek zboża, ale najpierw przeszkodził jej w tym wielki stalowy smok, ryczący strasznie, zgrzytający żelastwem, szukający czegoś na polanie. A potem z góry dobiegł ją równie straszny, rytmiczny hałas. To było z pewnością miarowe bicie serca jakiegoś jeszcze większego potwora! Mama małych myszek rozpłakała się na myśl o stracie bezbronnych maleństw. Jeśli dotychczas nie zmiażdżył ich straszny żelazny smok lub jeszcze większy potwór, to pożre je niechybnie zawsze głodny polny orzeł Mateo, krążący złowrogo nad okolicą…
Pani Mysz nie myliła się! Właśnie nad polanę nadleciał wielki orzeł, szukając dla siebie obiadu. Mateo od dawna widział małe myszki. Szykował się już do ataku, gdy nagle dostrzegł Daniela. Natychmiast zmienił zamiary i szybko odleciał. Dobrze wiedział, że każdy ptak, który w obecności tego skrzata zrobi coś strasznego, za karę resztę życia spędzi w jego wielkiej głowie, schwytany przez niewidzialną potężną siłę.
Także krasnal Daniel kątem oka dostrzegł odlatującego orła. Przyśpieszył kroku. Nie miał czasu na wyjaśnianie polnej myszy, co to jest traktor i co to jest dzwon. I że orzeł już sobie poleciał.
‘Pani Myszo! Pani Myszo! Musi pani szybko zabrać z polany swoje dzieci! W tej chwili nic im nie grozi, ale trzeba się śpieszyć!’
Mysz porzuciła swoich dziesięć ziarenek i natychmiast pobiegła za
Danielem. A krasnal przesuwał już wielki stos drewna, spod którego wydobywał się cichy pisk małych myszek. Pani Mysz dobiegła tam po chwili. Chwytając maleństwa pyszczkiem po kolei wyrzucała je z jamki na dróżkę. Wystarczyła minuta, by wszystkie myszki biegły posłusznie za swoją kochaną mamą w kierunku małego domku. Pod czujnym okiem Daniela, gwarantującego bezpieczeństwo.
Hałas i zamieszanie dostrzegły już wcześniej psoty. Początkowo przyglądały się wszystkiemu leniwie. Ale kiedy w małym domku schroniły się myszki, a od Pani Myszy i krasnala Daniela dowiedziały się, co się stało, nie trzeba było czekać na ich reakcję!
Natychmiast wszystkie psoty wybiegły ze swoich norek, dziurek i schowków. Przez komin, uchylone okno, szparę w drzwiach wydostały się najpierw przed mały domek, przystanęły w gromadce, poszeptały cichutko. O czym szeptały? Kto to wie… I błyskawicznie zniknęły w czterech kominach starego dworu. Jakie było zdziwienie stojącej już przy szopie Meli, gdy dzwon nagle przestał dzwonić i w tym samym momencie z czterech kominów jej pięknego domu buchnął w niebo dym!
‘Pali się! Gdzieś we dworze się pali! Szybko! Ratujmy nasz dom!’
Wszyscy zerwali się na równe nogi i pobiegli do starego dworu. Sąsiedzi, którzy z pobliskich domów przybyli na ratunek byli tam pierwsi, ale nie wiedzieli, jak mogą pomóc. Dzwon już przestał wydzwaniać na alarm, a pożaru nie było ani śladu. Widzieli tylko Melę, Ronny’ego i stolarza Patersona biegnących w ich stronę, krzyczących coś i wymachujących gorączkowo rękoma.
Pierwsza do domu wbiegła Mela, zaraz za nią Ronny, Paterson i cała reszta. Wszyscy rozbiegli się po pokojach. Ale wszędzie było czysto i bezpiecznie. Tylko w starych kaflowych piecach cichutko płonęły polana drewna. We wszystkich piecach buzował pierwszy jesienny ogień. Mela spojrzała na Patersona. Paterson uniósł ze zdziwienia ramiona. Kto rozpalił już w piecach? Nikt z obecnych tego nie wiedział.
‘Czy to Ty rozpaliłaś już dzisiaj w piecach? Przecież mieliśmy napalić dopiero w przyszłym tygodniu?’
‘Ależ nie ja… Ja nie wiem! Paterson! Czy wiesz, kto rozpalił w piecach i w kominku?’
‘Nie mam pojęcia! Dopiero jutro miałem czyścić piece.’
Ronny zdjął kalosze, wszedł do biblioteki, usiadł w skórzanym fotelu i patrzył długo na stary portret mężczyzny zawieszony na ścianie. Może on coś by mógł powiedzieć, gdyby zechciał? Dym z komina nie był przecież przypadkowy. To normalne, że z rozpalonych pieców leci do nieba siwy dym. Ale, ale! Cóż to się takiego dzieje? Z pięknego pieca w bibliotece kopci się do pokoju, zamiast do wnętrza komina.
‘Tutaj komin się zatkał! Trzeba wygasić palenisko.’
Ronny szybko wyrzucił na kamienną posadzkę dymiące polana drewna, a Paterson wyniósł je w żelaznym wiadrze. No i po pożarze! Dym w tak małej ilości nawet nie zdołał uruchomić elektronicznego alarmu. Sąsiedzi śmiali się i cieszyli, głośno klaskając w dłonie. Mela miała w oczach łzy szczęścia. Przytuliła się mocno do męża. Zawsze był przy niej, a i dzisiaj nie pozwolił jej skrzywdzić. Ten dom był jej wymarzonym miejscem, najpiękniejszym, najważniejszym. Szybko jednak doszła do siebie i ku radości zebranych zaprosiła wszystkich na fikę.
Podała gościom jabłecznik, kawę i gęsty czekoladowy pudding. Wkrótce w Hult Sateri będzie gościła wielu ludzi. Zbliża się Julbord i we dworze świąteczny czas spędzi wielu jej przyjaciół.
Ronny nie usiedział na miejscu i jeszcze podczas fiki ponownie poszedł do biblioteki, by sprawdzić, co się dzieje z nieczynnym piecem. Było już popołudnie. Na kominiarzy za późno. Gdyby oni tutaj byli, nie byłoby problemu. Mają swoje metody, mają specjalistyczne narzędzia. Może jutro przyjadą do Hult Sateri?
Wejdą najpierw na dach, sprawdzą kanały i od góry udrożnią komin. Ronny nie chciał jednak czekać do jutra. W palenisku pieca ustawił trzy niskie grube świece i podpalił je, by sprawdzić, czy jest cug. I wtedy usłyszał głośne Aaaaauuuu!… Krzyk protestu dobiegał prosto z pieca. Ronny zdmuchnął szybko świece.
‘Kto tam jest, halo? Proszę wyjść! Natychmiast proszę wyjść z pieca!’
‘To ja. To ja. Twój psot. Nie mogę się wydostać. Jestem trochę za gruby. Tutaj jest troszeczkę za ciasno. Nie mogę się ruszyć. Ani w jedną stronę. Ani w drugą stronę. To koniec!!!’
Ronny nie wierzył własnym uszom. Z wnętrza starego pieca jakiś piskliwy głosik skarżył się na swój ciężki los. Tego popołudnia Ronny długo rozmawiał z nieznajomym. To właśnie od uwięzionego psota dowiedział się wszystkiego o psotach, krasnalach i duszkach. Dowiedział się też o tym, że wspólnie z krasnalami uratował dzisiaj małe dzieci Pani Myszy.
Z wrażenia Ronny zupełnie zapomniał o cieście, kawie i puddingu. W wygodnym fotelu rozmyślał o zasłyszanej historii. Prawdę mówiąc z powodu uratowania małych myszek był bardzo szczęśliwy. Potem jeszcze kilka razy chciał zapytać psota o różne sprawy, ale psot nic już nie mówił. Słychać było tylko cichy oddech. Najwidoczniej zmęczony usnął. Co teraz z nim będzie? Co będzie, gdy przyjadą kominiarze?
‘Mela! Mela! Wiesz co, może nie wzywajmy na razie kominiarzy? Przecież w tym roku jest całkiem ciepła jesień…’
Mela uśmiechnęła się, skinęła na zgodę głową. Sąsiedzi wychodzili już do swoich domów, żegnając się z gospodarzami. Przy klombie Paterson włączał silnik wyścigowego auta. Z wolna zapadał wieczór. Ptaki szykowały się do snu.
Latarnie zapaliły się automatycznie. Ronny przystanął w drzwiach wejściowych domu i długo wpatrywał się w otaczające go stare drzewa.
Rozdział drugi
Potwór najstraszniejszy ze strasznych
Jesień tego roku jest łagodna i ciepła. Jak każdego roku o tej porze wszyscy biorą się za gruntowe porządki. Zima z pewnością jest bliżej, niż ktokolwiek przypuszcza. A gdy już jest w każdym zakątku Skandynawii, bielutki śnieg wyleguje się na wysprzątanych gościńcach i podwórcach. Może dlatego zima chce tutaj co roku pozostać jak najdłużej?
W Hult Säteri jest już prawie po porządkach. Ronny rozpoczyna właśnie ostatnią większą robotę — rąbanie drewna. Potrzebne jest do pieców i kominków. Musi narąbać zapas na całą zimę. Nie tylko Ronny zabiera się w tym okresie za rąbanie wielkich pniaków. Kto zdrów i sił mu starczy do ciężkiej pracy, ten tnie, piłuje, rąbie i wymyślnie układa drewniane kloce. W szopach w wysokie pod strzechę stosy na klepisku. Na dworze wprost pod okapy domostw. W całej Szwecji trwa gorączkowy wyścig z czasem. I tak już jest rok w rok od tysięcy lat.
Mela także kończy przygotowania. W wielkich kuchennych szufladach starannie układa sztućce. Czyści głębokie i płytkie tace na owoce. Prasuje bielutkie obrusy. Prawie wszystko jest gotowe na uroczyste otwarcie pensjonatu. Pensjonatu? No, tak! Dwór musi przecież tętnić życiem, a najlepszym na to sposobem jest zapraszanie gości.
Łatwo powiedzieć… Zapraszanie gości. Ale to wcale nie jest takie proste. Aby dopiąć swego Mela cały rok uczy się sztuki kulinarnej. I to nie byle gdzie! Na kursie gotowania w Skattegard. U najlepszych na świecie kucharzy. Skandynawowie bardzo dobrze wiedzą, że nie wolno zapraszać gości, jeśli nie można ich poczęstować tradycyjnym, smacznym, po prostu najlepszym jedzeniem. I do kawy kruchymi ciasteczkami.
Ronny przerywa na chwilę pracę przy drewnie. Czas na fikę. Nie wolno opuścić fiki, bo to niegrzeczne i niemądre. W hallu zdejmuje ciężkie gumiaki, potem myje ręce i parzy świeżutką kawę. Znów siada w fotelu przy starym piecu w bibliotece. Uwielbia to miejsce.
‘Ronny! Ronny! Dzwonię do Vesy, zapraszam go na środę, po południu, może na piątą, dobrze? A do środy nie wychodzę z kuchni, więc mi nie przeszkadzaj!’
‘A co z jedzeniem? Co z jedzeniem dla mnie? Czy do środy mam
głodować?’
Mela nie odpowiada. Wygląda na to, że przez całe dwa dni Ronny będzie musiał zadowolić się jagodami, poziomkami i źródlaną wodą. Nic nie szkodzi. Uśmiecha się sam do siebie. Zaraz podkradnie się cichutko do kuchni i spróbuje tego i owego, tylko dla posmakowania. Tak robił, gdy był małym chłopcem, i lubi tak robić do tej pory, choć jest już całkiem dorosły.
Ciekawe, czy psoty także podjadają coś w kuchni? Chyba tak! Od czego mają takie wielkie brzuszki, jak nie od przejedzenia? Niektóre z nich potem nie mogą wydostać się z pieca! Ronny znowu rozmyśla o psotach i innych tajemniczych mieszkańcach dworu. W końcu zapada w błogą drzemkę. – Któż mógłby w takiej chwili przypuszczać, że niebawem ta spokojna okolica zamieni się w miejsce tak straszne, że aż brak na to słów…
A było to tak. Gdy Ronny zaraz po drzemce wyszedł przed dwór, na
obszerny ganek, by włożyć swoje robocze kalosze, nad jego głową pojawił się niespodziewanie właściciel głosiku z kaflowego pieca. Tego samego głosiku, który Ronny poznał w bibliotece kilka dni temu.
‘Przyszedłem się pożegnać. Właśnie skończyłem pakowanie skrzyni i wynoszę się stąd.’
‘Czy to ty? Poznaję cię, psotku! Poznaję po głosie… Byłeś wtedy w bibliotece, w środku pieca, czy tak?’
‘Tak, to ja, twój psotek. Wynoszę się stąd. Jak najdalej!’
‘A to dlaczego? Przecież zawsze możesz spać na piecu. Już to przecież ustaliliśmy.’
‘Nie chodzi ani o piec, ani o ciebie… Ani o nic…’
‘Chyba jednak o coś chodzi, psotku. Mnie możesz powiedzieć!’
‘Bo ja jestem bardzo maleńki i bardzo się boję.’
‘A czegóż to ty się boisz, psotku? Przy mnie nic ci nie grozi. Od tej chwili nie musisz się już niczego bać!’
‘Tylko ludzie mogą być tak nierozsądni, jak teraz ty. Ja się wynoszę i tobie radzę zrobić to samo! I to najlepiej jeszcze dzisiaj… Żebyś nie mówił potem, że cię nie ostrzegałem! Cześć!’
Ronny chciał wypytać psotka, o co właściwie chodzi, ale psotek zniknął. A właściwie nie zniknął, bo i tak nie był widoczny. Jednak z całą pewności nie było go tutaj. Lub był, lecz uparcie milczał, gdy Ronny dopytywał się, dlaczego miałby jeszcze dzisiaj wyprowadzić się z Hult Säteri?
Jak to wyprowadzić się? Dopiero co zakończył odnawianie głównego budynku. Chodzi nie tylko o to, iż napracował się przy tym i on, i wiele innych osób. Prawda jest taka, że na remont dworu on i Mela wzięli z banku ogromną pożyczkę – tak wielką, jak wielka była cała ta okolica, a może i jeszcze większą. A pożyczkę, jak to pożyczkę, musieli oddać. Bo inaczej bank mógłby odebrać im dwór i w ogóle wszystko.
Do tego Ronny nigdy nie dopuści. Choćby się waliło i paliło, nie dopuści. Ten psot najwyraźniej chciał go zdenerwować. Głupie żarty!
Przez następne dwa dni nic się nie działo. Nic takiego, co mogłoby zakłócić mieszkańcom Hult Säteri pracowite, ale spokojne życie. We środę pojawili się pierwsi goście. Vesa i jego żona wraz z piątką dzieci. Przyjechali o piątej. Późną jesienią już o trzeciej jest tutaj bardzo ciemno. Ale teraz było widno, jak we dnie.
Dwór przywitał ich wszystkimi latarniami, wszystkimi lampami w pokojach gościnnych, żarzącymi się węglami pod rusztem grilla, rozpalonymi kominkami i piecami, wielkimi girlandami w hallu i salonach.
‘Dzieci! Dzieci… Nie rozbiegajcie się, proszę! Stajemy w szeregu, tak, właśnie tak, w szeregu, jedno dziecko przy drugim…’
‘Mamusiu, ja chcę do łazienki!’
‘Ja też…’
‘I ja… Ja pierwsza…’
Zgiełk i harmider były tak wielkie, że Mela skuliła się troszeczkę w
oczekiwaniu na chwilkę spokoju. Mama tej gromadki w ogólne nie panowała nad sytuacją. A powinna. Była cenioną miejscową nauczycielką. Jak widać, co innego szkoła, a co innego życie.
‘Teraz ustawiamy się gęsiego i wchodzimy do środka, ale bezpopychania, bez rozmów. Cisza!’
‘Kochanie, nasze dzieci poradzą sobie, wszyscy są już duzi…’
Gromadka wbiegła z wrzaskiem do środka dworu i nie czekając na
dorosłych rozbiegła się po wszystkich kątach.
‘To ja rozumiem. Tam z pewnością będą bezpieczne…’
‘Ronny! Dlaczego tak powiedziałeś? Czy coś grozi tutaj moim dzieciom?’
‘Ależ ja… Ależ ja…’
‘Co ty pleciesz, kochanie? Ronny powiedział to tak, ogólnie, prawda Ronny?’
Ach, ten niewyparzony język Ronnego. Po co on to powiedział, no, po co? Co jego gości obchodzi jakiś psotek? Jakieś psotkowe głupie żarty? Prawdę mówiąc, gdyby oni wiedzieli, że tutaj są jakieś psotki, niewidzialne duszki i prastare krasnale, uciekaliby stąd, że aż ho ho!
‘Ronny wszystko posprzątał, nie obawiajcie się niczego złego. Nie ma tutaj choćby małego gwoździka, kawałka drzazgi czy okruszka szkła. A narzędzia są dobrze zamknięte w tej starej szopie.’
‘Nasze dzieci są absolutnie bezpieczne, kochanie.’
Mela nie znosiła takich sytuacji. Była bardzo gościnna, a tutaj masz ci los. Uśmiechnęła się do Vesy, a on także dał do zrozumienia, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Goście weszli do przytulnego hallu, z którego można było przejść dalej, do środka domu. Na piętro prowadziły wygięte w łuk schody, a przy wejściu do salonu mruczał cichutko niebieskawo-żółty ogień w starym kominku.
Z piętra dobiegał hałas biegających dzieci. Najmniejsza, Sara, miała już ponad cztery latka i uważała się za najmądrzejszą z rodzeństwa. Najstarszym z nich był Adaś. Miał dziesięć lat i prawie dwa całe miesiące. I nie bardzo lubił, gdy Sarenka przemądrza się i wszystko wie najlepiej. Tak naprawdę właśnie on wiedział wszystko najlepiej, wiedział po prostu wszystko, nawet to, co wiedzą dorośli. A tego nigdy nie będzie wiedziało takie małe dziecko, jak jego przemądrzała siostrzyczka Sara. Adaś bardzo ją jednak kochał, bo miał tylko jedną siostrzyczkę. Reszta, to bracia, właściwie tak samo zwariowani, jak Sara. David, Emil i Daniel.
Ach tak! Zaraz po najstarszym Adamie mają Daniela. To imię nosi przecież jeden z dwóch tutejszych krasnali, ten młodszy, dwutysiącletni. Ciekawy zbieg okoliczności! Ronny zamyślił się nad dziwami świata. Gdyby człowiek mógł wiedzieć tyle, ile wie sam Bóg, co by wtedy było? Czy ludzie byliby lepsi? A może gorsi? Pewnie nikt tego nie wie. Ronny z pewnością byłby lepszy, bo wiedziałby o tym, co też psot chciał mu powiedzieć, gdy przestrzegał go przed mieszkaniem we dworze… Ech, pewnie to zwykłe głupstwa, po prostu zwykłe głupstwa.
Ni stąd, ni zowąd pojawił się malutki kłopot. Mela zorientowała się naraz, że za godzinę zabraknie drewna do kominków. Stolarz zapomniał przygotować tyle, ile trzeba. A do tego wszystkiego dzisiaj ma wolne.
‘Hallo! Hallo! Paterson? Zapomniałeś przynieść więcej drewna do kominków! Czy przyjedziesz zaraz? Nie?… No tak, zapomniałam. Trudno. Poradzimy sobie. Wszystko w porządku. Do jutra.’
‘Ronny, co my teraz zrobimy, Paterson jest w Norze u znajomych i nie przyjedzie. Natniesz trochę? Tylko trochę, co?’
‘Natnę, ale będę potrzebował kogoś do pomocy.’
‘Ja! Ja! My!… Czy możemy? Prosimy!’
‘A dacie radę?’
‘Taaaaaak!’
Dzieci wybiegły tak szybko, że Ronny nie zdążył zmienić butów. Chwycił tylko latarkę i popędził za nimi w kierunku starej szopy. Wrzask przeniósł się z domu na zewnątrz, dzięki czemu Mela mogła w końcu zaprosić swoich wspaniałych gości do stołu. W jadalni czekało na nich czterdzieści gatunków śledzia. Od marynowanego norweskiego po surowego szwedzkiego. Z cebulką.
Kto przepadał za śledziami, ten był w siódmym niebie. Kto ich nie jadał, miał kłopot. Ależ nie, ponieważ Mela pomyślała o dzieciach i przygotowała wielkie ilości owoców, ciast, puddingów i nie wiadomo, czego jeszcze. Prawdziwa dworska uczta! Kto do niej zasiadał, zapominał o całym świecie.
Örebro-Hovsta 2006
[w] Isaac Jacobovsky, Opowieści z Hult Säteri. Ebook, Edynburg 2012, ss.9–23
