Isaac Jacobovsky
[fragmenty]
Rozdział pierwszy
Złoty Pan na Randolph Place
Przy Randolph Place, nieopodal reprezentacyjnej Princes Street znajdował się sklep inny od wszystkich sklepów w Edynburgu. Ktokolwiek odważył się wejść do środka, mógł zobaczyć dziwy, tajemnice, a może nawet czary. Mało kto o tym wiedział, że od czasu do czasu przychodził tutaj sam Złoty Pan. Tak, tak! Choć nie wiadomo, kiedy kolejnym razem zatrzyma się przed wielką witryną sklepu.
Mama Aleca nie mogła się zdecydować, czy brawurowo, gwałtownie skręcić w lewo i uciec autem z nieznośnego korka, czy też przeciwnie, czekać cierpliwie w niekończącej się kolumnie samochodów na przejazd, opowiadając jednocześnie swojemu synowi o otaczających go zewsząd tajemnicach.
‘A kto to jest ten Złoty Pan?’ – zapytał Alec, który słuchał mamy nieuważnie, zajęty gierką.
‘Gdybyś mnie słuchał, jak każdy grzeczny chłopiec, to wiedziałbyś, o czym cały czas ci mówiłam i na pewno nie miałbyś teraz pomalowanych całych spodni’ – mama była trochę zamyślona, trochę rozbawiona, a wszystko przez to malowanie wielkiego obrazu, w którym Alec wziął dzisiaj udział.
Hmm… Ciekawe, po co Złoty Pan przychodził? Mama chłopca rzeczywiście nie była do końca pewna, po co to robił. Ceny w tym sklepie były stanowczo za wysokie! Sklep nie miał prawie wcale półek z towarami, a za to wszędzie stały zagadkowe papierowe torebki. Były na nich naklejki z informacją, co zostało w środku schowane, lecz tam nic nie było. One były puste. Przy każdej zwisała kolorowa karteczka. To instrukcja, co należy zrobić, żeby w torebce coś było. Ale najpierw trzeba zapłacić. I to dużo. Za dużo. Z pewnością nikt nie miał tyle pieniędzy.
‘A czy w torebkach są cukierki?’ – chłopiec wcale nie przejął się poprzednią uwagą mamy, nadal zajęty swoją ulubioną gierką.
‘Znowu mnie nie słuchałeś… Ależ niesamowity tłok! Jak tak dalej pójdzie, to nie zdążymy dojechać do babci i co wtedy będzie?’ – zmarszczyła czoło mama.
Jednego była jednak prawie pewna, bo dowiedziała się o tym od znajomych. Klientom sklepu najbardziej podobała się torebka z ciepłym wiatrem znad Morza Czerwonego. To bardzo rzadki towar w sklepie. Każdy myślał przecież o czymś zupełnie innym, gdy na torebce odczytywał naklejkę. Co można myśleć o ciepłym wietrze znad Morza Czerwonego? Czy różnił się on od wiatru znad Morza Czarnego? Znad Morza Białego? Albo Żółtego? Jeśli to w ogóle był taki zwykły wiatr… Jak ten, który wczoraj porywał w Edynburgu kapelusze i łamał parasolki.
‘Mamo! A nad Morzem Zielonym woda jest niebieska, czy zielona?’ – zaciekawił się Alec.
‘Co ty pleciesz, jakie Morze Zielone. A wiesz, podoba mi się ta nazwa. Morze Zielone. Ładne musiałoby być takie morze, z niebieską wodą, zielonym niebem i żółtym słońcem. Z białymi lodami czekoladowymi’ – rozmarzyła się mama.
‘Ja chcę dzisiaj na deser białe lody czekoladowe!’ – zażądał chłopiec.
‘Przecież nie ma białych lodów czekoladowych’ – odparła rozbawiona jego nową zachcianką mama.
‘Dlaczego?’ – dopytywał malec.
Alec nie dawał mamie spokoju. Słyszał dokładnie, że mama mówiła o białych lodach czekoladowych. Najwyraźniej miał podzielną uwagę i mógł usłyszeć wszystko, co chciał, jeśli tylko chciał to słyszeć. Tak naprawdę bardzo lubił, gdy jego mama zwracała się ze swoimi problemami wprost do niego.
‘Właściwie nie wiadomo, jak to jest z tymi lodami. Jeśli możemy kupić białą czekoladę, to powinniśmy móc kupić również białe lody czekoladowe’ – mówiąc to rozglądała się na wszystkie strony, teraz już całkowicie zablokowana na środku ulicy w gigantycznym codziennym korku. – ‘Może są w tym zaczarowanym sklepie?’ – mama Aleca zapytała samą siebie.
Na czym to ona skończyła? Aha, ceny! Gdyby nie wysokie ceny, jak świeże bułeczki kupowane byłyby gwiazdki z nieba. Torebka z jedną gwiazdką posiadała zaświadczenie, że to gwiazdka jak najbardziej prawdziwa, z takim to a takim numerem, no i gdzie w ogóle należy szukać jej na niebie. Bez mapy ani rusz, bo człowiek gubił się już na samym początku. Jeszcze dziwniejsze były torebki z dwiema gwiazdkami. Na naklejce widniała informacja, że to gwiazdy podwójne. Takie związane ze sobą cienkim niewidocznym sznurkiem i kręcące się wokół siebie, a do tego każda jak wielki bączek. Te torebki były najciekawsze.
‘Może tam są lody, w tym dziwnym sklepie? Ja chcę lody!’ – Alec przypomniał sobie, na czym mu zależało najbardziej.
Był zwolennikiem największych na świecie porcji lodów, bez względu na smak i kolor. Ale sztuką było zachęcenie mamy do zakupów.
No nie! Całkiem wyleciało jej z głowy, że nie powinna wspominać o lodach, bo teraz Alec będzie ją o nie męczył do nocy. Z drugiej strony ona sama chętnie zjadłaby coś słodkiego lub napiła się czegoś. Najchętniej dobrej kawy.
Przypomniało jej się, że od rana aż do południa w tym tajemniczym sklepie pachniało kawą. Właśnie kawą, a nie herbatą. Jeśli przechodzień zatrzymał się przed witryną i nie miał znowu kataru, to wcale nie mógł odejść. Zapach kawy był silniejszy, niż jakiś tam zwykły klej. Taka kawa super glue. I w sklepie robiło się nagle tak ciasno, że nie można było pomieścić wszystkich chętnych. Był po prostu za mały. Niełatwo wypijało się w nim pięknie pachnącą kawę.
‘Czy ty w końcu przestaniesz grać, Alec?’ – zapytała mama.
Trudno jej było pogodzić się z myślą, że Alec mógłby przegapić opowieść o zagadkowym zapachu kawy w zaczarowanym sklepie, odwiedzanym czasami przez wyjątkowego gościa. – No tak! To na pewno ten piękny zapach kazał przychodzić Złotemu Panu do sklepu, bo cóż innego mogłoby to być? Kiedy klienci czekali na niego w wielkim ścisku od rana do południa, sprzedawczyni zaczynała opowiadać bajki, żeby ich czymś zająć. To były najprawdziwsze bajki dla małych dzieci. Lecz w tym czasie większość dzieci bawiła się w przedszkolu lub uczyła w szkole.
Jak to możliwe, że w sklepie o tej porze nie było ani jednego dziecka? Może panował w nim zbyt duży ścisk i żaden rodzic nie chciał narażać swojej pociechy na duchotę? To całkiem możliwe, choć mama Aleca nie była pewna, dlaczego dorośli zajmowali się bajkami dla małych dzieci. Wsłuchani w nie zapominali o całym świecie. A czas tak szybko płynął. Nim spostrzegali się, było już południe. I nagle wszyscy biegli, każdy przed siebie, każdy w swoją stronę. Na jezdniach powstawały korki. Za to w sklepie robiło się teraz luźno. Z rzadka ktoś zajrzał do środka, by upewnić się, że także i tego dnia nie stać go na gwiazdkę z nieba.
‘Mamo, pojedziemy zaraz do tego sklepu? Ja chcę spotkać tamtego pana!’ – ucieszył się Alec.
‘Będziemy obok przejeżdżać, to pokażę ci, gdzie jest ten sklep. Ale babcia czeka. Nie możemy nigdzie skręcać’ – mama uśmiechała się łagodnie, jakby miała gotowy plan, żeby tam nie pojechać.
‘Ja chcę zobaczyć tego pana ze złota!’ – uzasadnił swoją prośbę Alec.
‘Od kiedy to ty wierzysz w bajki? Poza tym ten pan nie jest ze złota, tylko nazywa się Złoty Pan. Tak jak ty nazywasz się Black’ – wyjaśniła mu trochę zagadkowo mama.
‘A czy on ma jakieś imię?’ – gra skończyła się i malec nie był zdecydowany, czy rozegrać kolejny mecz.
‘Hmmm… Wiesz, tego akurat nie wiem. Muszę zapytać panią sprzedawczynię’ – mama delikatnie musnęła palcem jego nos. – ‘Zaraz będziemy mijali Randolph Place. Tam jest ten sklep. Nie przegap. Po prawej stronie. W głębi uliczki’ – precyzyjnie instruowała syna. – ‘Alec, przestań już grać w tę grę, bo stracisz okazję i wszystko przegapisz!’
‘Ale ja nie gram. Tylko nie wiem, która to strona. Powiedz mi, mamo! Czy to ta?’ – rozłożył szeroko jednocześnie obie ręce.
‘Tam, po prawej, tylko ta jest prawa’ – mama chłopca nie mogła powstrzymać się od śmiechu.
Alec zawsze miał kłopot z ustaleniem, która to lewa, a która prawa. I bardzo lubił, kiedy mama śmiała się głośno.
Tak! Mama chłopca miała rację… Prawa strona, o tam! Randolph Place była po prawej. Szeroka, krótka uliczka w centrum wielkiego miasta. Przed tajemniczym sklepem zatrzymał się olbrzym. Jego głowa sięgała wysokich dachów. Prawdziwy olbrzym! Ubrany w marynarkę i sukienkę.
Miał śmieszne, bardzo gładkie nogi. Proste jak kołki. To chyba ten Złoty Pan, bo miał taką świecącą się, żółtą twarz. Z kieszeni jego marynarki cały czas wychodzili jacyś ludzie. Najpierw schodzili ostrożnie po długiej drabinie, a potem rozglądali się, zaciekawieni, dookoła. Na jezdni i chodnikach było ich tak dużo, że żaden samochód nie mógłby tam wjechać.
Tymczasem po podobnej drabinie ustawionej z drugiej strony Złotego Pana w górę wchodzili inni ludzie. Dzięki temu na ulicy było troszeczkę luźniej.
‘Mamo, a ile Złoty Pan ma tych ludzi w swoich kieszeniach?’ – malec długo dotykał kieszonek własnych spodni, jakby chciał się upewnić, że nie zmieści w nich ani jednego człowieka.
‘Zaraz będziemy u babci, jeszcze tylko na światłach prosto, potem trochę dalej w lewo, i w dół. Przez rzekę’ – mama chłopca była coraz bardziej przejęta gigantycznym ulicznym korkiem, który zablokował dosłownie całe centrum miasta.
‘Czy ty nie widzisz, tam stoi Złoty Pan?! Mamo, patrz, patrz!’ – Alec pokazał olbrzyma palcem.
‘Alec, ja prowadzę samochód, to nie jest zabawa. Już sześć razy miałam wypadek, wystarczy’ – mama była zajęta wyczekiwaniem na dalszą jazdę, korkiem, światłami, babcią i nie wiadomo, czym jeszcze.
Czuła, że jeśli nie w tej chwili, to już nigdy nie uda się jej wydostać z tego nieznośnego korka. W końcu samochód drgnął, przyśpieszyła, minęła Randolph Place i skręciła w trzecią w lewo.
‘Ja tylko chciałem pokazać ci tego Złotego Pana. I różnych kieszonkowych ludzi’ – wyjaśnił Alec. – ‘Mamo, on chyba jest żółty, ten pan, i powinien nazywać się Żółty Pan. A ci ludzie z kieszeni jego marynarki to jak się nazywają?’
‘Złoto ma kolor żółty. A czasami, lecz rzadziej, biały’ – odpowiedziała mama, znowu tak trochę zagadkowo.
Potem zamyśliła się nad czymś, a Alec wiedział, że w takich chwilach nie powinien mamie przeszkadzać. Pod samym domem, w którym mieszkała babcia, mama dodała.
‘Ludziki mają swoje imiona, jak to ludziki, jak ty i każdy.’
‘To ja też jestem taki ludzik z kieszeni tego Złotego Pana?’ – Alec niewiele z tych wyjaśnień rozumiał, a przecież powinien wiedzieć coś więcej, bo był już duży.
Zastanawiał się, co też dzieje się teraz na tej dziwnej Randolph Place? Pewnie było tam nadal tak ciasno, jak przed południem w sklepie. A sprzedawczyni przeciskała się pomiędzy ludźmi i dolewała im do filiżanek gorącą kawę, której zapach Alec czuł nawet tutaj, w mieszkaniu babci. A Złoty Pan? Być może rozglądał się uważnie po całej okolicy, podziwiając spadziste dachy kamienic, las kominów i uśmiechające się do mew szyby starych okiennic.
Rozdział drugi
Pościg przy kaskadzie wodnej na Water of Leith
Jedno z okien pokoju dziennego wychodziło wprost nad rzekę. Nieustanny szum wody z pobliskiej kaskady wypełniał każdy zakamarek babcinego mieszkania. Ze zgiełku Princes Street nie pozostało ani śladu. Słychać było jedynie niewyraźny szum, podobny do odgłosów przelewającej się w oddali wody, pełnej milczących, spoglądających zagadkowo na świat ryb. Babcia zachowywała się trochę dziwnie, bo zamieniła tylko kilka słów z mamą Aleca, a zaraz potem zabrała swojego wnuka na spacer. I to bez suczki Tango. I bez prowiantu. A co z obiadem?
‘Babciu, a co z obiadem? Gdzie idziemy?’ – dopytywał się Alec.
‘Ciiii!’ – babcia syczała cichutko, przytykając tajemniczo palec do swoich ust.
A dlaczego nie wzięliśmy na spacer Tango? Ona zrobi w domu kupę i będzie brzydko pachnieć, jak wczoraj, a ja nie będę sprzątał, bo jestem głodny’ – Alec czuł, jak w jego brzuchu robiło się coraz więcej miejsca na smaczny obiad i deser.
‘Ciiii!’ – babcia szybko szła ścieżką wzdłuż brzegu rzeki w kierunku kaskady, zupełnie nie dbając o słuszne uwagi wnuka na temat psa i jedzenia.
Po drodze minęli wielkiego czarnego wilczura, który ciągnął za sobą chudego, przygarbionego niewidomego. Niewidomy ledwo nadążał za węszącym nie wiadomo co psem. Zmuszony prawie biec za czworonogiem zupełnie nie radził sobie z długą smyczą i tempem spaceru, a opukiwanie białą laską drogi stało się bardzo trudne.
Babcia zwolniła nagle i powiedziała coś do psa. Wrrrrrr… A wilczur nie wiedzieć czemu zatrzymał się, skulił łeb, schował pod siebie ogon, przysiadł do czasu, aż niewidomy właściciel zdołał zrównać się z nim. Potem ostrożnie ruszył przed siebie, chroniąc swojego podopiecznego przed niebezpiecznym skrajem ścieżki przy samej wodzie.
‘Babciu, co powiedziałaś temu psu? Czy ja też mogę tak mówić do piesków? Babciu, naucz mnie tak wrrrrrr…czeć!’ – spostrzegawczość Aleca pozwoliła mu natrzeć na babcię z całą siłą.
‘Ciiiii!’ – babcia nie chciała jednak porozmawiać z nim poważnie.
Kontynuowała szybki marsz w kierunku wodnej kaskady, jakby sama była strasznym wilczurem, a jej wnuk takim młodym, nic nie widzącym podopiecznym.
Alec był coraz bardziej głodny. I zły. Na babcię. Na mamę. Na Tango. I na wszystkich. Widział Złotego Pana, a mama nawet nie wiedziała, jak Złoty Pan miał na imię, a babcia zachowywała się jakoś podejrzanie, bo zamiast jeść smaczny obiad biegła ścieżką, ciągnęła go za sobą i zaraz razem mogli wpaść do rzeki. Tymczasem on tylko trochę umiał pływać. I to tak niezbyt dobrze, chociaż nikomu o tym nie mówił, bo i po co?
‘Babciu, a jak wpadniemy do wody, to ja będę pływał, dobrze?’ – wnuczek dopytywał się babci, lecz perspektywa zimnej kąpieli zamiast obiadu i smacznego deseru nie zatrzymała babci choćby na jedną chwilkę.
Byli już blisko kaskady, gdy stało się coś, co w końcu spowodowało jej wyraźną reakcję.
‘Ja widziałem dzisiaj Złotego Pana, a ty nie…’ – Alec szukał jakiegoś punktu zaczepienia, by zatrzymać wreszcie babcię.
‘Ciiii! Mówię ci cały czas! Ciiii! O tym nie wolno nam głośno mówić!!!’ – babcia wydawała się czymś naprawdę przestraszona.
Rozglądała się na wszystkie strony, przygotowana na atak zbrojnej armii potworów. I to potworów wcale nie z gierki Aleca. Tylko tych najprawdziwszych.
Nastraszyła malca, nie ma co. Widocznie to nie żarty, sprawa była poważna, bo przecież babcia to babcia, wie, co mówi. Alec przyglądał się jej uważnie. A wzrok babci świdrował całą okolicę. Głównie gęstwinę drzew i krzewów po drugiej stronie rzeki. I naraz przykucnęła, przyciągnęła go do siebie i porozumiewawczo kiwnęła głową, jakby końcem nosa zakreślała w powietrzu małe kółka lub próbowała pochwycić bałwany morskie w czasie sztormu.
‘Są tam’ – szepnęła mu do ucha. – ‘Wyraźnie wyczuwam ich pot. Muszą być bardzo spoceni, śmierdzą okropnie’ – szeptała nadal, nie zważając na wciskającego się w nią bardziej i bardziej Aleca, który był już bliski płaczu.
‘Babciu, ja się boję’ – wykrztusił w końcu.
‘Ciiii! Czuć ich wyraźnie, ale to dziwne, bo ich nie widzę. Gdzieś tu muszą być. Jeszcze chwilkę, poczekajmy jeszcze, dobrze? Cierpliwości’ – babcia była całkowicie pochłonięta wypatrywaniem czegoś po drugiej stronie rzeki.
‘Oni są tam, po tamtej stronie. O, tam!’ – Alec wyciągnął nieśmiało swoją drobną dłoń.
Bał się strasznie. Nie czuł wstydu. Jego ręka trzęsła się cała. I on. On też dygotał cały ze strachu. Aż nie mógł zaczerpnąć powietrza.
‘O tam, pod tym wzgórzem! Tam są! Jakieś takie wielkie ludy… wielkoludy!’ – chłopiec poprawił się szybko.
‘Ciiii! Jeśli to wielkoludy, musimy bardzo uważać’ – wyszeptała babcia.
‘Babciu, one są ogromne, jak Złoty Pan. I jest ich coraz więcej. Ale są ubrane w jakieś szmaty. Nie mają marynarek. Ani spódniczek. I chyba są trochę dziurawe, bo mają takie dziwne dziury w brzuchach albo trochę wyżej, albo z boku. Kim są te dziurawe ludy, babciu?’ – dopytywał się cichutko Alec.
‘Ciiii!’ – babcia jakby kurczyła się stopniowo od tego wpatrywania w gęstwinę i słuchania sprawozdania wnuka.
Stali bez ruchu. Babcia długo obserwowała okolicę. Potem chyba dostrzegła to, co już od dawna widział Alec. Przytuliła go do siebie mocno. Czuł, że i ona drży cała. Wolno przyłożyła mu do ust rękę i delikatnie przycisnęła. Oboje oddychali z trudem. Wsłuchiwali się w szum wodnej kaskady.
‘Ciiii! Już dobrze, dobrze, Alec!’ – szeptała babcia, kiwając się miarowo, jak trzcina poruszana delikatnym ruchem fal w stawie. – ‘Tylko nie wolno krzyczeć, pamiętaj. Dobrze? Zgoda?’
Alec kiwnął porozumiewawczo głową, wytrzeszczając oczy i marszcząc gładką skórę czoła. Babcia zdjęła rękę z jego ust, by znów mógł swobodniej oddychać. Tymczasem wielkoludy szykowały się do kąpieli. Nie zważały na zielone gałęzie drzew i trzciny. Rośliny jęczały pod ich ciężarem.
Dopiero teraz babcia zdecydowała się opowiedzieć Alec’owi nieco więcej. Wielkoludy zajęte były przygotowaniami do pościgu. Ścigały Złotego Pana. Chciały porąbać go na kawałeczki. Myślały tylko o złocie, z którego podobno zbudowany był Złoty Pan. Starannie ostrzyły wielkie siekiery. Czyściły z rdzy długie piki, na które chciały nadziać swoją ofiarę. Planowały morderstwo Złotego Pana. Ścigały go od najdawniejszych czasów. Jeśli człowiek spotkałby ich na swojej drodze, powinien zatrzymać się natychmiast i stać nieruchomo, bo inaczej mogą zauważyć go i to będzie dla niego koniec, zniknie na zawsze. Porwą go i już po nim.
‘Ale dlaczego one tak śmierdzą?’ – Alec czuł coraz większy smród, wstrętny, gorszy od różnych zapachów w łazience w jego przedszkolu.
‘Oni zaraz będą się myli w rzece. Cały czas musimy być bardzo ostrożni’ – babcia wyprostowała się powoli, cofnęła o kilka kroków w kierunku ławeczki, ustawionej przy dróżce.
Usiedli na niej oboje i przytuleni wpatrywali się w gęstą zieleń, we wnętrzu której odpoczywała cała zgraja niebezpiecznych wielkoludów.
Babcia opowiadała dalej. Bywało i tak, że wielkoludy kradły ludzi, a potem ich gubiły lub odsprzedawały na targowisku za złoto. I wówczas niektórym ludziom udawało się powrócić do swoich domów. Nie potrafili już jednak żyć tak, jak żyją inni i jak oni sami żyli przedtem. Zachowywali się trochę dziwacznie. Robili różne rzeczy, których zwykli ludzie po prostu nie rozumieli, bo większości z nich nic nie obchodziły jakieś tam wielkoludy.
‘To dlaczego ich nie złapiemy? Babciu, trzeba zawołać szeryfa, antyterrorystów, panią policjantkę z naszej ulicy. Oni ich szybko aresztują, a wtedy Złoty Pan nie będzie musiał uciekać.’
Chłopiec szeptał do ucha babci w nadziei, że może pomóc Złotemu Panu, chociaż cały czas nie bardzo podobały mu się takie trochę zbyt proste nogi Złotego Pana. No i spódniczka, która nie była ani kiltem, ani tym bardziej spodniami. Fajne były tylko te drabiny i zagadkowe kieszenie marynarki, mieszczące w sobie aż tylu ludzi naraz.
‘Babciu, trzeba koniecznie pomóc Złotemu Panu’ – śmiało zadeklarował Alec.
Zamiast pochwalić odwagę wnuka, jego babcia wolała opowiedzieć, skąd wziął się u wielkoludów ten nieprzyjemny zapach. Prawdopodobnie myły się one bardzo, ale to bardzo rzadko. Być może dlatego śmierdziały niemiłosiernie. Wprawdzie brzydko mogło pachnieć też każde dziecko, o ile zaniedbało prysznic i mycie zębów, no i codziennie nie zakładało czystych, wypranych majtek czy skarpetek. Lecz tylko wielkoludy śmierdziały tak strasznie. One nie tylko nie myły się, ale również nieczęsto prały swoją skąpą odzież. Zwykle robiły to w rzece przepływającej nieopodal Edynburskiego Zamku. Wierzyły, że woda w Water of Leith jest najwyższej jakości, dzięki czemu mycie się nie będzie konieczne przez wiele kolejnych dni.
Wielkoludy nie zdawały sobie sprawy z tego, że do odpowiedniej higieny ciała potrzebna była nie tylko czysta woda, lecz także codzienne mycie się w niej. Dzisiaj jednak właśnie zaczęły się już kąpać, bo woda w rzece znacznie przybrała, z wolna zmieniając kolor na brunatny. Robiło się jej więcej i więcej. Tyle samo, ile zaraz po długim deszczu.
Przy samej kaskadzie jeden z nich zszedł tuż nad taflę wody, postawił w rzece lewą stopę i wielką dłonią zaczął zmywać z niej brud, wcierając w czarną od kurzu skórę wodę. Wielkolud stał tak blisko ławeczki, że Alec mógł dokładnie przyjrzeć się dziurze przebijającej na wylot wielki brzuch. Głowa tego czyścioszka sięgała gałęzi nadrzecznych drzew. W jego powolnych ruchach i rysach twarzy z łatwością można było dostrzec zmęczenie.
Wielkolud wyglądał dosyć łagodnie. Był to jednak zgubny pozór. Kiedy bowiem umył już obie nogi, ramiona, twarz, dziurę i cały tułów, w powietrzu zaświszczał wielki topór, przecinający przestrzeń swoim srebrnym, chłodnym blaskiem. Wielkolud zanurzył jego ostrze w rzece, odłupał skalny nawis i starannie naostrzył nim straszną broń. Potem zaczął przeglądać się w wodzie, skąpał w niej długie siwoblade włosy, splątane wiatrem i brudem. Wydawało się, iż w lustrze wodnym dostrzegł kogoś siedzącego obok na ławeczce. Wyglądało na to, że zaczął czegoś szukać na samym dnie rzeki, lecz tak naprawdę przygotowywał starannie atak na śmiałków, którzy bezkarnie przyglądali się jego wieczornej kąpieli.
‘Alec, musimy uciekać, on nas chyba zobaczył!’ – szepnęła nagle babcia, a Alec aż podskoczył z wrażenia. – ‘Ciiii!!!! Jeszcze nie! Zaraz! Jeszcze nie… Zaraz! Już!’ – i w jednej chwili porwała go ze sobą tak sprawnie, jak porywa się lekkie ptasie piórko, choć przecież był już całkiem dużym chłopcem, a nie jakąś tam fikcyjną postacią z kreskówek, nic nie ważącą, o ile tylko miała właśnie nic nie ważyć.
Nie było teraz czasu, by zastanawiać się nad tym, jak to w ogóle możliwe, że babcia miała tyle siły? I że zaraz zdobędą drużynowe mistrzostwo świata w biegach wzdłuż rzeki.
‘Szyyyyyyyy…..bciej! Szybbbbbb…ciej!’ – Alec darł się, a babcia pędziła, jakby właśnie wczoraj zdobyła złoty medal na dwieście metrów z przeszkodami na letniej olimpiadzie.
Ledwo zdążyli. Jeszcze moment, a wielkolud złapałby ich. Tak się jednak nie stało. Wyłącznie dzięki zimnej krwi babci i jej codziennej gimnastyce, długim spacerom, a także częstej jeździe na rowerze.
Najdziwniejsze jednak było zachowanie mamy i Tanga, którzy wyglądali, jakby w ogóle nie byli zainteresowani, gdzie i po co babcia i Alec wyruszyli bez zjedzenia obiadu. I dlaczego tak pędzili w drodze powrotnej do domu?
‘Ciiii!’ – babcia spojrzała badawczo na Aleca.
Dwa razy nie musiała powtarzać. Chłopiec wiedział, że to, co mu pokazała, warte było dozgonnej tajemnicy. Takiej prawdziwej.
‘Mamo! Mamo, a co będzie na deser?’ – zapytał natychmiast, tuląc się do mamy bardzo mocno, najmocniej, mocno jak nigdy przedtem.
Ani Alec, ani babcia do wieczora nie odezwali się choćby jednym słówkiem na temat wielkoludów. Oboje nie mogli jednak przestać myśleć o tym, że całkiem niedaleko, właściwie tuż obok mieszkania babci wielkoludy kąpały się kolejno w rzece, zajmując swoim obozem ogromną przestrzeń, aż do polany, gdzie Water of Leith wyginała się w napięty łuk, a nad nią wznosiło się wzgórze, na które prowadziły strome kręte schodki. Wprost do muzeum sztuki współczesnej.
To w tym muzeum tydzień temu Alec oglądał słoneczny zegar i z wielkiego brązowego rożka jadł pyszne lody.
Nieustanny szum wodnej kaskady czasami przerywały nieznane odgłosy. Było je słychać w mieszkaniu babci. Choć były niewyraźne, a czasami trochę nieprzyjemne, to jednocześnie niezwykle charakterystyczne. Alec wiedział teraz o nich więcej, niż wszyscy ludzie na świecie. To wielkoludy ostrzyły swoją śmiertelną broń, by ruszyć zaraz w dalszy pościg za Złotym Panem.
Edynburg 2012
[w] Isaac Jacobovsky, Tajemnica Złotego Świata. Opowieści edynburskie. Tom 1, Alec i Złoty Pan, ebook, Edynburg 2012, ss.7–21
