Dialog XI, O tym co przysłania głębię

O tym co przysłania głębię
Chórmistrz Chóru Starców


To co dawno poznane przysłania głębię i jeśli zaraz nie zwiększysz
Troski i wysiłku nie poznasz odpowiedzi na stare pytania ile prawdy
W liryce i liryki w prawdzie łzy gęstnieją w warkocze chcesz złapać
Je dłońmi choć jedno znasz rozumem a drugie uczuciem królestwa
W twojej głowie wpięte w pasma splotów próbujesz coś rozsupłać
Zrozumieć choć trochę lecz przez toporne palce nitki się wikłają
Gubią gdzieś by pojawić w miejscu nowym śmiałym nie pasującym
Do stanu twej niewiedzy patrz wchodzę w cień mrowiska pełno ich
Przy drodze nad kopiec wstaje szkielet kręgosłup z łbem czaszki
Wyblakły jak cały ty jak stokrąg człowieka pierwszym umacnia drugi
I dalej aż po niebo objadły cię drobne mrówki straciłeś powonienie
Układ trawienny a próbujesz panować nad swymi myślami zmienić
Trasę ucieczki jakby nie była czmychaniem przed przeznaczeniem


Słowotwór
To co ludziom wspólne z natury ogólne a i tak oddalone ręce są
Za krótkie wzrok ślizga się po wierzchu lecz co kryje środek tego
Nikt ci nie powie daremne starania wędrówki do wyroczni wróżby
Z rybich ości kochamy dychotomię pies z kotem sen z jawą coś
Z zewnątrz i ze źródła treść słowa i zakres nic więcej nam nie
Trzeba by kluczyć po świecie przeglądać się codziennie w lustrze
Bystrej rzeki studni pełnej wyrzeczeń morzach upodobań z których
Każde jest ważne choć krzywi co proste wygładza wypaczone a ty
Zamiast podważyć sens istnienia cieszysz się marnotrawstwem
Ludzkiego życia słowisz o wszystkim we wszystkim czy to właśnie
Jest istotą prawdy czy pomoże w wędrówce po świecie szczęśliwie
Droga teraz prostsza wyczuwam jej otwartość na pieśniarza jego
Opowieść o ucieczce muszę jedynie pamiętać o mej dwudzielności

O pierwotności i wtórności

Chór Starców
Czy wiadomo który z was jest wcześniejszy nie zawstydzony swą
Wtórnością twoje próby wyjaśnień wprowadzają nas ciągle w błąd
A chociaż wyglądają na chybione całkowicie zmieniają porządek
Świata w nim tylko arbitralne zło bezwarunkowa miłość nie są
Limitowane kępa oksymoronów rozrasta się jak plaga wyszukując
Miłosnego zła i złej miłości gaj straszy kikutami niegdyś rodnych
Cisów człowiek nie może być aż tak ułomny choć musi być nieufny
Czemu miałby dać wiarę komu zwierzyć troski trudy życia wątłą
Nadzieję na bezpieczeństwo i trwałe przymierze czy wystarczy by
Zamknął choć na chwilę oczy dostrzegł tę wyjątkowość o której
Prawią wielcy mówcy o którą biją się wodzowie giną za nią kapłani
Mędrcy i poeci gdzie jej szukać może jest w każdym z nas wyrasta
Z serca płynie w przeciwne strony by poruszać świat ludzkimi łzami


Chórmistrz Chóru Starców
Wtedy rodzą się słowa czeka je wędrówka odwieczna poniewierka
Pogoń za człowiekiem on ciągle podróżuje szuka nowych sensów
Otwiera dziwną przestrzeń marzy o sukcesach wspina by zdobyć
Górskie szczyty podziemne jaskinie cuda świata słowa to uwielbiają
Zupełne szaleństwo nie wiadomo gdzie pędzą co mu w drodze
Powrotnej przyniosą warto rylcem spisywać ich podrygi kroki jeden
Po drugim w miękkiej glinie zdatnej do prażenia mazać czernidłem
Ostrza zwoje papirusu kuć dłutem w skalnym kwarcu przetrzyma
Zawieje w rymowanej pamięci pieśniarza jego gardło choć kruche
Uczy młodzież rytmu sztuki opowiadania wydarzeń sprzed czasów
Kto słyszał wiersz o orle co kocha niewolę o królewskim zwierzyńcu
Łaskawym dla strzały o kłamliwym poecie na mistycznym tronie


Chór Starców
To co jest w środku głowy wyschnie z czasem sentencje stracą
Miąższość długość i następstwo strach stłumi ludzką pamięć dla
Wszechstronnej pustki wkrótce obrodzi nią nieznany świat człek
Nigdy nie pozna prawdy który z nich od zarania umiera który
Niepowstrzymanie powstaje będzie szedł drogą nie wiedząc kim
Był skąd wyruszył dokąd drepcze jak brzmi jego własna historia
I jeśli zgodzi się w końcu że nie ma nic takiego jak losy starego
Świata na wszystko co lepsze będzie za późno choćby to miał być

Drobny ślad na trakcie cień własnej sylwetki zamglony zarys cudzej
Będzie czuł tylko lęk przed władcą przed sobą samym nawet przed
Nami boimy się o ludzi bo kiedy spotka ich coś takiego poziom
Autodestrukcji zetnie z nóg jakbyś był złym badylem porzuconym
W rajskim ogrodzie posezonowym nadającym się na rozdrobnienie

O autokreacji

Słowodar
Śpiewak o ile przetrwa w dość niezwykły sposób i stanie w cieniu
Drogi mrużąc siwe oczy czy zdoła zmilczeć siebie zbyć autokreację
Ominąć słodkokrzewy nie ulec pokusie by niby to przypadkiem bez
Ważnej przyczyny wpleść w pieśni własną chwałę nieśmiertelność
Poety uznać za składnik wszechświata roztrząsać wielkie sprawy
Smakować subtelności w euforii uszczknąć niebios poznać dreszcz
Ekstazy to co uczyni z ludzkim ciałem gdy gęsia skórka zadrży jak
Liść trącony grzbietem jednorożca uczucie ukojenia wypełni świat
Ulotnością dorównującą śmierci ona jedna jest dobrym tłem dla
Uczuć zdolnego śpiewaka człowiek prosi bogów o krocie śmieją się
Z niego gdy sami oczekują złota on płacze co z dwuznacznością
Kto zdoła ją zarzucić wpierw niby niewinne drobiazgi w końcu
Sprzeczność w której słowa pieśni są tylko pustymi dźwiękami


Słowotwór
Przepaść między przeżyciem a jego ekspresją rodzi konsternację
Chandrę żywą wściekłość i bierną agresję absurd chłonie groteskę
Dosięga granicy poza którą niewiedza jest w najwyższej cenie co
Bóg napisze twoją ręką może być przed tobą zakryte milczące by
Wykrzyczeć krzyczące nie dla ciebie krzyczące twe milczenie życie Ci tego nie
daruje rządzą nim pstre afekty nastroje namiętności
Tęsknota za spełnieniem sentyment do prawdy acz ledwie tyciej
Niezdolnej do twórczej naprawy pieśń wciąż może ją wskrzesić
Wbrew siłom śpiewaka przywrócić ton i barwę poprawić proporcje
Czerń ułożyć przy różu z odcieniem miłości doskonałej szlachetnej
Spójrz na śmiałą postać nie poddała się walczy dźwiga w dłoniach
Kosmos słoneczny złotogloby zniża głos szepcze zmatowia wciela
We mnie schładza zamyka nastrojowo pointą w lirycznym geście


Słowodar
Jeśli zdołasz się z tego wykaraskać kamień z serca spadnie byle
Nie zakrwawiony niech nie służy stracie bo śpiewak już zapomniał

Co miał zapamiętać dla pokoleń śpiewaków w ciężkiej starej głowie
Rzeki nabrały mocy spotkały się w morzach woda ma je na oku
Kotłuje z lubością im niżej pod powierzchnią tym jest pojemniejsza
W bezmiarze płaskich form ich kształt należy do praświata jak nocą
Szkic księżyca płótno planet czas już chwycić za dłuto by wykuć
W kamieniu słowo za słowem prawdę bez uproszczeń most nie
Wsparty przęsłami pozbawia nurt łaty ona w podłożu brodu spiętrza
Górę rzeki pamięć jest wszystkim naraz i przęsłem i mostem
Frazą odwiedzającą dwie strony przeprawy czasami jej wędrówka
Wiąże się z mistyką tkwi u podstawy rytu ratuje człowieka przed
Zmorą współczesności pozwala pozostawić po sobie choćby ślad


Słowotwór
Kamień powinien być nieociosany by treściom nie narzucać formy
Zapewnić kutym słowom insygnia wolności trzeba by go pobielić
Dla kontrastu liter biel doda ważkiej treści surowej powagi wyniesie
Trwałą pamięć nad wątłą doczesność co dźwięczne będzie lite jak
Twarda jest skała jak twarde ludzkie kości czas wyznaczy koniec
Oko dostrzeże półcień dłoń wyczuje zarys wiatr zdmuchnie z liter
Składnię na nos i policzki splącze co nie związane spruje nanizane
Jedno w drugie w kolejne w odwiecznym porządku spisane boskie
Prawa na dziś i na przyszłość to co jest harmonijne bierze się ze
Znaczeń którymi ludzka dusza wypełnia te prawa zaniechaniem
I czynem wiedzą i mądrością beztroską i sumieniem ty mistrzowski
Kamieniarz a nie składasz liter korzystasz z trudów innych rzucasz
Ledwie okiem czas wezwie deszcz upały ach szybko znikną słowa


Słowodar
Zdrzemnę się przez chwilkę duszno tu spiekota marzenie senne
Wniknie w skórę wymości pory otworzy świat wsunę pod głowę
Kamień otoczę szczyt skroni jeśliby zwierz mnie zwęszył nie
Sięgnie do gardła zaatakuje nogi rani ręce lecz małże dwojga uszu
Chrzęści nosa krwiste wargi zostawi na miejscu będę dął z całych
Sił w róg po baranie dźwięk trafi prosto w zwierza wyzwoli nieznany
Płoch dobrzy ludzie dłońmi chwycą bestię rozerwą pysk zmiażdżą
Szczęk zawiasów kamień zamienią w tłuczek rozprują szew czaszki
Społowią całość szczęśliwie będę spał nie mógłbym im pomóc
Muchę czy w życiu zdarłem ćmę zwęgliłem komara chociaż kąsał
Skuszony mym potem o ludzi mnie nie pytaj więc kto dziś zechce
Czuwać gdy zdrzemię może duch mi się przyśni z przesłaniem
Celem mojej wędrówki bo jutro śladu nie będzie po naszej drodze

O wskazywaniu drogi

Chórmistrz Chóru Starców
Drogowskaz jest potrzebny by co możliwe zamienić w konieczne
Co niemożliwe oddalić od siebie niech łudzi gwiazdy nocą nierząd
Wrogich uszu ćwiczmy się w tym codziennie od świtu do zmroku
Tak łatwo się zatracić dać wiarę swym mięśniom pierwszeństwo
Magom duszy myślom na życzenie mnożysz je bez przeszkody jak
Kroki na drodze gdy potkniesz się o grudę upadniesz na skraju
Podniesiesz znowu potkniesz z przysłowia niezdara aż zechcesz
Zostać orłem użyć dostojnych skrzydeł rozpiętych nad brzegiem
Wiszących między niebem a cieplutkim wiatrem lecz czy to jest
Bezpieczne łowny łucznik od dawna już na ciebie czeka pośle
W przestworza strzały one sięgną celu samego wnętrza życia
Ptaki krążą nad nami chcą schronić za tobą lecz żyjesz marzeniami
W nich nie ma łowczego zgraja musi natychmiast stąd odlecieć


Słowodar
W razie niebezpieczeństwa niech sfruną za głazy miast brać nogi
Za pas ratuj się kto może kamienie mogą pomóc te miotane
Z procy rzucane z miejskich murów spychane w wąwozy czują się
W swym żywiole jak u siebie w domu są cząstką ziemskiej duszy
Wilgotnej w parowach w czeluściach ludzkich trucheł dziurach po
Iluzjach niekiedy mgły je wznoszą by spod wzgórza chmury
Dostrzegły rzeki morza skupiły wzgląd gapiów fantastów rosłych
Głupków boskich homokratów planujących ściągnięcie wielkich
Opok z nieba prosto na ziemię wprost na moją głowę czy oni znają
Dzień ludzkich narodzin czy zapomnieli że żywi umarli niechże już
Skończą wznoszenie modłów do bóstw przyrody niechże poznają
Pieśń wykutą w licach dwunastu skalnych bloków spisaną dla nas
By pamiętać że żaden głaz choćby był największy nie jest Bogiem


Słowotwór
Przeklęty człowiek który wyrzeźbi figurę lub odleje posąg bożka
Obrzydliwość dla Boga dzieło rąk rzemieślnika człowiek ustawi je
Przed sobą by modlić się długo żarliwie do martwej natury błagać
To co nieżywe o życie już jesteś trupem chociaż tego nie wiesz bo
Żywe łącząc się z martwym obumiera a martwe nie zmienia swej
Istoty naiwność jest wielką siłą tyglem czystego złota lecz jej utrata
Choć paląca słana jest dobrodziejstwem kobiercem polnych woni
Uśmierzających ból powrotu do prawdy kamień przy drodze może
Cię zatrzymać okaleczyć zgładzić ty go miłością nie ożywisz strata
Czasu chodźmy stąd dzień wszak ucieka przejdźmy brodem rzekę

Opłuczmy w niej stopy woda choć żywioł tak łagodna zdaje się nie
Znać własnej siły dłonią uniosę srebrne sploty ładzony żwir uraczy
Chłodem zanurzę oczy nie zamknę pod wodą obiecuję otrząśnij się


[Tom 1, str.113 i nast.]



One response to “Dialog XI, O tym co przysłania głębię”

  1. shaileepanessa avatar
    shaileepanessa

    wow!! 21Dialog XI, O tym co przysłania głębię

    Like

Leave a comment

O Autorze

Autor prac naukowych i literackich. W latach 1974-1989 członek opozycji demokratycznej w Polsce. Zmuszony do wyjazdu z powodu zbyt wielu represji przed 1989 rokiem i po nim.

Przejściowo mieszkał w Szwecji. Od 2007 roku mieszka w Wielkiej Brytanii.